wtorek, 11 grudnia 2012

Słodziutki potworek zwany Anulką.

- To gdzie  teraz się wybieramy?
- Skoro ja poznałam twoją mamę i Gemmę, to teraz ty powinieneś poznać moich rodziców i Gabriela.
- Czyli wybieramy się do Polski? - spytał z niewyraźną miną.
- Chyba nie powiesz mi, że się ich boisz?
- Nie, skąd. Po prostu chodźmy już na to lotnisko.

~*~

- Witaj w Warszawie. - powiedziałam.
Harry rozejrzał się dookoła i uśmiechnął się.
- Ładnie tu nocą.
- Też tak myślę. Jesteś w stanie iść czy może zamawiamy taksówkę?
- A daleko to, gdzie chcesz iść?
- No tak ze 2 do 3 kilometrów.
- Spać mi się chce. Zamówmy taksówkę. A tak w ogóle to gdzie ty chcesz iść?
- Do mojej cioci Karoliny. Zmęczona też jestem, także wolę teraz nie prowadzić.
Zamówiliśmy taksówkę, podałam adres i skierowaliśmy się na jedno z warszawskich osiedli. Po 15 minutach byliśmy na miejscu. Zapłaciliśmy za taksówkę i poszliśmy z walizkami w stronę domu.
- I tak po prostu, w środku nocy, zadzwonisz do drzwi i powiesz "cześć ciociu"? - spojrzał na zegarek. - Mamy 02:48.
- No tak. - odparłam. - Ciotka Karolina lubi kiedy przyjeżdżam, nawet jeśli budzę ją w środku nocy. - nacisnęłam dzwonek. - Zaraz się przekonasz, a i mamy 03:49, nie ta strefa czasowa.
Chwilę później drzwi się otworzyły i stała w nich zaspana, ale uśmiechnięta ciocia.
- Katherine! - uściskała mnie. - Jak miło cię widzieć. - spojrzała na Harry'ego. - Wchodźcie, wchodźcie. - Zaprosiła nas gestem dłoni. - Na pewno jesteście zmęczeni po podróży.
Weszliśmy do domu i zostawiliśmy walizki na korytarzu. Skierowałam się za ciocią do kuchni, a Hazza podążał za nami, rozglądając się z ciekawości.
- Pokój gościnny wolny czy mam spać na kanapie?
- Nie wygłupiaj się, kochanie, pokój  jest wolny i czeka na ciebie... was. - spojrzała na mnie matczynym wzrokiem. - Tak dawno cię nie widziałam. - powiedziała z przyganą.
- Ciociu, to tylko 4 miesiące.
- Dla mnie to i tak za długo.
- Wiem, wiem. Może wpadnę na święta, ale nie obiecuję.
- Rozumiem. - powiedziała i oparła się o blat kuchenny.
- Może zjecie coś albo napijecie?
- Nie, nie fatyguj się. Nie jestem głodna. Pić też mi się nie chce. - odpowiedziałam. - Ups.  Zapomniałam, że Harry nic nie rozumie. - Spojrzałam na Loczka. - Kochanie, chcesz coś do picia lub do jedzenia?
Ten tylko pokręcił głową, ale było widać, że już zasypia na stojąco.
- Ciociu, wracaj do łóżka. My też się położymy. Jutro pogadamy. Obiecuję.
Podeszłam do niej i pocałowałam ją w policzek, potem wzięłam Harry'ego za rękę i wróciliśmy na korytarz po walizki. Następnie zaprowadziłam go do pokoju gościnnego. Harry był tak zmęczony, że zostawił w progu walizkę i od razu padł na łóżko i zasnął. Spojrzałam na jego walizkę i pokręciłam głową. Cały Hazza, pomyślałam, kiedy jest zmęczony rzuca wszystko gdzie popadnie, a potem się zastanawia. dlaczego jego rzeczy są porozrzucane. Odstawiłam nasze walizki na bok i wyjęłam z mojej piżamę. Jako, że nie raz i nie dwa tu nocowałam, byłam pewna, że gdy tylko Ania się dowie, że tu jestem, od razu wpadnie  mi do pokoju. Chociaż, kiedy ciocia jej powie, że nie jestem sama, to może tego nie zrobi. Przebrana, miałam się już położyć, ale widząc jak Harry śpi w ubraniu, wiedziałam, że będzie mu niewygodnie. Powoli, żeby go nie obudzić, zdjęłam mu bluzę, skarpetki i spodnie. W razie porannej "inwazji", stwierdziłam, że będzie spał w koszulce. Zdjęłam mu jeszcze zegarek i mogłam już iść spać. Spojrzałam na jego spokojną twarz i nie mogąc się oprzeć, odgarnęłam mu gęste loki z czoła. Musiałam tę chwilę uwiecznić, więc zrobiłam mu zdjęcie. Wyglądał słodko. A co mi tam, pomyślałam i dodałam je na Twitterze.

TT:  I love days, when my darling can be with me. @Harry_Styles xx

Położyłam się i przytuliłam do Harolda, a po chwili zasnęłam.

~*~

Obudziło mnie śpiewanie, które bardziej przypominało kota, któremu ktoś nadepnął na ogon. Poza tym ktoś skakał po materacu. Przez chwilę miałam wrażenie, że to Louis z Niallem postanowili się powygłupiać, ale zaraz przypomniałam sobie gdzie jestem. Po chwili zrozumiałam co ten ktoś śpiewa.
- Katlin, Katlin, Katlin i ty Hally tes, wstawac, bo juś lanek, a się bawić cę.
Jęknęłam. Czemu ja nie zamknęłam drzwi na klucz, pomyślałam, przynajmniej bym się wyspała. Wiedziałam, że ona sobie nie daruje, jak mi nie zafunduje specjalnej pobudki.
- No konieć śpania leniuchy. - Ania nadal po nas skakała. - Musicie wstać i się ze mną pobawić.
Lekko uniosłam powieki i spojrzałam na Anię, która wesoło brykała. Jeszcze nie zauważyła, że nie śpię. Harry starał się jeszcze zasnąć i zasłonił sobie głowę poduszką, ale Anulka mu ją wyrwała, rzuciła nią we mnie, a Harry'emu zaczęła krzyczeć do ucha. Nie ma co, miłe powitanie. Była tak zajęta Harrym, że nie zauważyła kiedy się poruszyłam. W następnej chwili zaczęła piszczeć i śmiać się na przemian, gdyż została wciągnięta pod kołdrę i zaatakowana łaskotkami.
- A mama ci nie mówiła, żebyś nas nie budziła? - spytałam Anulę, tuląc ją do siebie.
- Njeeee. - odparła niewinnie. - Kaziała waś budzić ile się tilko da.
- Naprawdę?
- Tjaak, a tjelas nje pać na mnie takim wźlokiem.
- Jakim?
- Jakbyś chciała mnie źjeść.
- Mmmm... a ty taka smakowita, może tak trochę tu dziabne, trochę tam.
- Nje. - próbowała się wyrwać. - On ljepiej śmakuje. - pokazała na Loczka.
- Czy ja wiem... - mina kotka ze Shreka zrobiła swoje. - No dobra, nie będę cię jeść, ale już zmykaj, bo mogę zmienić zdanie, zwłaszcza, że pachniesz mufinkami.
- Okejej, tjo paa. - i już jej nie było.
Oparłam się o poduszkę i zaczęłam się śmiać. Takiej pobudki to jeszcze nie miałam. Spojrzałam na Harry'ego, który siedział z nietęgą miną.
- Mój ty biedaku. - powiedziałam, przytulając go. - Zostałeś pokonany przez sześciolatkę.
- Tak? A ja myślałem, że to jakieś pół diable. Może i słodko wygląda, ale jak coś chce... - patrzył lekko przerażony na drzwi.
- Wieeeem. Mam podobnie za każdym razem jak tu przyjeżdżam. - pocałowałam go w policzek. - Ale i tak ją kocham. To co, panie Styles, wstajemy i idziemy coś jeść?
- Może. - spojrzał na mnie i zaśmiał się lekko. - Fajną masz fryzurę.
- Wiem, istne ptasie gniazdo albo i gorzej.
- Nie jest tak źle, a jak moje loki?
- Bosko jak zawsze. - zrobiłam obrażoną minę. - Jak ty to robisz?
- W końcu jestem Harry Styles, co nie? - uśmiechnął się z wyższością. - Auł, za co to? Przecież ci nic nie zrobiłem. - uniosłam lekko brwi. - Okej, okej, przepraszam.
- Od razu lepiej. - uśmiechnęłam się i dałam mu buziaka w usta.
Zeskoczyłam z łóżka, złapałam moją kosmetyczkę i poszłam w stronę łazienki.
- To ty sobie siedź, a ja wezmę prysznic.
- Mogę też? - poruszył zabawnie brwiami.
- Niee? - zaśmiałam się. - Dzieci są w domu.
Weszłam do łazienki i już miałam zamknąć drzwi, ale musiałam mu jeszcze powiedzieć.
- Przyzwyczajaj się Styles. Ciebie też kiedyś to czeka. - uśmiechnęłam się szeroko i zamknęłam drzwi.
Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Od dobrych pięciu minut woda spływała mi po plecach, kiedy drzwi się otworzyły.
- Ale mówiłaś mi w Nicei, że robiłaś test ciążowy i był negatywny. Przecież sam go widziałem. - przekrzykiwał szum wody.
- Bo nie jestem w ciąży! Poza tym to była twoja wina, że rzygałam jak kot. To ty zamówiłeś owoce morza, chociaż mówiłam ci, że nie będę ich jadła.
- Przecież cię przepraszałem.
- Wiem.
- Dodałaś na Twittera fotkę jak śpię?
- Coś nie na rączkę?
- Nie, bo podpis mi się podoba.
- To dobrze.
- Tylko tyle? A gdzie pikantne wyznanie miłości?
- Wiesz, ciężko wyznawać komuś miłość kiedy piecze cię oko od szamponu.
- To może ja lepiej sobie pójdę?
- Dopiero jak dasz mi ręcznik.
- Spoko. - podaje mi ręcznik. - Proszę.
- Kocham cię.
- Ja ciebie bardziej.
- I tak ma być. - uśmiechnęłam się do niego.

_______________________

6 komentarzy = nowy rozdział

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

niedziela, 25 listopada 2012

Nicea.


"Nicea,  5 sierpnia 2012r.
Podziwiamy sobie widoki. :D Fotka jeszcze z Paryża. Obecnie jesteśmy w Nicei. Widoki są po prostu nieziemskie. Nowa opalenizna się produkuje, także jest okej. Wracając do Paryża. Zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni z Harrym przez tamtejsze fanki. Obyło się pisków i innych dziwacznych szaleństw. W ogóle pełna kultura. Także mają duży plus u mnie. Jakie mamy plany na dziś? Ja będę się prawdopodobnie opalać, ale znając Hazzę nic z tego nie będzie. Kolejna notka jak zmienimy miejsce pobytu. Buziaki. :*"

- Ty przyjechałaś na wakacje, czy romansować z laptopem?
- No pewnie, że to drugie.
- Jesteś niemożliwa.
- I?
- Kocham cię. 
- Aha.
- Nie zapomniałaś o czymś? 
- Je t'aime. - uśmiechnęłam się do laptopa.
- To było do mnie czy do laptopa? - spytał Harry.
- Sam wybierz. - mruknęłam.
- Okeeej. To gdzie idziemy?
- Na plażę. 
- To się zbieraj.
- Tak jest agencie Loczek. - zaśmiałam się i zamknęłam laptopa.
- Widziałeś moją kosmetyczkę?
- Po co ci makijaż na plaży?
- Żebyś się pytał. - przerwałam na chwilę poszukiwania. - Ty masz go zamiar zmyć? 
- Może. - odparł niewinnie.
W końcu znalazłam to co szukałam i poszłam do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się na umywalce. Spojrzałam przelotnie w lustro i zaczęłam grzebać w kosmetyczce. Przecież musi tu być, pomyślałam. Jest. Wyjęłam małą fiolkę, wysypałam z niej dwie tabletki, wzięłam je do ust i popiłam wodą. Od razu lepiej.Szybko schowałam fiolkę na samo dno kosmetyczki i dla niepoznaki pociągnęłam rzęsy tuszem wodoodpornym, a usta błyszczykiem. 
- Już?!
- Tak. -powiedziałam wychodząc z łazienki. 
Jakieś 20 minut później byliśmy na plaży. Zdjęłam spodenki i bokserkę, a potem położyłam się na leżaku i zaczęłam się opalać, a Harry poszedł popływać. Jednak, tak jak przewidywałam, nie było mi dane się poopalać. Po zaledwie 15 minutach pojawił się Hazza i  ochlapał mnie wodą. Zaraz potem złapał w pasie i zaciągnął mnie do wody. Moje wyrywanie się i protesty nic nie dały. Kiedy byłam już cała mokra, dopiero był usatysfakcjonowany. Milusio. Żeby nie być mu dłużna, też zaczęłam go ochlapywać. Chwilę później leżeliśmy na mokrym piasku i śmialiśmy się wniebogłosy. Z boku musiało to wyglądać przekomicznie. Ludzie przystawali i przyglądali się nam, śmiejąc się z naszych wygłupów, a ci co nas rozpoznali robili nam zdjęcia lub nagrywali, ale nie byli nachalni.
- Może wystarczy już tego widowiska? - spytałam.
- Czy ja wiem? Świetnie się bawię. - odparł Harry.
- Ja też, ale  robi się trochę niezręcznie, kiedy się tak gapią.
Loczek rozejrzał się dookoła.
- Faktycznie. - wyciągnął w moją stronę rękę. - Pani pozwoli.
Zaśmiałam się. 
- Cóż za kurtuazja. - chwyciłam jego dłoń. - Ależ oczywiście, panie Styles.
Trzymając się za ręce poszliśmy zabrać nasze rzeczy z leżaków i skierowaliśmy się do baru. 
Harry zamówił piwo, a ja szklankę soku pomarańczowego. Ledwo upiłam łyk soku, kiedy zadzwonił mój telefon. Patrząc na wyświetlacz, mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Witaj przystojny Irlandczyku. Jak sobie radzicie beze mnie? - spojrzałam na Harry'ego, który udawał, że się obraził.
- Jak na razie, dobrze. Tylko pół domu zdemolowaliśmy, ale jeszcze nie skończyliśmy, także do końca sierpnia na pewno się wyrobimy.
- Hmm... świetnie. Tylko zostawcie w spokoju moje łóżko, żebym miała na czym spać.
- Czy ja wiem... Liam stwierdził, że z niego niezła trampolina.
- Też to zauważyłam. - odparłam. - Czekaj, powiedziałeś Liam?
- No tak.
- A ja myślałam, że to taki porządny i odpowiedzialny facet. - westchnęłam. - Nic wam nie można zostawić, bo zaraz rozwalicie. Jak wrócę, wszystko ma być w całości, bo jak nie, to będziecie tego żałować do końca życia.
- Co nam zrobisz? - powiedział przerażonym głosem.
- Nie powiem, bo to tajemnica państwowa. - zaśmiałam się co popsuło mój efekt grozy. - Dzwonisz w jakimś konkretnym celu?- spytałam go i napiłam się trochę soku.
- No stęskniłem się trochę za wami. Poza tym w Londynie jest strasznie nudno. Louis z Eleanor pojechali do Doncaster. Jutro wraca Zayn z Darcy, ale tylko na dzień lub dwa, bo zaraz jadą do Bradford. 
- Słyszałam. - odparłam.
- A Liam z Danielle gruchają sobie jak dwa gołąbki, także siedzę sobie sam w mieszkaniu i nawet nie mam z kim pogadać. - zakończył smutno.
- Mój ty biedaku, a Josh gdzie jest? 
- U rodziców.
- To jedź do Mullingar. Pod koniec sierpnia na pewno tam przyjedziemy. 
- Możliwe, że  tak zrobię. To gdzie teraz jesteście?
- W Nicei. 
- Ale wam fajnie. Dobra będę kończył. Pozdrów Harry'ego.
- Trzymaj się. Pa, Nialler. - rozłączyłam się.
Schowałam telefon do torebki i spojrzałam na Harry'ego, który zdążył już zamówić drugie piwo.
- Masz pozdrowienia od Horanka. Biedak, siedzi sam i się nudzi. - westchnęłam. - Sam jeden w otoczeniu tylu szczęśliwych par. - pokręciłam głową. - Muszę mu koniecznie znaleźć dziewczynę. - mruknęłam sama do siebie.
- Nie martw się tak o niego. Poradzi sobie. Jest dorosłym facetem i na pewno na sobie redę.
- Za to ty nie jesteś dorosły i potrzebujesz mojej stałej opieki. - pokazałam mu język.
- Tego nie powiedziałem. - odparł urażony.
- Koniec tematu. Jestem głodna. Chodźmy coś zjeść.
Wstałam z krzesła i pociągnęłam Loczka za sobą.
- A na co masz ochotę? - spytał Hazza.
- Jeszcze nie wiem. Może kebab?
- Niech będzie kebab.
Dwadzieścia minut później jedliśmy kebab w jednej z plażowych restauracji.
- Długo tu jeszcze zostajemy, Katherine?
- Nie wiem, możliwe, że jeszcze tak z dwa góra trzy dni.
- Za blada jesteś? - zaśmiał się.
- Owszem. W Londynie nie ma tyle słońca co tutaj, ale i on ma swoje uroki.
- Na przykład?
- Mam wymieniać po kolei? Od A do Z?
- Może lepiej nie, bo zajmie ci to z godzinę jak nie dwie.
- Ma się do tego smykałkę.
- To zostań negocjatorem handlowym.
- Negocjacje to bardzo nudne zajęcie.
- Próbowałaś?
- Tak. Kiedy miałam 16 lat, przyjechałam do dziadka na wakacje. Któregoś wieczoru, wziął mnie do swojego gabinetu. Siedzieliśmy przed kominkiem i rozmawialiśmy o wszystkim, Dziadek chciał wiedzieć co bym chciała robić w przyszłości. Odpowiedziałam, że nie wiem. Też zaproponował negocjacje handlowe. Powiedział, że jeśli jego przekonam, to przekonam każdego. Podał mi scenariusz. Jest właścicielem sieci hoteli i mam go przekonać do zakupu kolejnego hotelu.
- I?
- Dziadek był trudnym przeciwnikiem. Na każdy twój argument znajdował kontrargument. To było jak partyjka szachów, wykonasz ruch, a on za każdym razem stawia cię w szachu. - przełknęłam trochę kebabu. - Rozmowa trwała godzinę. Wyczerpały mi się wszystkie pomysły. W końcu porównałam hotelarstwo do hodowania kwiatów. Tylko dobry ogrodnik wyhoduje piękne kwiaty. Nowy hotel jest jak nasionka nieznanej rośliny. Jest pewnie ryzyko, że roślinka nie urośnie, ale tylko żmudna praca daje efekty.
- Co ci odpowiedział?
- Że się zastanowi.
- Tylko tyle?
- Yhy. - uśmiechnęłam się. - Koniec historii. Zresztą co innego mnie pasjonuje.
- Muzyka. - odparł z prostotą.
- Owszem, ale koniec gadania o mnie. Co powiesz na to, żebyśmy wrócili do hotelu, przebrali się i poszli zwiedzać miasto.
- Skoro chcesz. Chociaż ja bym chętnie poprzestał na hotelu.
- Świntuch, Myślisz tylko o jednym.
- Jestem facetem, więc nie dziw mi się. Poza tym wyglądasz kusząco w tym kusym bikini.
- Nimfoman. - powiedziałam, kiedy szliśmy w stronę hotelu.
- Z ciebie jest. - odparł, obejmując mnie w talii.
- Wypraszam sobie. Z tobą nie da się rozmawiać.
- Ze mną?
- No chyba, że chodzę z jakimś innym Harrym.
- Pewnie tak. - zaśmiał się, ale zaraz skrzywił się, kiedy dostał kuksańca w żebra.
- To bolało. - poskarżył się.
- Też cię kocham. - odparłam i otworzyłam drzwi do naszego pokoju.
Harry, gdy tylko przekroczył próg pokoju, od razu padł na łóżko, a ja poszłam się przebrać. Przetrząsałam całą walizkę, w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego, ale niczego takiego nie znalazłam. Jęknęłam.
- Nie mam się w co ubrać. - powiedziałam.
- Walizka pęka w szwach, a ty nie masz się w co ubrać. Zrób mi przysługę i najlepiej chudź nago. 
Padłam na fotel.
- A ty zrób mi przysługę i się nie nie odzywaj.
- Okej, ale nie miej do mnie pretensji, że ci nie odpowiadam.
- Spoko, nie ma problemu.
Przez 15 minut siedzieliśmy w ciszy. Potem zaczęłam gadać coś bez ładu i składu po polsku.
- O czym ty nawijasz, Katherine?
- ... krzesło się przewrócił, matka wpadła w szał, - zaczerpnęłam tchu. - a ja stałam i śmiała się jak durna. - spojrzałam na Loczka. - Ty się ponoć miałeś się nie odzywać.
- Trudno siedzieć cicho, Kath, kiedy ty trajkoczesz jak katarynka i to jeszcze nie wiadomo o czym.
- Czy ty właśnie mnie nazwałeś katarynką?
- Tak.
- Hmm... gdzie jet moja prostownica? - stukałam palcem wskazującym w brodę.
- Nie zrobisz tego. - powiedział wstając z łóżka.
Zaśmiałam się i rzuciłam w kierunku walizki. Ledwo ją dotknęłam, Harry złapał mnie w pasie i zaciągnął do łazienki. Tam wylądowałam pod prysznicem, gdzie zostałam oblana ciepłą wodą. Piszczałam, śmiałam się i wyrywałam, ale nie miałam szans na ucieczkę, no chyba, że kopnę go w kroczę, ale wolałam tego nie próbować. Poza tym to nie honorowe.
- Co ty robisz? - spytałam.
- Zmywam głupie pomysły jakie masz w głowie.
Pokręciłam tylko głową na jego pokrętną logikę i wciągnęłam go pod prysznic. Opierając się o ścianę przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam go, raz skubiąc delikatnie dolną wargę, żeby zaraz pogłębić pocałunek.
- To też jest głupi pomysł. - uśmiechnęłam się do niego w strugach wody spływających po nas.
Hazza zaprzeczył i mocniej wpił się w moje usta, jedną rękę oparł na karku, a drugą gładził delikatnie, acz z niewielką zaborczości, biodro. Mmm... uwielbiam takie sytuacje.

______________________
Cześć. Oddaje w wasze ręce kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się podoba. Kolejny nie wiem kiedy. Postaram się ja najszybciej. Niedługo pojawi się nowa postać, także kto ciekawy to cierpliwie czeka, bo naprawdę warto. 
Naprawdę zależy mi na waszej opinii i na tym, żebyście czytali moje opowiadanie. Gdybym nie miała tyle nauki, z pewnością dodawałabym rozdziały częściej.

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

wtorek, 6 listopada 2012

Uroki Paryża.

#1235
"03.08.2012 , Paryż.
Co tam u was? U mnie jak najbardziej spoko. Paryż to piękne miasto. Jestem tu już drugi dzień. Wczorajszy spędziłam na spaniu, spaniu i jeszcze raz spaniu. Dopiero wieczorem wyszłam z hotelu. Najfajniej podziwia się Paryż nocą. Mniejszy wtedy ruch itp. Pola elizejskie - obłędne. Harry? Jest taki jak zwykle, czyli zagląda mi przez ramię i pyta co piszę. Taa, będę musiała go nauczyć polskiego. Koniecznie.
A i macie od niego pozdrowienia. Mówi, że was kocha. Robię się trochę zazdrosna. :P Co by tu jeszcze powiedzieć. Hmm... To jest dopiero początek naszych wakacji. Odwiedzimy jeszcze kilka miejsc. Fotka z wczoraj. :) Jak widać, w tle walają się walizki. :D Cóż będę kończyć, bo Hazza się niecierpliwi. Zaraz idziemy na miasto.  Buziaki. :*"

- Długo jeszcze? - spytał Harry.
- Oczywiście, że tak. - uśmiechnęłam się złośliwie. - Jeszcze nie skończyłam.
- To pójdę bez ciebie. - odparł.
- Gdzie, jeśli można wiedzieć?
Podszedł do mnie i szepnął mi na ucho, gdzie chce iść.
- Ty chyba sobie żartujesz ze mnie? - powiedziałam, patrząc na niego jakby wyrosła mu druga głowa.
- Nie. - uśmiechnął się łobuzersko. - Za każdym razem jak tu byłem, chciałem zobaczyć to miejsce, ale jakoś nie miałem okazji. Pomyślałem, ze może poszlibyśmy tam razem.
Położyłam się na wznak w poprzek łóżka i przykryłam twarz poduszką.
- Mnie w to nie wciągniesz. Jak nas przyłapią, to Scott mi żyć nie da.
- A od kiedy ty słuchasz kogokolwiek? - spytał zdejmując mi poduszkę z twarzy. - Odkąd jesteśmy razem zauważyłem, że kierujesz się własnymi zasadami i nic ani nikt nie jest w stanie tego zmienić. No chyba, że siłą.
- Bardzo  zabawne. - mruknęłam.
- Rozchmurz się. - pochylił się nad moją głową. - Będzie zabawnie, zobaczysz. - powiedział całując moje usta.

~*~

Boże, jak ja się dałam na to namówić, przecież to czyste szaleństwo. No, ale cóż, jego pocałunki bywają bardzo przekonujące. Jak na razie mieliśmy szczęście, bo nikt nas nie rozpoznał. O co się tak pieklę? Bo idziemy do muzeum. Taa, straszne. Twój facet ciągnie cię do muzeum. 
Tak dla jasności to nie jest zwykłe muzeum. Byliśmy na placu Pigalle, a dokładniej w Musée de l'érotisme czyli w Muzeum Erotyzmu. 
- Powiedz mi dlaczego ja się na to zgodziłam? - mruknęłam.
- Bo mnie kochasz. - odparł ze śmiechem.
- A wiesz, że zawsze mogę zawrócić?
- Wiem, ale wtedy byś się zastanawiała czy flirtuję z jakąś dziewczyną.
- Jesteś zbyt pewny siebie. Zobaczysz, że to się kiedyś obróci przeciwko tobie.
- Chcesz się założyć? - spytał.
- Dobra. - odparłam.
Chanelle Parks (19 l.)
Rozejrzałam się po placu i zauważyłam idealną kandydatkę.
- Widzisz tą brunetkę w szarym kapeluszu? - spytałam Harry'ego. - Siedzi na ławce i pije kawę.
- Widzę i co? - widziałam zainteresowanie w jego oczach.
- Podejdź do niej i zdobądź jej numer telefonu. 
- A co będę z tego miał?
- 100 funtów i jedno życzenie.
- Okej. To szykuj dla mnie kasę. - uśmiechnął się łobuzersko i poszedł sobie.
- Doigra się w końcu. - mruknęłam pod nosem.
Usiadł obok niej na ławce, uśmiechnął się, zagadał. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. 
Gadał już z nią bite 15 minut. Ładnie panie zdobywco, zaśmiałam się w duchu. Wyciągnęłam telefon.

"A może tak zakład w obie strony? Ja też trochę się zabawię. :] Powodzenia kochanie. :P"

Ksawery Reński (18 l.)
Harry jak tylko odczytał smsa wyglądał jakby się dławił. Spojrzał w kierunku, gdzie myślał, że stoję, ale mnie już tam nie było. Stałam obok przystojnego bruneta i bezwiednie rozglądałam się po placu.
Zauważyłam, że chłopak na mnie zerknął.
- Hmm... wiesz może, która godzina? - spytałam płynnym francuskim.
- Do you speak English or Polish? - spytał niepewnie.
Nie no ja to mam szczęście. 
- Polak? - spytałam po polsku, delikatnie się uśmiechając. 
Skinął głową.
- To wiesz może, która godzina? 
- Oto się pytałaś. - uśmiechnął się i wyciągnął telefon. - Mamy 12:26.
- Dzięki. Jestem Katherine. - wyciągnęłam do niego rękę.
- Ksawery. Miło cię poznać. Dobrze mówisz po polsku jak na Angielkę.
Zaśmiałam się i obejrzałam na Harry'ego. Jego mina jest bezcenna.
- Co prawda jestem Angielką, ale tylko w połowie. Skąd jesteś?
-  Z Sopotu. A ty?
- Prosto z nad pięknego Bałtyku. Ja całkowicie nie ta część Polski. Jestem z Hrubieszowa. Pewnie nic ci to nie mówi. Województwo lubelskie, niedaleko Zamościa.
- Teraz coś mi świta. - uśmiechnął się. 
- Pierwszy raz w Paryżu? - spytałam.
- Owszem, a ty?
- Nie, byłam już tu raz. Wakacje czy może praca?
- Wakacje. Przyjechałem ze znajomymi na 2 tygodnie, a ty?
- W Paryżu będę przez jeszcze dzień lub dwa, potem jadę zwiedzać inne miejsca w Francji.
- Może się jeszcze spotkamy. - uśmiechnął delikatnie.
Otworzył torbę, którą miał przerzuconą przez ramię, wyjął z niej kartkę, długopis i napisał coś na kartce. Po chwili podał mi ją.
- Jakbyś chciała pogadać albo będziesz w Sopocie to dzwoń.
- Okej. To ja już będę zbierać. Do zobaczenia. - powiedziałam z uśmiechem i odeszłam w kierunku skąd przyszłam. 
Jak zauważyłam, Harry nadal bajerował tą dziewczynę. Westchnęłam. Koniec tego dobrego, pomyślałam. Pewnym siebie krokiem zmierzałam w stronę Harry'ego.
- Cześć, kochanie. Gdzie się podziewałeś? Wszędzie cię szukałam. - powiedziałam mierzwiąc jego loki. - Co to za dziewczyna? Nie przedstawisz nas sobie? - uśmiechnęłam się zadziornie i wyciągnęłam rękę w stronę brunetki. - Katherine.
- Chanelle. - uścisnęła moją dłoń. - Miło cię poznać.
- Mnie również. - odwróciłam się do Harry'ego, który praktycznie zabijał mnie wzrokiem.
Ooo, jak słodko. Wyjęłam telefon z torebki i przyłożyłam do ucha.
- Halo? - powiedziałam. - Tak, zaraz będziemy z powrotem. Bliźniaki się niecierpliwią? Postaraj się jeszcze chwilę z nimi wytrzymać. Zaraz będziemy z Harrym w domu. - niby rozłączyłam się, a w duchu skręcałam się ze śmiechu na widok miny Hazzy. - Kochanie, będziemy musieli się pospieszyć. Chłopcy strasznie się niecierpliwią. - spojrzałam na Chanelle i z konspiracyjnym uśmieszkiem powiedziałam. - Zupełnie się wdali w ojca. 
Ta nie wiedząc jak się zachować też się uśmiechnęła zakłopotana.
- To ja już się będę zbierać. - powiedziała dziewczyna. - Cześć. - i już jej nie było.
Harry spojrzał na mnie rozbawiony.
- Bliźniaki? - spytał ledwo hamując śmiech. - Czy ja o czymś nie wiem?
Usiadłam obok niego.
- No co? Pierwsze co mi do głowy przyszło. Zresztą było widać, że na żonatych nie leci.
- A ja wyglądam na żonatego faceta? - zmarszczył czoło.
- Wystarczyło, że zauważyła u mnie obrączkę. Faceci mają tendencję do nienoszenia obrączek.
- I ty niby masz obrączkę? - spytał z powątpiewaniem.
- A nie widać? - wyciągnęłam w jego stronę lewą dłoń.
Kiedy zauważył obrócony pierścionek, Harry wybuchł niekontrolowanym śmiechem.
- Kath, ty to masz pomysły. - pokręcił głową. - A jaka ty zazdrosna? Chociaż... zrobiłaś to celowo. Chciałaś żebym przegrał. 
- Może. - uśmiechnęłam się psotnie. - Ale sama zdobyłam numer. 
- Bo miałaś szczęście. - powiedział całując moje usta.
- Ta jasne. - wstałam z ławki ciągnąc go za sobą. -  Po prostu przyznaj, że faceci bardziej mnie pragnął niż ciebie kobiety. 
Boże, ta rozmowa jest tak absurdalna, że gdybym nie była teraz w miejscu publicznym, to już leżałabym i płakała ze śmiechu.
- Dobrze wiesz, że tego nie zrobię.
- Mhm, duma ci nie pozwala. Jak sobie chcesz, ja i tak wiem swoje. - westchnęłam. - To idziemy do tego muzeum?
- Tak, tak. - uśmiechnął się uroczo.
- Czyżbyś był zakłopotany? - uniosłam jedną brew, gdy Harry się lekko zaczerwienił. - Nie wierzę, że tego dożyłam. Dobra, chodź przystojniaku, bo jak jeszcze jakaś dziewczyna znowu się za tobą obejrzy to nie ręczę za siebie.
- Zazdrośnica. - mruknął mi do ucha, obejmując mnie ramieniem.
- I dobrze mi z tym.

~*~

Leżałam sobie na łóżku, z głową zwisającą do dołu. Harry aktualnie brał prysznic. 
Jak było w muzeum? Całkiem fajnie.  
Wypad na miasto udałby się lepiej, gdyby nie w połowie drogi powrotnej do hotelu dorwali nas paparazzi. Chociaż uciekanie przed nimi było całkiem zabawne. Taka tam zabawa w chowanego w większym formacie.  
Mój telefon zaczął dzwonić. Spojrzałam na wyświetlacz. Zayn? Lepiej odbiorę.
- Co tam, Zayn? Jeszcze coś popsuliście, niby przez przypadek?
- Taa, wywaliliśmy pół ściany, bo było za mało miejsca w salonie do gry w klasy.
- Cześć Dar. Swojego telefonu nie masz?
- Bateria padła, a ten był pod ręką.
- Cała ty. - mruknęłam.
- Jak Francja?
- Całkiem, całkiem. Jutro wieczorem zmieniamy miejsce.
- Gdzie teraz?
- Nie wiem, zobaczy się później, bo jak na razie nie mamy nic konkretnego.
- A co dzisiaj robiliście? - spytała jak zawsze ciekawa Darcy.
- Byliśmy w muzeum, znów spacerowaliśmy po polach elizejskich, oglądaliśmy panoramę miasta ze szczytu wieży Eiffla, jedliśmy obiad w przyjemnej restauracji i wialiśmy przed paparazzi, kiedy wracaliśmy do hotelu. 
- Byłaś w Luwrze i mnie nie zabrałaś? - obruszyła się Dar. - Chamstwo. Foch.
- Nie fochaj się. Ostatnio w Luwrze byłam z dziadkiem, a z Harrym byłam w muzeum przy placu Pigalle.
- To już bardziej w jego stylu. - skomentowała. - I jak było?
- Całkiem fajnie, jak na takie miejsce. Musisz się tam kiedyś wybrać.
- Bardzo chętnie, ale tylko w wyborowym towarzystwie. 
- No ba. - mruknęłam.
Harry właśnie wyszedł z łazienki w samym ręczniku, który niewiele zostawiał dla wyobraźni. Właśnie się schylił do walizki, żeby coś wyjąć, przy czym ostentacyjnie wypiął swoje zacne cztery litery, abym je podziwiała.
- Jesteś nie fair. - powiedziałam zapominając o telefonie. - Robisz to specjalnie.
Ten się tylko uśmiechnął zawadiacko i wrócił się do łazienki. Dopiero wtedy zauważyłam, że Spencerek trajkocze jak najęta.
- ... że co ja niby robię specjalnie?! O co ci chodzi Kath?!...
- Hola, hola. Spokojnie. To nie było do ciebie. - zaśmiałam się układając wygodniej na łóżku. - Uważaj, bo zaraz palpitacji dostaniesz. Wdech, wydech, pamiętasz?
- A ty co? Psychoterapeuta? - spytała już spokojniej.
- Twój? Można tak powiedzieć. Kiedy wracacie do Londynu?
- Jakoś na dniach, ale i tak nie na długo, bo mamy zamiar jechać do Bradford. 
- To fajnie. - Harry znów wyszedł z łazienki. 
Uśmiechał się łobuzersko i prowokacyjnie kręcił tyłkiem. Z wrażenia zaschło mi w gardle.
- Wiesz, ja będę kończyć. Pa, kocham cię. - rozłączyłam się.
- Masz ochotę się zabawić? - spytał niewinnie Hazza.
- Czemu nie. - odparłam siadając na łóżku.
Podszedł do mnie i zaczęliśmy się całować. Jego wilgotne po prysznicu loki, ocierały się o moją twarz, przyjemnie chłodząc rozgrzaną skórę. Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne i zaborcze, a atmosfera była przesycona elektryzującym pożądaniem.
Mmmmm... i jak tu się nie poddać urokom Paryża?

__________________________
Cześć skarby. Tyle osób czytało moje opowiadanie, a teraz tak marnie z komentarzami. Przykro mi się robi. Do tego, jak widzę, nie wiele osób zainteresowało się moim drugim opowiadaniem. Przeczytajcie je i piszcie co o nim sądzicie. Niektórzy twierdzą, że jest nawet lepsze od tego, chociaż ja sama nie wiem.
Naprawdę  mi przykro, że tak rzadko dodaję rozdziały, ale to jest raczej kwestia tego, że nie wyrobiłam sobie jeszcze odpowiedniego tępa z odrabianiem lekcji i uczeniem się do sprawdzianów itp.
Także zrozumcie mnie i czekajcie cierpliwie, a na pewno wam to wynagrodzę.
Jeśli macie jakieś pytania odnoście opowiadania lub jakieś propozycje, zapraszam na mojego aska: http://ask.fm/unromanticgirl lub do pisania na gg 12531955.

10 komentarzy = rozdział

Buziaki.:*

~ unromanticgirl

sobota, 27 października 2012

Pożegnania.

- I don’t wanna lie. I’m gonna take what you’re giving, cause I know you’re willing to take me all the way. You got me right here. Combustible. And I can’t wait to finally explode. - śpiewałam razem z Harrym. - The Big Big Bang. The reason I’m alive. When all the Stars collide in this Universe inside. The Big Big Bang.
Wracaliśmy właśnie z Holmes Chapel. Teraz, po fakcie, mogę powiedzieć, że nie było tak źle. Co prawda, byłam strasznie zestresowana i miałam wrażenie, że idę na własną egzekucję, ale wystarczyło półgodziny rozmowy z Anne, żebym się uspokoiła.
- Za półgodziny będziemy w mieście. - stwierdził Harry. - Jedziemy najpierw do ciebie, czy może do chłopaków?
- Jedźmy do was. Chcę się z nimi pożegnać, a ty się spakujesz i weźmiesz walizkę do mnie. 
- Mnie pasuje. - odparł.
Chwilę później poczułam jak telefon wibruje mi w kieszeni. Sprawdziłam wyświetlacz. Szybko odebrałam.
- Jeśli rozwaliliście mi domek, to ukatrupię. - powiedziałam z udawaną powagą.
- No bo... - jąkała się Darcy. - Jakby ci to powiedzieć...
- Co już naknociliście?  - zaśmiałam się.
- No bo rama twojego łóżka się połamała. Tak troszeczkę. Ale to nie nasza wina. I tak już była stara.
Oparłam głowę o szybę i chichotałam jak głupia. Harry zerknął na mnie z konsternacją na twarzy.
- Jak mogliście rozwalić mi łóżko?! - mój śmiech był zaraźliwy, bo Hazza też ryczał ze śmiechu. - Owszem było stare i niejednokrotnie po nim skakałam, ale... co wyście u diabła robili?! Albo wiesz... wole nie wiedzieć.
- Ale... to nie to co myślisz!
- Dar, niewinni się nie tłumaczą. Moje biedne łóżko. Będę za nim tęsknić. Ale cóż, trudno się mówi. Najwyżej odkupicie mi łóżko.
- Na pewno tak zrobimy. Będę już kończyć. Pa.
- Pa niszczycielko łóżek. - zaśmiałam się i rozłączyłam się.
Schowałam telefon i oparłam podbródek na dłoni.
- Boże, w jakim ja świecie żyje? - powiedziałam.
- W takim, co przyjaciele rozwalają ci meble. - zaśmiał się Harry.
- Hmm... miło. Niall przy każdej okazji wyżera mi spiżarnię, Zayn i Darcy rozwalają mi łóżko, Louis wymyśla mi coraz to nowsze przezwiska, Liam zabrał mi wszystkie płyty z filmami i bajkami Disneya, a Harry...
- No powiedz, co ci robi Harry? - spytał mnie z łobuzerskim uśmiechem.
- A Harry przywłaszcza sobie moją kuchnię i wygania mnie z niej i... pożytkuje blat kuchenny do niecnych celów.
- Nie no, to ten Harry musi być naprawdę wredny.
Oboje wybuchliśmy śmiechem.
- A tobie co zrobiła Katherine? - spytałam.
- Mam wymieniać?
- Tak.
- Zabrała ulubione bokserki, zjadła moje płatki...
- No przepraszam bardzo, ale one stały w mojej kuchni i nie pisało na nich własność Harry'ego.
- ...zorganizowała wielką bitwę wodną, zjadła moją kanapkę, oberwała guziki koszuli... - i tak jeszcze wymieniał przynajmniej z 5 minut.
Co za pamiętliwy człowiek. Pokręciłam głową i zapatrzyłam się na widoki za oknem. Byliśmy już niedaleko Londynu. Odwróciłam się do Harry'ego, który teraz nucił jakąś nieznaną mi piosenkę.
- Och, aż taka straszna jest? - spytałam z sarkazmem.
On tylko skinął głową.
- To będzie straszniejsza. - mówiąc to zabrałam jego nerdy i Twixa.
- Tylko nie Twixy. Proszę zostaw chociaż jednego.
- Może. - odparłam zadziornie i delektowałam się batonikiem.
Jego mina była bezcenna.
Żeby nie być aż tak wredną, zostawiłam mu drugiego Twixa.
Reszta drogi minęła  nam w ciszy, gdyż Harry postanowił udawać naburmuszone dziecko. Chociaż...
Gdy tylko zaparkował samochód na podjeździe, wysiadłam z niego i jak wystrzelona z procy, pomknęłam do drzwi wejściowych.
Chłopców zastałam w salonie.
- Czołem załogo. - powiedziałam i wcisnęłam się na kanapę, między Nialla a Liama.
- Cześć, a co ty tu robisz? - spytał zdziwiony Lou.
- Siedzę. - odparłam bardzo inteligentnie. - Przyjechaliśmy z Harrym, że by mógł się spakować. Także posiedzę sobie z wami, bo Hazza najwyraźniej się na mnie obraził i wolę nie wiedzieć co on pakuje do walizki.
-  A co mu zrobiłaś? - spytał zaciekawiony Liam.
Westchnęłam i wygodnie oparłam głowę o kanapę.
- Zjadłam jego świętego grala, zwanego Twixem.
- Nie no katastrofa normalnie. - stwierdził Lou. - Może jak się ładnie uśmiechniesz, to ci wybaczy.
- Czy ty sam wierzysz w to co mówisz? - spytałam zirytowana jak i rozbawiona jego dziwnym poczuciem humoru.
Lou nic nie odpowiedział tylko się zaśmiał.
- Będziecie grzeczni ja mnie nie będzie?
- Tak mamo. - odparł Lou. - Będziemy ostro imprezować, zalewać alkoholem i sypiać na cudzych trawnikach. Dla ciebie wszystko.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne. Chcesz, żebym została i was niańczyła? - uniosłam brwi. - Bo w tej chwili jest to bardzo możliwe.
- Nie potrzebujemy całodobowej niańki. - burknął Niall. - Ale jeśli mowa o całodobowej kucharce, to bardzo chętnie.
- Boże, w jakim ja świecie żyje?! - mruknęłam po raz kolejny tego dnia.
- W takim co twój facet obraża się na ciebie za zjedzenie mu batona. - odparł Lou i zaczął rżeć jak koń.
Nie miałam ochoty słuchać kolejnych, jakże "zacnych" sucharów Louisa, dlatego poszłam do kuchni. Usiadłam przy stole, wyjęłam telefon i zauważyłam nieodebrane połączenie. A temu co znowu? Wybrałam numer i po dwóch sygnałach usłyszałam dobrze znany mi głos.
- W końcu odebrałaś. - powiedział Scott.
- Co jest tak ważnego, że tak się pieklisz? - odparłam spokojnie.
- Twoja reputacja.
- A co znowu jest z nią nie tak?
- Prasa niezbyt przychylnym okiem patrzy na twoje ostatnie ekscesy.
- Ludu, Scott, ty naprawdę nie masz już co robić? Zajmij się rodziną, a nie będziesz się wściekał o każde małe przewinienie. Poza tym nie mam zamiaru udawać kogoś kim nie jestem.
- Obiecałem twojemu dziadkowi, że będę o ciebie troszczyć, gdy go zabraknie, to to właśnie robię! A kompanie się w Tamizie w Hyde Parku to nie jest niewinne przewinienie. Ja tu staje na głowie, żeby uciszyć prasę.
- Spokojnie Scott, bo ci zaraz żyłka pęknie. Jakoś się z tego wykaraskam.
- Katherine! Bądź poważna.
- Wiesz, przez całe życie byłam poważna, a teraz gdy chcę się trochę wyluzować, odprężyć, ty rozstawiasz mnie po kątach. Mam dość. Jutro jadę z Harrym do Francji i do jeszcze kilku miejsc żeby odpocząć i nie chcę nic słyszeć o tym, co o mnie myślisz. Nie pozwolę sobie włazić na głowę. Zachowałam się jak się zachowałam, ale ty nie masz prawa suszyć mi o to głowę, bo jestem pełnoletnia i nie zapominaj kto tu jest pracodawcą a kto pracownikiem. - taa, Glassowa duma wkracza do akcji.
- Jeśli tak dalej ma wyglądać twoje zachowanie to na pewno nigdzie nie pojedziesz.
- Do cholery, Scott. Nie rozkazuj mi! - wrzasnęłam. - Tu już nie chodzi o to co obiecałeś dziadkowi, ale o to jak mnie traktujesz, a traktujesz jak nieopierzonego dzieciaka, który nie wie co robi.
- Bo tak się zachowujesz! W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy, robisz same głupie rzeczy. Zaczęłaś się spotykać z chłopakiem z boysbandu, który jest strasznym kobieciarzem i nie ma  za dobrej opinii po romansach z o wiele starszymi od siebie kobietami. Rzucasz studia, zaniedbujesz swoje obowiązki w fundacji. Niczym się nie przejmujesz tylko sobą. Przestań być egoistką i zastanów się co robisz, bo od twojego widzi mi się zależy to czy wiele osób będzie miało co do garnka włożyć.
- Wiesz co? Mam w tej chwili ogromną ochotę z miejsca cię zwolnić, ale nie zrobię tego ze względu na pamięć o dziadku, ale jak jeszcze raz choćby spróbujesz pisnąć słowem, że nie podoba ci się to co robię, zwolnię cię. I nie zawaham się, bo w tej chwili zachowałeś się bardzo nieprofesjonalnie. Zwolnię cię bez rekomendacji. To nie groźba tylko ostrzeżenie. Tak na przyszłość. Bo widzisz, zadarłeś nie z tą osobą co trzeba. A i jeśli by ci to umknęło, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy walczyłam o normalne funkcjonowanie. Jak ci coś nie pasuje, to droga wolna. A teraz żegnam.- powiedziałam i rozłączyłam się.
Westchnęłam i oparłam się ciężko o ścianę. Cóż... nie lubię krytyki, ale jeszcze nigdy nie zrobiłam takiej awantury. Był to dla mnie niejaki sygnał, że coś jest nie tak, ale nie miałam szansy się nad tym zastanowić, gdyż zauważyłam Harry'ego stojącego w drzwiach.
- Tamiza? - spytał.
Skinęłam głową. Boże, fakt faktem, kąpiel w rzece po północy to nie jest nic normalnego, zwłaszcza, że byłam zalana w trupa i to było w ramach mojego zakładu z Lou. Taa, niezbyt mądrze. Wiem to odkąd wytrzeźwiałam następnego ranka. Leżałam w łóżku z Loczkiem śpiącym na moim ramieniu, a po podłodze walały się mokre ciuchy.
- No to kiepsko. - stwierdził.
- Gdybym wtedy tyle w klubie nie wypiła i nie było tam Louisa, na pewno bym tego nie zrobiła.
On tylko uniósł brwi.
- No dobra, może bym zrobiła, ale coś mniej głupiego. Wiesz co, może zmieńmy temat. Co już nawrzucałeś do tej walizki?
Harry momentalnie się zarumienił.
- No wiesz co? - udałam zbulwersowanie i szturchnęłam go w ramię. - Wstydził byś się. Chociaż... ty już się wstydzisz.
On tylko pokazał mi język. Zaśmiałam się i chciałam wyjść z kuchni, ale zatrzymał mnie.
- A ty się gdzie wybierasz? - spytał, przyciągając mnie do siebie.
- Zrewidować twoją walizkę, żebyś jakiś głupot nie zabrał.
- Mnie też zrewidujesz? - pocałował moją szyję.
Oparłam się o niego i zaśmiałam delikatnie.
- Gdzie się podział ten słodki chłopak ze spożywczego? - mruknęłam.
- Czy ktoś coś mówił o jedzeniu? - spytał Niall, który nagle zjawił się w kuchni. - O przepraszam. - powiedział, gdy tylko nas zobaczył. - Nie przeszkadzajcie sobie, przyszedłem tylko po przekąskę i już mnie tu nie ma.
Hmm... jeśli za przekąskę można uznać wyniesienie połowy zawartości lodówki, to ja z pewnością jestem Krystyna z gazowni.
- Gotowy? - spytałam Harry'ego.
- Jeśli ty jesteś gotowa. - odparł delikatnie się uśmiechając.
Ręka w rękę, wyszliśmy z kuchni i poszliśmy się pożegnać z chłopcami. Przytuliłam każdego z osobna i każdemu o czymś przypomniałam.
- Będę za tobą tęsknić, Niall. - przytuliłam chłopaka. - Dbaj o siebie, nie jedz tyle fast foodów i chodź dwa razy w tygodniu na siłownię. Jakby się coś działo, gdybyś miał jakiś poważny problem, to dzwoń. - pod powiekami zapiekły mnie łzy. - Obiecujesz? - szepnęłam.
- Oczywiście. - odparł. - Tylko się nie rozklejaj. W końcu to tylko miesiąc i to z facetem, którego szalenie kochasz. - pocałowałam go w policzek i podeszłam do Liama.
- Opiekuj się nimi, bo z nimi to jak z dziećmi w przedszkolu. - szepnęłam mu na ucho.
- Ludu, Kath. Żegnasz się tak jakby miało cię nie być co najmniej z rok. - zaśmiał się.
- Bo mam takie wrażenie. - odparłam smutno. - Masz o nich dbać i o Danielle też. Zrozumiano?
- Tak.
- Tobie zostawiam klucze do mojego mieszkania i masz ich strzec jak oka w głowie.
- Okej.
- A i dopilnuj, żeby Zayn ich nie znalazł.
- Dlaczego? - spytał zdziwiony.
- Nie chcesz wiedzieć. - skrzywiłam się lekko. - Wszystko jasne?
- Jak słoneczko.
Podeszłam do Louisa.
- A ty Tommo masz się ogarnąć przez ten miesiąc. Żadnych spisków przeciwko mnie i wymyślania przezwisk. Naprawdę, bo powieszę cię za gumkę od majtek.
- Uuu... to będzie to dość dramatyczne. - wyszczerzył się jak  głupi do sera.
- A żebyś wiedział.
- A ty dbaj o Larry'ego i Kaleba.
- Mam ochotę ci przyfasolić. - mruknęłam. - Na pewno będę o niego dbać.
- Do zobaczenia za miesiąc. Macie wrócić, wypoczęci, cudownie opaleni i oczywiście zadowoleni.
- Zobaczę co da się zrobić. - ucałowałam go w policzek i rozczochrałam mu gęstą grzywę. - Trzymaj się urwisie.
Miałam ochotę się rozpłakać. Jakby nie było przywiązałam się do nich, ale muszę myśleć pozytywnie. To miesiąc wakacji sam na sam z Harrym. Bez Nialla jęczącego, że jest głodny. Bez Louisa atakującego marchewkami fortepian. Bez Liama i Danielle, z którymi można pogadać o wszystkim. Bez Darcy i Zayna, którzy odkąd są parą, żyją w swoim małym idealnym świecie. Bez Eleanor, która jest niezastąpiona podczas zakupów. Bez Michaela gotowego o każdej porze cię pocieszyć. Wakacje z Harrym, który teraz najchętniej byłby gdzie indziej. Ja zresztą też, dlatego też, wymieniliśmy ostatnie uściski i słowa pożegnania, i już pędziliśmy do mojego mieszkania.

* Nazajutrz. *

Przebudziłam się z błogiego kojącego snu. Przelotnie spojrzałam na budzik i przeciągnęłam się. Jeszcze raz spojrzałam na budzik i zamarłam z przerażenia. Za półgodziny mamy odprawę.
- Harry, cholera jasna wstawaj! - wrzasnęłam zrywając się z łóżka. - Zaraz spóźnimy się na samolot i nici z naszych wakacji. - w pośpiechu wkładałam bieliznę. - Jak budzik mógł nie zadzwonić, przecież nastawiałam go na szóstą trzydzieści, a teraz jest w pół do ósmej.
Harry powoli przeciągnął się na łóżku.
- O co ty się tak pieklisz? - mruknął sennie.
- Jeśli zaraz nie wyjdziemy z domu i nie pojawimy się na lotnisku, to... - nie wiedziałam co powiedzieć.
Hazza wstał w końcu i też zaczął się ubierać. Na chwilę przerwał i spojrzał na mnie z łobuzerskim uśmiechem.
- Znowu mi grozisz kastracją? - zaśmiał się. - Nie ładnie.
- Tu nie ma nic zabawnego. Czas nas goni, także ruchy Harry, bo jak nie to sama pojadę do Francji. Może poznam jakiegoś miłego Francuza, który nie ma w zwyczaju spóźniać się gdzie się tylko da.
- No daj już spokój. Jestem zwarty i gotowy do naszej podróży. A teraz uśmiechnij się pięknie, tak jak tylko ty potrafisz, powiedz, że bardzo mnie kochasz, daj buziaka i zmywamy się na lotnisko.
I jak tu go nie kochać? Ubrana w to <kilk>, zgarnęłam moją torebkę, sprawdziłam czy wszystko mam i podeszłam do Harry'ego, który spojrzał na mnie wyczekująco. Uśmiechnęłam się i przytuliłam się do niego.
- Kocham cię, Harry. - powiedziałam całując go w usta. - Ale teraz na serio musimy już wyjść.
- Nie ma sprawy. - odparł.
Dziesięć minut później, byliśmy na lotnisku. Złamaliśmy chyba, wszystkie możliwe przepisy.
Pędem wpadliśmy na odprawę. Dosłownie w ostatniej chwili. Jakiś czas później siedzieliśmy w samolocie, który właśnie startował. Czekało nas około 4 godzin lotu.
Cały lot praktycznie rzecz ujmując przespałam na ramieniu Harry'ego. Musiałam być naprawdę zmęczona.
Chwilę przed lądowaniem Hazza mnie obudził.
- Wstawaj słońce. Za chwilę zaczynam nasze wspólne wakacje. - powiedział całując mnie w czoło. Półgodziny później jechaliśmy taksówką do centrum Paryża. Wyjęłam telefon i zajrzałam na Twittera.

TT: Bonjour de Paris. :D

______________
Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam, ale miałam mnóstwo nauki. Co mi już bokiem wychodzi. Nie wiem, kiedy pojawi się kolejny rozdział. Także cierpliwości. Czytajcie też moje drugie opowiadanie Song About You. Bardzo zależy mi na komentarzach. Miłego weekendu.


Buziaki. :*

~ unromanticgirl

sobota, 22 września 2012

Sypialniane "uroki", rozmowy i odwiedziny.

Jutro mieliśmy lecieć do Francji. To miał być nasz pierwszy cel. Aktualnie przebywaliśmy w moim mieszkaniu w Londynie. Leżałam w łóżku razem z Harrym. Głowę opierałam na jego ramieniu, a ręką rysowałam zawiłe wzory na nagim torsie Loczka, który jeszcze spał. Zastanawiałam się jak będzie wyglądała nasza podróż. Jako pierwszy przystanek wybraliśmy Paryż - miasto świateł i zakochanych. Francuski to piękny język. Tam nawet przekleństwa brzmią jak wyznania miłości. Skąd to wiem? Byłam już tam kiedyś z dziadkiem. Szliśmy przez pola elizejskie, kiedy zauważyłam dwóch kłócących się mężczyzn, chociaż dla mnie wyglądali jakby o czymś debatowali. Spytałam o czym o nimi rozmawiają. Dziadek powiedział, że się kłócą, przeklinają i wyzywają nawzajem swoje matki, a brzmiało to jak całkiem co innego. Ciekawe co? Usłyszałam donośne chrapanie.
- Nie no, chyba jaja sobie robisz. - mruknęłam, podniosłam głowę i zauważyłam głupkowaty uśmiech na twarzy Harry'ego.
Rzuciłam w niego poduszką i  zaraz usłyszałam stłumiony chichot.
- Idiota.
Chciałam wstać, ale złapał mnie w tali i przyciągnął do siebie.
- A pani gdzie się wybiera? - szepnął mi do ucha.
- Tam gdzie nie ma faceta, który chrapie głośniej, niż stado wilków wyje.
- Hmm... - oderwał się na chwilę od mojej szyi i spojrzał na mnie z psotnym błyskiem w oku. - Nie znam nikogo takiego. Mam być zazdrosny?
- Może. - odparłam zalotnie.
- Ja się tak łatwo nie dam. Mmm... co my tu mamy? - spojrzał na mnie tak, jakbym była towarem na targu i zastanawiał się czy warto mnie kupić.
- Weź tak na mnie patrz. Czuję się jak rzadki okaz w cyrku.
- Ooo, nie wiedziałem, że mamy cyrk. Na pewno zrobimy furorę w Paryżu. - Hazza wyszczerzył się do mnie.
- I czym mam niby być? Foczką? Ou, ou. - wydałam dźwięk imitujący fokę i zaklaskałam.
- Nieee, ty nie spełnisz kryteriów. Foczki są słodkie i uwielbiają ryby, a ty ich wręcz nie cierpisz.
Pchnęłam Harry'ego na poduszki i usiadłam na nim okrakiem. Rzuciłam mu spojrzenie spode łba.
- Czy ty właśnie zarzuciłeś mi, że nie jestem słodka? Zginiesz marnie.
- Ja tego nie powiedziałem. - bronił się.
- Czyżby? - uniosłam brwi. - Wiesz, bo tak to zabrzmiało.
- Nie dałaś mi dokończyć. Moim zdaniem, koty są słodsze, a ty mi się kojarzysz z kotem, bo czasami pokazujesz pazurki. Zaśmiałam się.
- I to ma być podryw na słynnego Harry'ego Stylesa? - opadłam na łóżko obok niego, wijąc się ze śmiechu. - To już mój pies lepiej zarywa do suczek w parku.
- To było wredne. - zrobił smutną minkę. - To był podryw na Harry'ego z Holmes Chapel.
Uśmiechnęłam się do niego.
- Ooooch, to taki słodziak. - zachwycałam się. - A do tego niebotycznie seksowny. - skierowałam rozmarzony wzrok na Loczka.
- Znasz go może? Poznasz mnie z nim? Proszę, proszę, proooszę.
- To ja już ci nie wystarczam? - pokręcił głową. - Co za niewyżyta kobieta. - mruknął pod nosem. Zaśmiałam się tylko i pochyliłam się, żeby go pocałować. Harry przewrócił mnie na plecy i pogłębił pocałunek. Nasze języki walczyły o dominację. On gładził moją szyję, talię i biodra, a ja wplatałam mu palce we włosy. Uwielbiałam to robić. Oderwaliśmy się od siebie, aby zaczerpnąć trochę powietrza. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
 - Kocham cię. - szepnął.
- Ja ciebie też. - odparłam z uśmiechem.
Jeszcze przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Hazza zaczął całować moją szyję, piersi, gryzł je lekko. Czułam niewysłowioną rozkosz. Moje pożądanie sięgało zenitu. Chciałam nie tylko brać, ale też dawać rozkosz. Pchnęłam go lekko na poduszki i namiętnie pocałowałam. Łóżko zawsze było dla nas wyzwaniem. Częsta walka o dominację, staranie się zaspokoić najskrytsze seksualne pragnienia partnera, czułość, czerpanie przyjemności... Chociaż pod niektórymi względami mieliśmy całkowicie odmienne zdanie i nie baliśmy go okazywać, to jednak w tej kwestii zgadzaliśmy się ze sobą. Dalej wiecie co się działo. Czemu nie opiszę tego? Hmm... hahaha. Musicie się obejść smakiem.
  * Dwie godziny później. *
 Leżałam samotnie w łóżku, po bardzo udanym seksie. Gdzie się podział Harry, spytacie. Poszedł sobie przywłaszczyć moją kuchnię. Patrzyłam się na sufit nie myśląc o niczym konkretnym. Nagle zadzwonił mój telefon. Nie sprawdzając kto to, odebrałam.
- Czego? - spytałam.
- Na ciebie też napadli kosmici? Nie no, wy to macie u nich powodzenie. - odparł "ktoś".
- Że co? Yyy... - zastanawiałam się kto to.
- Michael? - strzeliłam.
- Nie, Otton III. - powiedział z sarkazmem.
- Aha, jak miło. Kogo napadli kosmici, cesarzu?
- Darcy. Dokładnie ta sama postawa co ty. Głos lekko schrypnięty, ledwo kontaktuje i cały czas chichoce.
- Ja nie chichoce? - odparłam. - Nie chcę uwłaczać twojej inteligencji, ale możesz wyrazić się jaśniej?
- Hahaha. - zaczął rżeć jak koń. - Nie no, ty to masz gorszego zamuła niż Dar.
Wywróciłam oczami i westchnęłam.
- Ty to chcesz, żebym koniecznie wyłączyła telefon? - zagroziłam.
- Nie no, ależ skąd. Po prostu ty i Darcy jesteście baaaardzo rozmowne po akcie miłosnym, który po nagraniu byłby pornosem roku.
- Wiesz Mike, mnie to nie bawi.
- Ale mnie owszem.
- Chciałeś coś konkretnego? - spytałam ozięble.
- Uuu... powiało chłodem. Cóż chciałem się z wami spotkać i zorganizować jakiś wspólny wypad, ale Darcy nie ma w mieście, bo jest w tym waszym domku w zatoczce w Dorset... z Zaynem.
- Ooo... biedactwo. Stęskniłeś się za nami.
- Noo. - powiedział smutno.
- Kurde, muszę ci znaleźć dziewczynę.
- A co jeśli jestem gejem? - przekomarzał się ze mną.
- Geje tak nie całują.
- A co całowałaś się z gejem?
- A ty całowałeś się z lesbijką? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ludu, ta rozmowa była taka dziwna. Przeciągnęłam się i ułożyłam wygodnie na boku.
- Hmm... całowałem się z taką jedną co była bi, więc można powiedzieć, że tak.
Skrzywiłam się, ale w duchu się śmiałam.
- To było pytanie retoryczne. Zaraz nie muszę znać takich szczegółów.
- No i z nią spałem ze dwa razy.
- Michael! - krzyknęłam zgorszona. - To było chamskie. - nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
- Ale za to jakie zabawne. To byłaby szansa, żebyśmy się spotkali ot tak?
- Nie mam pojęcia, czy Harry czegoś nie zaplanował na dziś, a jutro lecę z nim do Francji i nie będzie nas do  końca sierpnia.
- I dopiero teraz mi to mówisz? Wredota.
- Też cię kocham.
- Od razu lepiej.
- Nic, no to spotkamy się jak wrócisz z wakacji. Wtedy wszystko mi opowiesz.
- Okej. Pa.
- Pa cudaku. Trzymaj się. - powiedział i rozłączył się.
Westchnęłam. Na serio muszę mu znaleźć dziewczynę. Taki jeden nie do pary. Och, bym zapomniała o Niallu... i Nathanie, który nie odzywa się do mnie już z pół roku, czyli tyle, ile jestem już z Harrym. Przyczyna? On mnie kocha, tzn. kochał mnie kiedy się widzieliśmy w marcu, a teraz to nie wiem. Zakryłam sobie twarz poduszką. Lepiej by było dla niego, gdyby się wcale we mnie nie zakochał, albo przynajmniej mi tego nie mówił. Chcąc się wyrwać z ponurych myśli, wstałam z łóżka, nałożyłam koszulkę Harry'ego i zeszłam do kuchni. Mój luby zawzięcie coś kroił, podśpiewując coś sobie. Oparłam się o futrynę i przyglądałam mu się. Po chwili się zorientowałam, że śpiewa naszą piosenkę.
- Może ci pomóc? Będzie szybciej, bo głodna jestem. - marudziłam.
- Wyjdź z mojej kuchni! - zrobił minę wielkiego kucharza. - Nie widzisz, że tworzę arcydzieło, kobieto?
- Kucharz od siedmiu boleści. - mruknęłam po polsku.
- Coś mówiłaś?
- Nie. - odparłam ze śmiechem i wróciłam na górę.
Wzięłam prysznic i ubrałam się w to [LINK]. Z laptopem na kolanach oparłam się o zagłowię łóżka. Zajrzałam na Twittera. Zayn dodał zdjęcia. Kiedy zobaczyłam pierwsze myślałam, że padnę. Na nim Malik siedział na moim nieszczęsnym drzewie, z którego kiedyś spadłam i to na tej samej gałęzi. - "Zdobywam "szczyty" w Dorset". - przeczytałam. 
Dodałam komentarz. => TT: This is my tree. ;> 
Na kolejnym leżał na trawie, potem Darcy wyglądająca przez okno, Darcy śpi, Zayn ją przytula, a na ostatnim całuje w policzek. Teraz to mnie zatkało. Czyżby postanowili się w końcu ujawnić? 
Dopisek przy ostatnim zdjęciu - "Mój skarb. xx" - mówił sam za siebie. 
=> TT: My sweethearts. :) 
Otworzyłam Photobloga i zaczęłam pisać notkę. Wybrałam zdjęcie z Pemberley. Było to jedno z normalniejszych zdjęć, bo tak na ogół większość nie nadawała się do wstawienia gdziekolwiek. Na tym zdjęciu, Harry wziął mnie na "barana", a chłopcy wykorzystywali moje kule jako broń. Taa, oryginalnie. 
"W ostatnich komentarzach pojawiła się masa pytań. Odpowiadanie na każdy z osobna, zajęłoby masę czasu. Tak więc, mam się już dobrze. Nie dawno wróciłam do Londynu. To miasto zawsze tętni życiem. :D Co planują chłopaki w swój czas wolny? Szczerze, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że chcą maksymalnie wypocząć, żeby wrócić w pełni sił na  koncerty. :) Moje plany? Są wakacje, więc przede wszystkim wypoczynek i dobra zabawa. Czy 1D zamierzają przyjechać do Polski? Hmm... nie pytałam się ich o to, ale zawsze mogę spytać. :D Także cierpliwości dziewczyny, wszystko w swoim czasie. :) Dobra będę kończyć, bo mój osobisty kucharz niesie mi śniadanko. Buziaki.:*" 
 Dodałam notę, w sam raz jak Harry przyniósł tacę z jedzeniem. Pachniało pysznie. Przesunęłam się na łóżku, żeby mu zrobić miejsce. 
- Co tam oglądasz? - spytał Loczek, kładąc tacę między nami. 
- Sam popatrz. - odparłam i z zadowoleniem podałam mu laptopa, a ten aż gwizdnął z wrażenia. 
- Trzeba przyznać, że macie niekonwencjonalne sposoby wyznawania miłości. - powiedziałam i wgryzłam się w kanapkę. 
- Co masz na myśli? 
- A jak się wszyscy dowiedzieli o tym, że się kochamy? - uniosłam lekko brwi. 
- Na koncercie. Trochę za sprawą Twittera i piosenki, a oni dodali fotki na Twitterze. 
- Cóż, stawiamy na oryginalność. - uśmiechnął się do mnie i zamknął laptopa. Jego spojrzenie padło na mój przegub.
- Jaki piękne masz bransoletki, ale wystarczyłaby ci tylko ta niebieska, no i może jeszcze te dwie wściekle różowe i czarna. 
- Yhy. - mruknęłam żując kanapkę. Spojrzałam na Harry'ego, który się delikatnie uśmiechał. Wyciągnęłam do niego rękę z kanapką i pomachałam mu nią przed nosem, a ten skinął głową i odgryzł kawałek. Przed chwilę jedliśmy  w milczeniu. 
- Co powiedziałabyś, gdybyśmy dziś pojechali do Holmes Chapel? To nie jest tak daleko, tylko 3 godziny jazdy, także wieczorem byśmy wrócili i zdążyli się spakować. Z resztą moja mama chciałaby cię w końcu poznać, a jesteśmy już parą od 6 miesięcy... 
- Dobrze, już dobrze. - zaśmiałam się, żeby ukryć lekkie zdenerwowanie. - Nie tłumacz się. Skoro chcesz, to możemy do niej pojechać. 
- Może akurat zastaniemy Gemmę, to poznasz i ją. 
- Świetnie. - powiedziałam bez przekonania i wzięłam kolejną kanapkę. 
- Katherine? Coś cię gryzie? - spytał jak zawsze troskliwy Harry. 
- Owszem, metka mi trochę przeszkadza. 
- Nie to miałem na myśli. 
- Wiem. - odparłam wzdychając. 
- Chyba nie powiesz mi, że się boisz mojej mamy? - widziałam, że ledwie hamuje śmiech. 
Cudownie. Oparłam się wygodnie o poduszki i zaczęłam patrzeć na grę świateł na suficie. Nie to żebym się bała mamy Harry'ego. Po prostu, w mocno stresujących sytuacjach, zapominam języka w gębie. Taa, a niby taka wygadana jestem. Rozmowa z dziennikarzami, albo wygłaszanie mowy w fundacji mnie nie stresuje, ale spotkania z rodziną przytłaczają mnie. Nade mną pojawiła się głowa Harry'ego. 
- Przecież moja mama cię nie zje. - uśmiechnął się zawadiacko. - Co najwyżej, skubnie raz czy dwa.
Pokręciłam głową. 
- To nie jest zabawne. 
- Przepraszam, że to powiem, ale nie wszystkie matki są takie jak twoja. 
- To też wiem. 
- Poza tym będę przy tobie i w każdej chwili będziemy mogli wyjść. 
- No dobrze, ale jak coś to mnie ratuj, o ile wcześniej nie padnę na zawał. 
- Dopilnujemy, żeby tak nie było, bo z kim pojadę zwiedzać Francję? 
- Zawsze możesz zabrać Larry'ego Stylinsona. 
- Zazdrosna? - spytał całując lekko moje usta. 
- I to jeszcze jak. - mruknęłam. - Ale koniec tego dobrego. Jeśli chcesz jechać do Holmes Chapel, to musimy się zacząć zbierać. - odsunęłam się od niego. - Jeśli wyjedziemy teraz na miejscu będziemy po trzynastej. Wypadałoby wrócić do domu po dwudziestej, żebym zdążyła się spakować. Także bylibyśmy tam tak ze cztery godzinki.
 - Tak jest, pani organizatorko. - wyszczerzył się jak głupi do sera i zasalutował. 
Poszłam znaleźć coś odpowiedniego na tą okazję. Spojrzałam na półkę z butami. Z tęsknotą patrzyłam na moje wszystkie buty na wysokich obcasach, ale i tak wiedziałam, że na razie mogę sobie o nich pomarzyć. Aż tak dobrze nie chodziłam. Ale jednego byłam pewna - zabiorę ze sobą na wyjazd tak ze trzy, cztery pary. W końcu od czegoś trzeba umrzeć, więc równie dobrze mogą mnie zabić buty. Taa, iście wisielcze poczucie humoru. Pięć minut później upatrzyłam odpowiedni strój. Zabrałam go do pokoju i położyłam na łóżku. Zastanawiałam się co robi Harry, ale skoro go tu nie było, to równie dobrze mogę sobie pomalować paznokcie. Pomalowałam je na delikatną żółć z czarnym wzorkiem na środku. Poczekałam aż wyschły i poszłam się przebrać [LINK], zrobiłam delikatny makijaż, zaczesałam włosy na prawe ramię i zrobiłam z nich luźnego warkocza. Zeszłam na dół. Harry siedział w salonie, przebrany w to [LINK] i oglądał telewizję. 
- Gotowa? 
- Owszem. 
- No to jedziemy. 
Wyłączył telewizor, wstał z kanapy i razem wyszliśmy z domu. Winda, garaż i już jechaliśmy ulicami Londynu. Trzy godziny jazdy minęły nam jak z bicza strzelił w przyjemnej atmosferze. W gruncie rzeczy, Holmes Chapel było trochę podobne do Winchester. Jeszcze kawałek drogi i byliśmy na miejscu. Harry zaparkował na podjeździe i wysiedliśmy z samochodu. 
- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. - złapał mnie za rękę i pocałował w czoło. 
- Mam taką nadzieję. - szepnęłam. 
Podeszliśmy do drzwi frontowych i Hazza nacisnął dzwonek. Po chwili otworzyła nam jego mama. Anna Cox we własnej osobie. Przełknęłam ślinę. Cholera, czego ja się tak boję. Anna uśmiechnęła się serdecznie do nas i zaprosiła do środka. Jeszcze raz przełknęłam ślinę i pomyślałam: "Obym przetrwała tą wizytę.", a zaraz potem uśmiechnęłam się najlepiej jak potrafiłam. Cóż, zobaczymy co z tego wyniknie. 

_________________ 
Przepraszam, że po tak długiej przerwie, ale wiadomo szkoła i te sprawy, a liceum to już nie przelewki. Rozdział dłuższy, także jest co czytać. Podoba się? Miłego weekendu. Buziaki. :* ~ unromanticigirl

piątek, 31 sierpnia 2012

Wspomnienie o facetach w czerni i niespodzianka.

* Dwa miesiące później. *


Aktualnie mamy początek sierpnia. Chłopcy skończyli nagrywać, zostały jeszcze drobne poprawki i płyta czeka na wydanie. Potem do końca sierpnia mają wolne. Nareszcie.
Siedziałam w pokoju muzycznym przed fortepianem i przyglądałam się klawiszom. 
Ile to czasu minęło? Siedem, a może tylko sześć lat? Nie pamiętam zbyt dobrze.
Co prawda, grałam czasami dziadkowi, kiedy był już w zaawansowanym stadium choroby, ale robiłam to bardzo rzadko. Za bardzo bolało.
Przejechałam palcem po klawiszach. Nie potrafiłam się przełamać.
Patrzyłam się się przed siebie niewidzącym wzrokiem i starałam się pokonać strach, odpędzić przykre wspomnienia. 
Zamknęłam oczy i zaczęłam grać. Łzy spływały mi po twarzy. Sonata Księżycowa Beethovena. Moja ulubiona. Pokazywała mi zawsze jak wiele straciłam, ale dawała nadzieję. Nadzieję, że wszystko się ułoży, że rano wzejdzie słońce.
To były ciężkie dwa miesiące, pełne pracy i wysiłku, żeby wrócić do normalności. 
Nie poddałam się, chociaż często miałam ochotę. Wiele się w tym czasie wydarzyło. 
Stałam się nieco ekscentryczna, ale Harry uparcie twierdzi, że to już mi przechodzi.
Zwolniłam rehabilitanta i nazwałam go "niekompetentnym osłem" (Wiem, niezbyt miłe zachowanie.). Na swoją obronę mam to, że ćwiczyłam z nim miesiąc i nie było żadnej poprawy. To mnie trochę niecierpliwiło, dobra trochę to mało powiedziane. Nana twierdzi, że zachowywałam się jak rottweiler ze wścieklizną, taki aspołeczny rottweiler ze wścieklizną. 
Możecie się śmiać, mnie też to w pewnym sensie bawi.
Były też przebłyski szczęścia.
Na przykład: piżama party. Nie pamiętam kto to wymyślił, ale Zayn określił to misją samobójczą.
Taa, osobiści faceci w czerni. Cóż, Pemberley to dla nich wielki plac zabaw, a oni to wielkie dzieci.
Misja specjalna: "Dorwać Katherine". Pomysłodawca - Louis Tomlinson.
W ten sposób niczego się nie spodziewając, zostałam wyciągnięta z mojej sypialni, ale uprzednio mnie związali.
Najpierw zaczęli się ze mną kręcić w kółko, żebym straciła orientację w terenie. Potem zanieśli do jakiegoś ciemnego pokoju, zdjęli przepaskę z oczy i zaświecili latarką prosto w twarz. 
- Gotowa na pasiaste tortury? - spytał Lou.
Spojrzałam na niego i myślałam, że zaraz go zabiję.
Mr. Marchewa mówiąc o pasiastych torturach miał na myśli, ubranie mnie w pasiastą piżamkę. MASAKRA. Wyglądałam jak więzień. Skąd oni ją wytrzasnęli?!
Następne były Loczkowe tortury. Jak się domyślacie, lokówka poszła w ruch.
Loczki były spoko.
Malik na torturę wybrał zrobienie mi makijażu. Problem w tym, że on nie umie tego robić. Obiecałam sobie, że jeśli przeżyję tą noc, to zemszczę się na nim dotkliwie.
I zemściłam się na nim. Wyrzuciłam jego wszystkie przybory potrzebne do stylizacji włosów. Prosto do jeziora. Taa, cieszyłam się tym jak głupia, ale krótko, bo chwilę później sama wylądowałam w jeziorze.
Ale to inna historia.
Kolejny był Liam. Myślałam, że chociaż on sobie odpuści, ale nie... dostałam od niego kowbojski kapelusz, kamizelkę Chudego i kaburę na broń, w której były marchewki. 
Totalnie im odwaliło.
Ostatni był Niall. Założył mi na szyję naszyjnik z łyżek. Śmiałam się, że to po to, aby odstraszyć Liama, a on popatrzył na mnie jak na wariatkę i powiedział:
- No co ty? A czym będziesz jeść?
- Ahaaaaa.
Nie wiem o co tu chodziło, ale później było nieźle. 
Urządziliśmy sobie rodeo. Naszym szalonym koniem był Louis. 
Napisaliśmy mu markerem z przodu na koszulce "DZIKI OGIER.", a z tyłu "UWAGA! ZAGROŻENIE DLA MARCHEWEK.".
Wesoło było.
Potem mieliśmy wyścigi na rumakach. Moim był Harry, a ja jego jeźdźcem.
W sam raz było nas sześcioro, bo Darcy wtedy wyjechała do Dorset w odwiedziny do mamy.
Na koniec mieliśmy strzelaninę. Marchewkowe pistolety poszły w ruch. W końcu się wkurzyłam i rzuciłam bronią w Louisa i Zayna. Jeden dostał w głowę, a drugi w ramię.
Za co zostałam pokonana najprostszą bronią - łaskotkami. Myślałam, że umrę ze śmiechu, ale pojawił się mój książę na białym koniu (czyt. na Niallu w białym kombinezonie) i uratował mnie.
Z wdzięczności pocałowałam go, a lipny ksiądz (czyt. Liam ubrany w biały obrus) udzielił nam ślubu.
Przyznaję byliśmy wtedy trochę wstawieni.
Na samo wspomnienie tego zaśmiałam się. Po ślubie nasz biały koń dał nam solowy występ.
Za dobrze nie pamiętam co było potem. Zayn twierdzi, że błagałam Blondaska, na kolanach, żeby dał mi autograf. Ten podpisał mi się na udzie, przez co Harry był zazdrosny i napisał mi na brzuchu: "Żona Harry'ego Stylesa. Nie dotykać, bo ugryzie.".
Co gorsza nie mogłam tego zmyć przez kilka dni.
To był chyba jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Taki beztroski.
Tak odpłynęłam od rzeczywistości, że nie zauważyłam jak zaczęłam grać inną melodię. Nie znałam jej, ale wpadała w ucho.
Rozejrzałam się za jakimś ołówkiem. Wstałam i poszłam zajrzeć do szuflady gdzie zazwyczaj były zeszyty do nut i ołówki.
Taa, chodzę już bez niczyjej pomocy, ale o butach na obcasach mogę sobie, przez jakiś czas, pomarzyć. Trudno się mówi, ważne że normalnie funkcjonuje.
Co było bodźcem? Wepchnięcie mnie do jeziora. Potem codziennie pływałam, ale już w basenie.
Znalazłam to co szukałam i wzięłam się za zapisywanie nut. Grałam, pisałam, wycierałam, zmieniałam.
Byłam w swoim żywiole. Przypomniałam sobie, jak kiedyś to kochałam.
Po chwili miałam już większość melodii.
Kiedyś uwielbiałam komponować. Teraz już trochę wyszłam z wprawy.
- I see you smiling, holding hands from the corner of my eye. - zapisałam to sobie i zamyśliłam się. - Don't... don't think I'll ever... ever understand. Why it should be, when it should be me. - uśmiechnęłam się. - To jest to. - mruknęłam.
Znów zagrałam ten fragment i zaśpiewałam to co zapisałam, ale nadal nie miałam pojęcia co powinno być dalej.
- Girl, but you should know how I feel what it is, is to real to ignore, yeah.  - zaśpiewał Harry.
Odwróciłam się i ujrzałam go opartego o drzwi.
- Długo tu jesteś? - spytałam.
- Wystarczająco długo. - odparł. - Nigdy nie mówiłaś, że umiesz grać.
- Bo nie ma się czym chwalić. - zaczęłam przeglądać nuty i dopisałam to co zaśpiewał Loczek. - Chcesz mi pomóc napisać tekst piosenki?
- Czemu nie. - odparł i usiadł obok mnie. - Pokaż co już masz. - przejrzał nuty. - Dobre. - spojrzał na mnie. - Dostanę buziaka?
- Skoro nalegasz. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go namiętnie.
Po chwili odsunęliśmy się od siebie.
- Hmm... - mruknął Hazza. - Jak będziesz mnie tak całować, to wątpię, żebyśmy dzisiaj napisali tą piosenkę. Takie pocałunki prowadzą do czego innego. - zrobił uwodzicielską minę.
- Możesz sobie pomarzyć, Styles. Nie dziś i nie tutaj. - udałam zgorszoną minę. - Fortepian się do tego nie nadaje.
- A co, próbowałaś? - spytał bezczelnie.
- Palant. - stwierdziłam i dałam mu kuksańca w bok. - Do roboty panie "jestem sławny i wszystko mi wolno", albo wiesz gdzie są drzwi.
- Ono krwawi. - powiedział łapiąc się za serce. - Jest całe twoje, a ty je ranisz.
- Nie dramatyzuj, Harold. - odwróciłam się przodem do fortepianu. - Dobry z ciebie piosenkarz, ale aktor już nie bardzo.
- To było wredne.
- Bo miało być.
- Kocham cię.
- Aha.
- To było dopiero wredne.
- Wiem, dlatego cię kocham.
Pocałowałam go w nos i zagrałam melodię, którą wcześniej napisałam.
Po godzinie mieliśmy gotowy tekst. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale naszym zdaniem wyszedł idealny.
Brzmiał mniej więcej tak:

"I see you smiling, holding hands,
from the corner of my eye.
Don't think I'll ever understand.
Why it should be, when it should be me.

Girl but you should know how I feel
what it is, is to real to ignore, yeah.
He means it when he says he loves you.
I swear I can love you so much more.

Ref.
But I can never find the words to say.
When I'm around you,
I just don't know what to do.
But you don't know that your the only girl.
Who's got me falling, falling, falling
in love with you.

Tell me what I gotta do,
cause I want you the way he does.
But I'm invisible to you,
so you won't see, what you mean to me.

Girl but you should know how I feel
what it's, is to real to ignore, yeah.
He means it when he says he loves you.
I swear I can love you so much more.

Ref.

Przygrywka.

You take my breath away.
It's such a cliche,
but day after day,
that's what you do girl.
What he's got is ours.
Now I'm counting the hours.
Tell me how can I live like this.

Ref.

Koniec"

Piękna piosenka. Zatytułowaliśmy ją "With you".
- Gotowe. - powiedziałam.
- Zapomniałem ci powiedzieć, bo ja przyszedłem tu w konkretnym celu.
- Chciałeś mnie uwieść?
- To też, ale chciałem wiedzieć, co byś powiedziała, na podróż po Europie, tylko we dwoje.
- Serio?
- Tak.
- No to... zgadzam się.
- To dobrze. - uśmiechnął się uroczo. - Lecimy za dwa dni?
- Mi pasuje.
- To ja mykam potwierdzić rezerwację. - pocałował mnie w usta. - Pa, kochanie.
- Pa. - i już go nie było.
Hmm... cudowna niespodzianka. Co prawda miałam jeszcze opory przed lotem samolotem, ale im szybciej pokonam lęk, tym lepiej.
Zapowiada się ekscytujący sierpień.

_____________
Cześć skarby. Jak się macie? Podoba się rozdział?
Bo mi wyjątkowo tak.
Nie wiem kiedy kolejny rozdział. Zobaczymy jak będzie z nauką itd.
Co do piosenki. To nie jest chyba 1D, ale uwielbiam ją i musiałam ją jakoś wplątać.
Też się wam podoba?
Chciałabym życzyć wam udanego roku szkolnego. Sobie też tego życzę.
Dziękuję za to, że jesteście i komentujecie.

Buziaki. :*

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Zaufaj mi, proszę."

* Perspektywa Katherine. *


Obudziłam się i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Potem uświadomiłam sobie, że jestem w Pemberley. Rozejrzałam się po pokoju. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Ile ja spałam? Wiem tylko, że w końcu należycie wypoczęłam.
Darcy już pewnie pojechała z Zaynem.
Uśmiechnęłam się delikatnie. 
Chłopak zaskoczył mnie, zwracając się do mnie po pomoc, ale jakbym mogła nie pomóc w uszczęśliwieniu mojej najlepszej przyjaciółki?
Taa, wolałam zajmować się cudzymi problemami niż własnymi.
Spojrzałam na półkę nocną, ale nie zauważyłam mojego telefonu.
Hmm... jak miło.
Powoli zwlekłam się z łóżka. Stanęłam na nogach, ale tak się zachwiałam, że aż usiadłam.
- Szlag! - powiedziałam.
Za drugim podejściem poszło mi trochę lepiej. Dla utrzymania równowagi, opierałam się o łóżko.
Zajrzałam do kufra, stojącego przed łóżkiem. Leżał tam , gdzie go zastawiłam.
Wyjęłam ze skrzyni tablet, a następnie usiadłam na kufrze. 
Połączyłam I Pada z telewizorem i zaczęłam pisać notkę.  Wybrałam zdjęcie z Wielkanocy. Byłam na nim ja, Gabbe i Alan. Tacy... zadowoleni z życia.
Westchnęłam i wróciłam do pisania.

" Hmm... długo mnie tu nie było. Dlaczego? Praktycznie każdy wie.
 Przynajmniej żyję. Huraaaaa! Taa, zero w tym entuzjazmu. 
Dziękuję za te wszystkie miłe rzeczy, które pisaliście na tym blogu, na Twitterze i na angielskim blogu.
Nie wiedziałam, że aż tylu ludzi się o mnie martwi. 
Już rozumiem, dlaczego ludzie nienawidzą pytania "Jak się czujesz?", no może są wyjątki. 
Np. niektóre starsze panie. Nie wnikam.
Odpowiadając na to pytanie, czuję się... w miarę dobrze. Oprócz irytująco w połowie niesprawnych nóg, fizycznie nic mi nie dolega. 
Psychicznie? Nie będę zgłębiać tego tematu.
Nie wiem, jak często będę tu zaglądać, bo czeka mnie rehabilitacja.
Buziaki. :*"

Oparłam się o łóżko.  Usłyszałam dźwięk nawiązywanej rozmowy.
Liam. 
Odebrałam. Na ekranie telewizora ukazała mi się twarz Liama. 
- Hej. - powiedział. - Jak się masz?
- Jeszcze raz zada mi ktoś to pytanie, albo spyta jak się czuję, a wybuchnę.
- Hmm... zirytowana, co? - uniósł lekko brwi.
- Wredny jesteś. - odparłam lekko się uśmiechając.
- Ja?! - spytał z udawanym niedowierzaniem. - Wypraszam sobie. 
Zaśmiałam się.
- Co to się stało, że zadzwoniłeś.
- Pokazało na skype, że jesteś dostępna, a to w ostatnim czasie rzadkość. Trzeba wykorzystać okazję. - zamilkł na chwilę. - A teraz tak szczerze, co u ciebie?
- Wszystko i nic.
- Wyczerpująca odpowiedź.
- No co?! Nie mam zamiaru opowiadać o tym jak to chodzę gorzej niż Lux. - spojrzałam na ekran. - Tak, użalam się nad sobą. Życie jest straszne, a wszyscy mi nadskakują jakbym była jakąś bombą zegarową. Wyczerpująca odpowiedź? - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Drażni cię to. Właśnie dlatego wszystkich odpychasz? - po chwili dodał. - Dlatego jego odpychasz?
Zobaczyłam drzwi uchylające się za Liamem. Moja reakcja była natychmiastowa.
W głowie miałam jedną myśl: "PADNIJ!"
Zaraz leżałam jak długa na podłodze.
- Au! - krzyknęłam z bólu.
Podłoga nie jest zbyt miękka, mimo grubego dywanu. Przynajmniej jestem poza zasięgiem kamerki.
- Z kim gadasz Li? - spytał Harry.
- Yyy... z... yyy... z Karen! - nie no dzięki, ile to ja jeszcze imion będę miała?
Stary, jesteś mało przekonujący.
- A kto to? - Harry chyba też tak myślał.
- Koleżanka z dzieciństwa.
- Taa, jasne. - odparł Hazza. - To ja sobie idę.
Drzwi trzasnęły. Odrobinę za mocno i to go zdradziło.
Zorientował się, że to ze mną rozmawia Liam.
Westchnęłam, skoro i tak miałam mu powiedzieć to równie dobrze może dowiedzieć się teraz.
- Poszedł sobie? - nie muszą wiedzieć, że wiem, że on nie wyszedł.
- Uhm, taak. Nie ma go tu.
- Okej. To na czym my tu skończyliśmy?
- Na twoim odpychaniu nas i Harry'ego w szczególności. Mogłabyś już wstać z tej podłogi.
- Hmm... Bardzo bym chciała, ale ta podłoga jest taaaaka wygodna. - powiedziałam z sarkazmem. - A tak na serio wstać nie mogę. Nogi chwilowo odmawiają mi posłuszeństwa. Słodko, nieprawdaż?
- Ookej. To odpowiesz na pytanie?
Oni mnie nie widzieli, ale ja ich owszem. Ale głupia sytuacja.
- Jak sam się przed chwilą przekonałeś, jestem zarąbiszczo niesprawna. Moje kalectwo, wzbudza współczucie i litość, a ja tego nie cierpię.
- I dlatego to robisz?
- Nie potrafię tego wyjaśnić. - łzy zapiekły mnie pod powiekami. - Zresztą nie zrozumiesz.
- Skąd wiesz?
- To mnie zabija. Budzę się każdego dnia i zastanawiam się czy dam radę wstać bez niczyjej pomocy. Kiedy już myślę, że dam sobie radę, nagle tracę grunt pod nogami. - głos mi drżał, a łzy spływały po twarzy. - A kiedy widzę jak staracie się mi pomóc... czuję się jeszcze gorzej. Uświadamiam sobie jak niewiele teraz mogę sama zdziałać. Zdana na łaskę i niełaskę innych. - powiedziałam z goryczą. - Wiem, że nie chcecie źle, ale ja tak nie mogę. Do tego wszystkiego Harry... przez ostatnie 2 miesiące, obchodził się ze mną jak z jajkiem. Rozumiem, że bał się, że mnie straci, ale ja jestem żywym człowiekiem! Nie rozbiję się na kawałki, za każdym razem gdy upadnę.
Miałam wrażenie, że powiedziałam za dużo.
Spojrzałam na ekran i zauważyłam jak poduszka przelatuje przez pokój i uderza w ścianę.
Oho, Harry się wkurzył.
- I to jest powód? - spytał z niedowierzaniem Liam. - Po prostu wstydzisz się własnego kalectwa?
- Wiesz, zaczynam żałować, że w ogóle zaczęłam tą o tym rozmawiać. Ty tego nie rozumiesz.
- Przepraszam. - odparł skruszony. - Nie tak to miało zabrzmieć.
- Ale zabrzmiało. - zamilkłam na chwilę. - Harry możesz wyjść z ukrycia. Wiem, że nie wyszedłeś z pokoju.
- Skąd wiedziałaś?
- To było ostentacyjne trzaśnięcie drzwiami. Ono cię zdradziło.
- Ach, tak. Liam, możesz wyjść?
- Spoko, już mnie nie ma.
Podciągnęłam się powoli na kufer i usiadłam na nim.
- Co masz zamiar zrobić? - spytał Loczek.
- Ćwiczyć, aż będę w stanie normalnie chodzić.
- A co z nami?
Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć.
- Ja... - jego zbolała mina nie pomagała mi w powiedzeniu tego. - Uważam, że powinniśmy od siebie odpocząć. Przez jakiś czas.
- Zrywasz ze mną?
- Nie, po prostu musimy na jakiś czas dać sobie spokój.
- Taka jest twoja decyzja?
- Tak.
- A jeśli się z nią nie zgodzę?
- Nie wiem. - westchnęłam. - Harry nie utrudniaj mi tego.
- Nie odepchniesz mnie tak łatwo.
Łzy spływały mi po twarzy.
- Wiesz, że cię kocham jak nikogo innego na świecie. Może faktycznie obchodziłem się z tobą jak z jajkiem, ale robiłem to jedynie, bo chciałem się o ciebie troszczyć. Nie pozwolę, żebyś odepchnęła to, co jest między nami, dla tak zwanej "przerwy" w związku. Nigdy się na to nie zgodzę. Kiedy w końcu zrozumiesz, że ten wypadek nie ma dla mnie zbyt wielkiego znaczenia, bo liczy się dla mnie tylko to, że żyjesz. Choćby nie wiem co się działo, ja będę przy tobie. To co się wydarzyło powinno wzmocnić nasz związek, a nie zniszczyć.
- To jest coś z czym muszę sobie sama poradzić.
- Katherine... wiesz, że cię tak nie zostawię. Tak łatwo to się mnie nie pozbędziesz.
- Proszę, nie utrudniaj mi tego. - drżałam na całym ciele.
Dlaczego on musi być taki przekonujący?
Ciężko było mi podjąć tą decyzję, a on z łatwością mnie od niej odwodzi.
Zakryłam twarz dłońmi i starałam się oddychać głęboko.
- Zaufaj mi, proszę. Damy sobie z tym radę. Razem. - mówił cicho. - Poradzimy sobie, tylko nie odrzucaj tego co między nami jest.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Dobrze. - powiedziałam ciągnąc nosem. - Niech ci będzie. Spróbujemy.
- Kocham cię. - uśmiechnął się delikatnie.
- Ja ciebie też kocham. - odparłam.
- I tak być powinno.
Czułam, że konflikt został zażegnany.
Po raz pierwszy od wypadku poczułam się naprawdę spokojna.
Jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy.
Mój chłopak zdecydował, że wróci do domu wcześniej. Nie oponowałam, bo wiedziałam, że nie ma sensu się z nim kłócić i tak zrobi co zechce.
Po zakończeniu rozmowy, wróciłam do łóżka i próbowałam zasnąć.
Piętnaście minut później odpłynęłam w objęcia Morfeusza.

___________________________________
Kolejny rozdział za nami. Jak się podoba?
Tak jak chcieliście znów wraca perspektywa Katherine.
Zastanawiam się nad zakończeniem tego opowiadania, chociaż jestem strasznie przywiązana do Kath i Hazzy.
Jeśli się nie rozmyślę, to będą się pojawiać kolejne rozdziały. Raczej już nie tak często jak teraz, bo niedługo szkoła się zaczyna, ale może na weekendach znajdę czas i będę pisać.
Zaczęłam też pisać opowiadanie o Liamie. Dodałam je tylko na próbę, bo nie wiem czy będę je kontynuować.
Zajrzyjcie, przeczytajcie i komentujcie.
Znajdziecie je w zakładce o  nazwie "Song About You.".

Buziaki. :*

wtorek, 21 sierpnia 2012

Długa droga i jeszcze dłuższe rozmowy.

* Perspektywa Darcy. *


Dzisiaj miałam odebrać Katherine ze szpitala. Cieszyłam się z tego powodu. Wiedziałam, że pobyt w tym miejscu jeszcze przez tydzień bądź kilka dni złamałby ją całkowicie. 
I tak była już osowiała i często nie słyszała, co się do niej mówi. Miałam wrażenie, że to nie moja najlepsza przyjaciółka tylko jakiś obcy człowiek, jej sobowtór, stara się ją udawać z różnym efektem.
Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym, że Kate ma spore trudności z chodzeniem. Opisała to tak jakby w pewnym momencie traciła czucie w nogach i one wrastały jej w podłoże, albo nogi robią się jej jak z waty i upada.
Współczuję jej z całego serca, ale ona nie chce litości. Dla niej to jak ujma dla jej dumy.
Cóż, Glassowie są z reguły dumni, ale i honorowi.
Westchnęłam. Pora się zbierać.
Szybko się przebrałam w to <klik> i zamówiłam taksówkę.
Pojechałam do mieszkania Kath. Tam naszykowałam dla niej ubranie, wzięłam kluczyki do BMW i pojechałam do szpitala.
Zastałam ją siedzącą na łóżku i patrzącą w okno. Oparłam się o futrynę.
Nie od razu mnie zauważyła.
- O, już jesteś. - uśmiechnęła się delikatnie. - Masz jakieś normalne ciuchy? Tych szpitalnych nie zniosę już ani chwili dłużej.
- Wiedziałam, że o czymś zapomniałam. - zaśmiałam się z jej przerażonej miny i wyciągnęłam reklamówkę zza pleców. - Masz. - podałam ją jej.
Gdy ona przebierała się w to <klik>, ja zbierałam jej rzeczy do torby.
Przeprawa do samochodu nie była łatwa, gdyż Katy opierała się przed jazdą wózkiem inwalidzkim. Z 15 minut zajęło nam przekonanie jej.
W końcu zgodziła się, chociaż bardzo niechętnie.
Jechałyśmy do jej domu  w ciszy. Siedziała z przodu wyglądając przez okno.
- Zawieziesz mnie do Winchester? - spytała nagle.
- Po co? Przecież masz tu wszystko czego ci trzeba i do tego najlepszych specjalistów.
- Chcę po prostu do domu. - odparła. - Z dala od miejskiego szumu, prasy i tego wszystkiego. A specjalistę mogę mieć też w Pemberley, chociaż nie wiem czy to cokolwiek da.
- Nawet tak nie mów, Katherine. - powiedziałam. - Na pewno wszystko wróci do normy. Zobaczysz.
Zaczerpnęła długi, drżący wdech.
- Boję się. - szepnęła. - Boję się, że... że nie będę mogła chodzić, że... będę przykuta do wózka jak ludzie w filmach, że... nie będę mogła prowadzić durnego samochodu. To mnie przytłacza. - zamilkła na chwilę. - Chwilami żałuję, że wsiadłam do tego cholernego samochodu, bo przez ten wypadek, mój świat legł w gruzach, ale wtedy przypomina mi się Rose. - zaśmiała się mimo łez, które spływały jej po twarzy. - Taka szczęśliwa, że mnie spotkała... i w głowie mam obraz jej zniszczonego fotela, wiem, że mimo tego, że nie mogę chodzić, ona nadal żyje i ma się dobrze. Gdym ja nie siedziała na fotelu obok, mogłaby tam siedzieć jej mama lub babcia, a może wtedy nie miałyby tyle szczęścia.
Zastanawiałam się, czy warto ją zawozić do Winchester.
Ja nie będę mogła tam na razie zostać, dopóki sesje się nie skończą, ale w Londynie byłaby przez większość czasu sama.
W Pemberley jest Nana, więc ona się nią zaopiekuje i nie pozwoli jej na załamywanie się.
- Okej, zawiozę cię do Winchester, jeśli mi obiecasz, że mimo wszystko będziesz ćwiczyć i nie odsuniesz się od nas wszystkich, dobrze?
- Dobrze. - szepnęła.
Przez chwilę panowała cisza.
- Wiedziałaś, że Caitlyn nie żyje? - spytała.
- Umm... tak. - odparłam.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Nie chciałam cię martwić. - rzuciła mi pytające spojrzenie. - Twój tata mi powiedział.
- Jak cię nie było, zadzwonił Gibby i mi o wszystkim powiedział.
- Papla. - stwierdziłam.
- Ty go nie rozumiesz. Musiał się komuś wyżalić. - powiedziała smutno i zapatrzyła się w okno. - On ją kochał, przez długi czas, ale nigdy zbytnio nie zwracała na niego uwagi. Ostrzegałam go, że Cait złamie mu serce, ale nie słuchał. Spotykali się przez miesiąc. Nikt o tym nie wiedział. W końcu poszła z nim do łóżka, ale po tym wydarzeniu zerwała z nim. Nie powiedziała dlaczego, tylko zaraz zaczęła się spotykać z Tomkiem, z potem z Ernestem. - zamilkła na chwilę. - Znam mojego brata. Nigdy nie brał dziewczyn zbyt poważnie, ale ją naprawdę kochał. W dniu wypadku, nawrzeszczał na nią przy znajomych. Przy wszystkich powiedział, że z nią spał, a o co poszło? O mnie. Bo ona rozsiewała plotki na mój temat.
- Nie wiedziałam. - powiedziałam wjeżdżając do podziemnego garażu.
Naprawdę o tym nie wiedziałam.
- Z miłości robi się różne głupie rzeczy. - stwierdziłam z goryczą.
Katherine nic nie odpowiedziała. Doskonale wiedziała o co chodzi.
Zaparkowałam samochód na jej miejscu parkingowym. Wysiadłam i zabrałam jej torbę.
Kath powoli, o kulach, wysiadła z samochodu. Widziałam, że czuje się niepewnie na nogach, dlatego ją objęłam i w ciszy zmierzałyśmy do windy.
Pakowanie jej zajęło nam półgodziny. Zejście po schodach, dojście do winy, a potem do samochodu zajęło trochę mniej czasu, ale nie obyło się bez parkotania pod nosem o tym jak to "człowiek po osiemnastu latach życia, w chodzeniu jest na poziomie rocznego dziecka".
Uważam, że Kate trochę za poważnie bierze swój uszczerbek na zdrowiu.
Katy usiadła na fotelu pasażera, a ja w tym czasie spakowałam jej walizkę do bagażnika.
Usiadłam za kierownicą i wyjechałam z garażu, podążając w kierunku wyjazdu z Londynu.
Glassy włączyła radio i zaczęła nucić. W końcu zaczęła śpiewać, a ja razem z nią.
Przez chwilę było jak za dawnych czasów. Ona taka wesoła i roześmiana wygłupiała się ile dało.
- Don’t let go. Don’t run away love. I still got feelings, you are my passion... - śpiewała Katherine.
W pewnym momencie zamilkła i westchnęła.
- Wiesz ile ta piosenka ma racji? - spytała. - On... był... jest - poprawiła się. - jest moją pasją.
- Kochasz go? - zapytałam.
- Życie bym za niego oddała, gdyby to cokolwiek dało. - Kath zbladła.
- To dlaczego go odtrącasz?
- Sama nie wiem. - zapatrzyła się w okno. - Kocham go tak bardzo, że gdy go przy mnie nie ma czuję się jak kwiat łaknący wody i odrobiny słońca. Ale... po tym wypadku... nie potrafię być zakochaną po uszy nastolatką. Nie umiem być taka jak kiedyś. Czuję się tak jak zaraz po śmierci dziadka - nic nie ma sensu.
- Och, Katy. Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałaś?
- Bo masz własne życie i swoje problemy. - odparła. - Poza tym, poradzę sobie.
- Katherine, nie zapominaj, że Harry to nie Igor lub Dylan.
- Wiem.
- On cię szczerze kocha. Ty go nie widziałaś jak przyjechał do szpitala.
- Aż tak źle?
- Wyglądał jak 7 nieszczęść. Starał się panować nad sobą, ale rozpacz w oczach go zdradzała. - wzięłam głęboki wdech.- Nie będę ci dyktować jak powinnaś postąpić, ale za nim cokolwiek zrobisz, przemyśl to dobrze... Takiego faceta to ze świecą szukać.
- Darcy! - zrobiła zaskoczoną minę. - Czyżby podobał ci się mój facet?
- Owszem, jest przystojny... ale nie tak bardzo jak pewien mulat, który... zaprosił mnie na randkę po powrocie do kraju.
- Umówiłaś się z Zaynem?! - krzyknęła. - I nic mi nie powiedziałaś?
Hmm... jej twarz nabrała kolorów. To dobry znak.
- No przecież ci powiedziałam. Przed chwilą.
- Gdzie idziecie? - pytała zaciekawiona.
- Nie mam pojęcia. Powiedział, że to będzie niespodzianka.
- Ooo, Malik włącza tryb "romantyk". - Katherine poruszyła śmiesznie brwiami, przez co wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Cóż, widzę, że ona się bardziej cieszy z tej randki niż ja.
To znaczy oczywiście, że się cieszę, ale ona to bierze sto razy poważniej niż ja.
Spotykałam się kiedyś z gwiazdą i... to nie są zbyt miłe wspomnienia.
Zmarszczyłam czoło.
Ed może i na początku był czuły i zapewniał jak bardzo mnie kocha, a po tym jak poszłam z nim do łóżka...
"Nie jestem pewien czy cię kocham. Jesteś wyjątkowa i niepowtarzalna, ale..."
Po tych słowach go nie słuchałam. Pamiętam to jakbym była tylko obserwatorem.
Ed mówi do mnie , a ja go uderzyłam w twarz tak, że aż mu głowa odskoczyła, nazwałam go świnią, odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju iście majestatycznym krokiem.
Chamsko zrobił wyznając mi to na urodzinach Kath, ale przeszłości nie zmienię.
Oczywiście, nie wszyscy faceci są tacy sami, ale... bałam trochę się tej randki, bo... Zayn za szybko mi się spodobał.
Tak, można się śmiać na wstępie.  Zayn ma wszystko czego brakowało Edowi.
Pomijam kwestię anatomiczną, bo nie oceniam facetów po wyglądzie.
Miły, wrażliwy, jest dobrym słuchaczem, zabawny, inteligentny, świetnie całuje...
Mogłabym tak wymieniać przez połowę drogi do Winchester.
Spojrzałam na Kate. Spała.
Nie dziwię jej się, też bym była tym wszystkim  zmęczona.
Po pokonaniu 2 godzinnej drogi, wjeżdżałam samochodem na długi podjazd.
Dawno tu nie byłam. Nic się nie zmieniło. No może z wyjątkiem tego, że teraz nie ma śniegu, a wtedy było go tu mnóstwo.
Jak ten dwór pięknie wyglądał w popołudniowym słońcu.
Ktoś przycinał żywopłoty, inny kosił trawę... taki sielski widok.
Każdy wiedział co ma robić. Nawet pszczoły na kwiatkach.
Zaparkowałam tuż przy schodach. Otworzyłam drzwi i wysiadłam z samochodu.
Przywitał mnie pan George, wytłumaczyłam mu co się dzieje, a on tylko skinął głową i zawołał chłopaka, który niedaleko nas przycinał żywopłot.
Ten wziął śpiącą Kath i zaniósł do jej sypialni. Ja w tym czasie wyjęłam walizkę z bagażnika.
Chciałam zaparkować samochód w garażu, ale pan George zapewnił mnie, że ktoś się tym zajmie.
Zabrałam bagaż i kule Kate i weszłam za nim do środka.
- Zostanie panienka razem z panną Katherine? - spytał George dobrotliwie.
- Niestety nie. Jeszcze nie teraz. - odparłam. - Ja mam jeszcze sesje końcowe, więc będę mogła przyjechać dopiero za kilka dni. Nana jest w kuchni?
- Tak, na pewno ucieszy się na twój widok.
Faktycznie zastałam ją we wskazanym miejscu. Siedziała przy kuchennym stole i pisała coś w zeszycie.
Podniosła na chwilę głowę i znowu zaczęła pisać. Nagle przerwała pisanie i popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Darcy! Jak miło cię widzieć! - uśmiechnęła się szeroko. - Co cię do nas sprowadza?
Podeszłam do niej i uścisnęłam ją przyjacielsko. Usiadłam obok niej przy stole.
- Opowiadaj co tam u ciebie. - powiedziała klepiąc mnie po dłoni.
- Przywiozłam wam rekonwalescentkę, która teraz śpi w swoim pokoju. Co do mnie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niedługo zakończą się sesje, potem mam wakacje. Pewnie przyjadę tutaj na dłużej, później pojadę do mamy. Przed rozpoczęciem roku akademickiego zacznę szukać sobie mieszkanie, bo pokój w akademiku już praktycznie pęka w szwach.
Nana zaśmiała się.
- Nic się nie zmieniłaś. - stwierdziła kręcąc głową. - Wiecznie rozgadana i wesoła Darcy Spencer.
Uśmiechnęłam się lekko.
Może aż tak bardzo się nie zmieniłam, ale jednak...
Pomyślałam o tej nocy, kiedy Zayn u mnie nocował. Była taka... magiczna. Może do niczego nie doszło, no może z wyjątkiem kilku pocałunków, na których wspomnienie miękną mi kolana, ale tak poza tym to głównie rozmawialiśmy. Sporo się o sobie dowiedzieliśmy.
Nie wiem dlaczego, ale opowiedziałam mu całą historię z Edem, o której wiedziała tylko Kath.
Może to wina wypitego wtedy wina, może magia chwili, albo po prostu... chciałam mu powiedzieć.
Jednak nie powiedziałam mu, kto to tak naprawdę był.
Nana spojrzała na mnie badawczo.
- Gdzieś ty tak odpłynęła? - spytała z uśmiechem.
- Zamyśliłam się trochę. - poczułam, że telefon wibruje mi w kieszeni spodni. - Przepraszam na chwilę.
Spojrzałam na wyświetlacz i mimowolnie się uśmiechnęłam.
Wyszłam z kuchni podążając w kierunku wyjścia.
- Halo?
- Cześć Darcy. Co tam u ciebie?
- Właśnie o tobie myślałam. - zaśmiałam się. - Dzwonisz do mnie w nocy, żeby zapytać co u mnie?
- Przecież u was nie jest noc.
- Wiem, bo akurat jestem na dworze. U mnie wszystko w porządku. A co słychać w Australii?
- Chłopaki nie mogą się doczekać powrotu do Londynu. W szczególności Harry, on tu już świruje.
- To się chłopak rozczaruje. - stwierdziłam.
- Dlaczego?
- Bo Katherine nie ma w stolicy.
- To gdzie jest?
- W Winchester. Dopiero tu ją przywiozłam.
- Po co?
- Bo tego chciała, a ja nie chciałam zostawiać jej samej. Mam egzaminy, dlatego nie mogę być przy niej cały czas.
- Rozumiem. - zamilkł na chwilę. - Stęskniłem się za tobą.
- Widziałeś mnie ledwie kilka razy. - wzięłam głęboki w dech. - Ja... też za tobą tęsknię, chociaż wydaje się to absurdalne, zwłaszcza, że ledwie się znamy.
- Czy musisz być taka rozsądna? - spytał.
- Życie mnie tego nauczyło. - po chwili dodałam. - W szczególności jeśli chodzi o słynnych bad boyów, pochodzących z Bradford, którzy aż za dobrze mnie rozumieją.
- Czuję się zaszczycony. - zaśmiał się. - A ja muszę w szczególności zwrócić uwagę na długonogie piękne rudowłose dziewczyny, które są najlepszymi przyjaciółkami dziewczyn moich najbliższych przyjaciół.
- Hmm... to musi być ich sporo. Cóż, na wstępie możesz mnie wykluczyć, pięknością to ja nie jestem.
- Ja się z tym nie zgodzę. Uważam, że jesteś piękna. - westchnął. - Czy nasza randka nadal aktualna?
- Nie wiem, czy mam wolny termin. Wiesz, faceci pchają się do mnie drzwiami i oknami. - zaśmiałam się. - O, właśnie młody ogrodnik puścił do mnie oko. Sprawdzę w kalendarzu i powiem czy ten wieczór mam akurat wolny.
- Mam być zazdrosny o ogrodnika? - spytał. - Nie wpuszczaj mnie w maliny, nie masz przy sobie kalendarza.
- Jesteś pewny? Ooo, mam zajęty ten wieczór. - zrobiłam smutną minkę, ale w duchu skręcałam się ze śmiechu.
- Tak, bo stoisz oparta o jabłoń i masz minę narwanego chochlika.
- Skąd wiesz? - rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie go nie zauważyłam.
- Mam swoich tajnych agentów. - zaśmiał się.
- A ładnie to tak szpiegować ludzi?! - udawałam, że się obraziłam.
Nagle usłyszałam jakiś szelest, ale nie wiedziałam skąd dobiegał.
- Zayn, to zaczyna się robić dziwne. - powiedziałam, ale nic nie odpowiedział. - Zayn? Zayn?!
Wtedy ktoś zakrył mi oczy rękami. Aż krzyknęłam, tak się przestraszyłam.
- Kimkolwiek jesteś, przestań, bo to nie jest wcale zabawne. - szepnęłam przerażona.
Poczułam jak czyjeś usta całują mój kark. Potem zabrał ręce, które zakrywały mi oczy.
Odwróciłam się i ujrzałam Zayna szczerzącego się do mnie.
Byłam zaskoczona. Mieli dopiero wrócić za 5 dni.
Odwzajemniłam uśmiech i uściskałam go, a potem uderzyłam w ramię.
- Aua, za co to?!
- Za straszenie ludzi. Myślałam, że zawału dostanę.
- Ale musisz przyznać, że miła niespodzianka.
- W porównaniu z czym?
- Wiesz na początku miałem w planach wejść na drzewo i potem z  niego zeskoczyć.
- A skąd wiedziałeś, że wyjdę na dwór?
- Hmm... nie wiedziałem. - stwierdził i uśmiechnął się rozbrajająco.
- A gdzie reszta? Też się gdzieś pochowali?
- Nie, oni na serio są w Australii. Jeden z nas mógł wrócić wcześniej, bo i tak już nie mamy żadnych koncertów tylko spotkania z fanami i wywiady. Zagraliśmy w "Kamień, papier, nożyce" i oto jestem. - śmiejąc się wskazał na swoją osobę.
- Wygrałeś? - spytałam, chociaż znałam odpowiedź. - Tylko skąd wiedziałeś, gdzie będziemy? Albo nie, nie mów mi. Niech zgadnę. Rozmawiałeś z Katherine?
Skinął głową.
- Swatka. - mruknęłam pod nosem.
- Coś mówiłaś? - spytał Zayn obejmują mnie w pasie.
- Nie, nic. - odparłam. - Może przejdziemy się? Nie daleko stąd jest jezioro.
- Chętnie.
Tak też zrobiliśmy.

_________________________
Jak się podoba rozdział?
Z tego co mi się zdaje, to chyba najdłuższy jaki napisałam.
Chcecie już perspektywę Katherine czy może jeszcze trochę pociągnąć perspektywę innych bohaterów?

Buziaki. :*

~ unromanticgirl