niedziela, 19 października 2014

Przyłapani.

Jest mi za ciepło, a wręcz gorąco i jakiś ciężar przygniata moją klatkę piersiową. Otwieram zaspane oczy i widzę śpiącego Liama oplatającego mnie jak bluszcz. Jego głowa spoczywa na moich piersiach, lewą rękę ma przerzuconą przez mój brzuch, a nasze nogi są splątane.
Nie bardzo wiem, co on tu robi, w mojej sypialni. Zegarek na szafce nocnej wskazuje południe. Na wpół zamroczona snem, przeciągam się, a Liam mamrocze coś przez sen i oplata mnie ciaśniej. 
Zamykam oczy i próbuję znów zasnąć, ale mój umysł już na tyle się rozbudził, że zaczynam uświadamiać pewne rzeczy:
  • Liam tu jest, bo go o to poprosiłam. - Okey, zrozumiane i zaakceptowane.
  • Pokłóciłam się z Harrym. - To sprawiło, że poczułam się źle. Jednak to było do przewidzenia, bo odkąd zerwaliśmy, kłócimy się za każdym razem, kiedy się widzimy.
  • Jest południe, a to oznacza, że wszyscy już w stali i ktoś może tu wejść w każdej chwili. - KURWA!
- Liam. Liam, obudź się. - szepnęłam.
Zero reakcji. 
- Liam, wstawaj! Pali się. - powiedziałam odrobinę głośniej i szturchnęłam go.
Skrzywił się, jednak nadal spał. Cholera, tu są potrzebne drastyczne środki. Wiem, że to najgłupszy pomysł ever, ale nic lepszego w tej chwili nie przyszło mi do głowy, dlatego włożyłam palec wskazujący do ust, po czym włożyłam mu go do ucha.
Pomysł okazał się skuteczny, aż za bardzo. Tylko nie przewidziałam, że zerwie się tak gwałtowanie. Kiedy Liam się gwałtownie podniósł, stracił równowagę przez nasze splątane razem nogi. Efekt końcowy był taki, że spadłam z łóżka, a on na mnie.
- O Boże! - sapnęłam, ledwo mogąc oddychać.
- Prze... - zaczął mówić szeptem.
- Katherine, co ty się tak szturmolisz. - powiedział Gabriel po polsku.
W tym momencie podziękowałam Bogu, że moje łóżko jest wielkie i wysokie, dzięki czemu nie było nas widać, chociaż upadek z niego w żadnym stopniu nie był przyjemny.
- Nic, po prostu zleciałam z łóżka przez sen. - odparłam nieco piskliwym głosem, również po polsku, po czym wychyliłam się zza łóżka, czując jak każda kość w moim ciele protestuje.
- Od kiedy to ty spadasz z łóżka przez sen. - zaśmiał się.
- Nieważne. - odparłam. - A teraz, skoro widzisz, że żyję, możesz sobie stąd pójść. - i machnęłam ręką jakbym odganiała natrętną muchę.
- Nic ci nie jest? Zachowujesz się jakoś dziwnie. - zmarszczył czoło.
- Tak, na pewno nic mi... - przerwałam w pół zdania, bo poczułam jak Liam przygryza skórę na moim biodrze.
Zamknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki, drżący oddech.
- Nic mi nie jest, a teraz stąd wyjdź. - powiedziałam siląc się na spokój, podczas gdy dłonie Liama powoli zsuwały w dół moje spodnie od piżamy, a usta składały leniwe pocałunki na odkrytej skórze.
- Jesteś dziwna. - odparł mój młodszy brat, po czym, kręcąc głową, opuścił pokój.
Westchnęłam z ulgą i już miałam wstać, kiedy drzwi ponownie się otworzyły.
- A bym zapomniał. Zamawiamy sobie jedzenie na obiad. Co byś chciała? - spytał Gabbe.
- Eeeemm... - nie wiedziałam co powiedzieć. - Nic. Mam pilną sprawę na mieście, także zjem coś po drodze.
- Jak sobie chcesz. Więcej dla nas. - zaśmiał się i sobie poszedł.
Chwilę później zostałam znów ściągnięta na podłogę.
- Hey. - powiedział Liam uśmiechając się słodko.
- Hey. - odparłam, po czym spojrzałam przelotnie na jego usta.
Przygryzłam swoją wargę, nagle mając ochotę go pocałować. Payne uśmiechnął się jeszcze bardziej, jakby wiedząc o czym myślę. Chwilę później przybliżył swoją twarz i złożył delikatny pocałował kącik moich ust. Odsunął się na centymetr i czekał na mój ruch, patrząc na mnie z wyzwaniem w oczach. Zachichotałam i także pocałowałam go w kącik ust, a wtedy on obrócił lekko głowę i złączył nasze usta. Przez chwilę całkowaliśmy się leniwie, po czym odsunęłam się od niego.
- Pora się zbierać. - powiedziałam.
- Gdzieś się wybierasz? - spytał.
- Muszę cię jakoś przemycić, żeby nikt cię nie zauważył. - odparłam. - Chociaż twoje gabaryty nie ułatwiają sprawy. - zmarszczyłam nos.
- Kiedy marszczysz nos, między brwiami pojawia cię się tak  bruzda w kształcie litery "V". - stwierdził i dotknął wspomnianego miejsca.
- Nie zmieniaj tematu, Payne.
- Ja tu stwierdzam fakty, Glass.
- Nieważne. Złaź ze mnie. Idę pod prysznic.
Liam jeszcze raz pocałował moje usta, po czym odsunął się ode mnie. W końcu wstałam z podłogi i poszłam do łazienki.
Po prysznicu i wykonaniu podstawowych czynności toaletowych, wróciłam do sypialni, skąd skierowałam się do garderoby. Wyjęłam z szuflady komplet bielizny w kolorze ciemnego burgundu, wpadającego niemal w czerń i wzięłam się za ubieranie go. [LINK]
Właśnie ubierałam koronkowe figi, kiedy usłyszałam za sobą głos.
- Co za piękny widok. Naga, mokra kobieta ubierająca bieliznę. Mmm... jest na co popatrzeć. - westchnął.
- Powoli wchodzi ci to w krew. - mruknęłam sięgając po stanik. - Zapniesz mi stanik? - spytałam patrząc na niego przez ramię.
- Wolałbym go z ciebie zdjąć niż pomóc założyć. - uśmiechnął się uwodzicielsko.
- Jesteś strasznie monotematyczny.
- Ale nie możesz zaprzeczyć, że to ci się we mnie podoba.
Przewróciłam oczami.
- To pomożesz mi czy nie?
- Och, nie bądź taka sztywna. - śmiejąc się podszedł do mnie. - Pomogę, pomogę. Jednak chciałbym jakiś bonusik. - klepnął mnie w pośladki.
- Hey! - odwróciłam się zaskoczona. - Nie wierzę, że to zrobiłeś!
- No to uwierz. - uśmiechnął się szelmowsko i znów mnie klepnął w pośladki.
Patrzyłam na niego z niemym oburzeniem, mając lekko rozchylone usta i mrużąc przy tym oczy.
- Wyglądasz jak ryba bez wody. - zaśmiał się gardłowo, co zabrzmiało niebywale seksownie.
Cholerny Payne! Doskonale wie jak pobudzić kobiece libido.
- Za to ty wyglądasz jak kot czekający na śmietankę.
- To może będziesz moją śmietanką?
- Twoją? Nigdy w życiu.
- Och, no nie bądź taka! Wiem, że tego chcesz.
- Mam co do tego wątpliwości.
- Czy ty próbujesz urazić moją męską dumę? - spojrzał na mnie oskarżycielsko, po czym uśmiechnął się szeroko. - Ups, nie udało ci się.
- Jesteś taki dziecinny.
- Uważaj, bo oskarżą cię jeszcze o molestowanie.
W takich chwilach jak te, zastanawiam się czy ten facet jest w ogóle normalny, bo na chwilę obecną mam ogromne wątpliwości.
Kręcąc głową, odsunęłam się od niego i przeszłam do dalszej części garderoby kompletować strój na dziś. Zdecydowałam się na burgundową spódniczkę, zwykły czarny T-shirt z białym nadrukiem, czarne rajstopy i czarną, skórzaną kurtkę. Do tego buty na platformie z ćwiekami, burgundowa torebka, trzy bransoletki, czarna czapka i komin w tym samym kolorze. [LINK]
- Masz zamiar mnie ignorować? - spytał Liam, po pięciu minutach ciszy.
- Być może. - odwróciłam się do niego. - A co? Cierpisz na brak uwagi?
- Z twojej strony? Owszem.
- Och, zapomniałam o rzeszy nastolatek śliniących się do ciebie w praktycznie każdym kraju na świecie. - wyszłam z garderoby ze skompletowanym strojem w dłoniach.
- Czyżby wielka Katherine Glass była o mnie zazdrosna?
- O ciebie? - prychnęłam. - Nie w tym świecie, kochaniutki.
- O mój Boże! Jesteś zazdrosna! - wykrzyknął, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- Niby o co? My tylko się przyjaźnimy i od czasu do czasu ze sobą sypiamy. - powiedziałam nonszalancko i usiadłam na łóżku.
- Jesteś strasznie mało przekonująca, Glass. - powiedział, kiedy stanął między moimi nogami. - Ale powiedzmy, że ci wierzę. - wtedy mnie pocałował.
Z początku nie reagowałam. Byłam trochę na niego zła, za jego głupie zachowanie, ale powoli wkupywał się w moje łaski. Całował mnie delikatnie, ale z pasją, jakby czekając na przyzwolenie na więcej, znacznie więcej. W końcu się poddałam i pogłębiłam pocałunek. Wtedy on pchnął mnie na plecy i pocałunkami zszedł niżej przez brodę, krzywiznę szczęki, ucho aż do miejsca, gdzie kark łączy się z barkiem i oto przepadłam z kretesem.
Wiedziałam, że to nie jest najodpowiedniejszy moment na takie ekscesy, ale cholera, czułam się tak dobrze.
Jednak ta pełna zapomnienia chwila nie trwała zbyt długo.
- Dzwoniłaś do mnie w nocy, to jak tylko znalazłam czas przyjechałam do ciebie. - usłyszałam głos Darcy. - O kurwa! - obróciłam w bok głowę i zobaczyłam zaskoczoną Darcy, a za nią Zayna.
@##%^&*(*&^%$$#@@!!!!!!!! Właśnie takiej sytuacji starałam się uniknąć, a tu proszę. Jak zwykle mam szczęście do bycia przyłapaną w łóżku z facetem.
- Eee... To nie to co myślisz! - powiedziałam szybko.
- Ja nic nie myślę. - odparła Darcy. - Ale oczekuję wyjaśnień.
- Nie wierzę. - stwierdził Zayn, po czym wybuchnął śmiechem.
Byliśmy z Liamem totalnie zażenowani.
Boże, dlaczego właśnie nie pochłania mnie czarna dziura?!
Oboje z Liamem, szybko się ubraliśmy po czym chłopcy wyszli z pokoju.
Siedziałam przed toaletką i kończyłam mój makijaż, a Darcy przyglądała mi się.
- Więc co ci strzeliło żeby sypiać z najlepszym przyjacielem swojego byłego? - spytała bez ogródek.
- A co w tym złego? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- No nie wiem, może to doprowadzi do tego, że oni się pokłócą?
- Wątpię. Harry'ego w ogóle nie obchodzi co ja robię.
- Jaaasne i dlatego tak od niechcenia pyta się co robiliśmy u ciebie albo czy wychodziliśmy z tobą.
Z wrażenia aż ręka mi zadrżała, a szminka, którą właśnie się malowałam, maznęła mi policzek.
- Nie żartuj sobie ze mnie, bo to mnie wcale nie bawi.
- Nie żartuję, mówię ci co było ledwie tydzień temu.
- Taa, tylko to było zanim moi bracia poszli do jego mieszkania i, najmniej oględnie mówiąc, obili mu mordę.
- Pierdolisz!
- Nie, serio. Alan się przyznał.
- O kurwa! - zaczęła się śmiać jak opętana. - Jakie to typowo jaskiniowe myślenie.
Temat mnie i Liama odszedł w zapomnienie. Już więcej nie wracałyśmy do niego. Po prostu nie było sensu. Darcy doskonale wiedziała, że zrobię co zechcę.
Kiedy wyszłyśmy z sypialni, zastałyśmy Liama i Zayna cicho rozmawiających koło moich drzwi, ale na nasz widok zamilkli.
- To co, idziemy na dół? - spytałam.
- Czemu nie. - odparł cicho Liam.
- Boże, jakie z was rozlazłe pizdy. Chodźcie już, a nie sracie w gacie. - powiedziała Darcy z typową dla siebie otwartością, po czym pociągnęła mnie za rękę na dół.
Byłam trochę zdenerwowana, bo nie wiedziałam jak wytłumaczyć tu obecność Liama, szczególnie że nikt nie widział jak tu się zjawił. Jednak okazało się, że nie było się o co martwić.
Dlaczego? Już wyjaśniam.
Szliśmy powoli po schodach. No dobra, to wcale nie było powoli. Owszem, chłopcy szli powoli za nami, ale ja z Dar praktycznie z nich zbiegłyśmy.
W salonie siedzieli moi bracia wraz z Niallem i Megan jedząc obiad.
- Cześć wam! - powiedziałam silnąc się na normalny ton.
- Cześć! - odpowiedzieli chórem.
- Cześć Liam. Jakoś cię wcześniej nie zauważyłem. Kiedy przyszedłeś? - spytał jak zawsze podejżliwy Alan.
Myślałam, że zaraz dostanę zawału.
Już otwierałam usta, żeby wymyślić jakąś wymówkę, kiedy wyprzedziła mnie Darcy.
- Przyszedł ze mną i Zaynem. Nie widziałeś? No cóż, staruszku, najwyższa pora odwiedzić okulistę. - pokiwała smętnie głową z wszechwiedzącą miną. - O, jedzenie! - podeszła do stołu i, niczym się nie przejmując, zgarnęła kilka frytek z talerza Alana.
- Pewnie, Darcy. Możesz się poczęstować, a wręcz nalegam. - mruknął z sarkazmem Al.
- Nie jęcz, staruszku. Z grymasem ci nie do twarzy, ale skoro już nalegasz, to chętnie się poczęstuję. - mówiąc to zabrała mu talerz sprzed nosa i usiadła na wolnym miejscu przy stole.
Alan z wrażenia aż się zapowietrzył. Wszyscy patrzyli na nią w niemym zaskoczeniu, a ja wewnętrzenie zwijałam się ze śmiechu.
Nagle Darcy przerwała jedzenie i uderzyła się w czoło.
- Boże, gdzie moje maniery! - wykrzyknęła. - Gdyby mama mnie teraz zobaczyła, udusiłaby mnie gołymi rękami,
Jeśli myślicie, że oddała talerz mojemu bratu, to jesteście w błędzie. Wstała od stołu, podeszła do Ala, zabrała mu serwetkę z kolan i wróciła na swoje miejsce.
- Teraz jest idealnie. - westchnęła z zadowoleniem i zajęła się jedzeniem.
Moje ramiona telepały się jak przy napadzie padaczki, a od w oczach stanęły łzy od powstrzymywanego śmiechu.
Kiedy spojrzała na mnie, uśmiechnęłam się szeroko i ruchem warg powiedziałam "dziękuję"*, a ona zrobiła minę dumnej matrony z okresu regencji, której przyjęcie okazało się wyjątkowo udane.
I jak tu jej nie kochać?

_____________________
* Wybaczcie, ale nie wiedziałam jak to ubrać w słowa, ale można raczej się domyślić o co mi chodzi. :P

_________________________________
Witam po baaaaaardzo długiej przerwie.
Po pierwsze, strasznie was przepraszam, że tyle to trwało, ale w końcu udało mi się dokończyć ten rozdział. Pracowałam nad nim niemal 4 miesiące, co mnie samą też szokuje, ale po prostu coś mi nie szło pisanie.
Po drugie, nie wiem, jak będzie z pisaniem kolejnych rozdziałów. Ostatnio brakuje mi weny, ale przede wszystkim czasu, bo w tym roku kończę liceum. Wiem, że to kiepskie wytłumaczenie, ale cóż, jedyne jakie mam. Dlatego uzbojcie się w cierpliwość.
Po trzecie, koniec opowiadania zbliża się wielkimi krokami. Do końca pozostało około 5 rozdziałów i epilog.
Po czwarte i ostatnie, w sprawie kontynuacji. Jest spore prawdopodobieństwo, że takowe się pojawi, ale wszystko zależy od was. Ponownie aktywuję ankietę w tej sprawie, także możecie zdecydować co chcecie.

Jeśli doceniasz mój trud włożony w napisanie tego rozdziału, pozostaw po sobie komentarz. :)


Buziaki. xx
~ unromanticgirl

piątek, 20 czerwca 2014

Impas.

Możecie powiedzieć, że to co zrobiłam, było niewłaściwe. Jednak ja tak nie uważam. Okey, może sypianie z przyjacielem swojego byłego, nie brzmi najlepiej, ale rozpatrując to w innym aspekcie, nie jest takie złe. Przynajmniej pozbyłam się tego wszechobecnego napięcia, które doprowadzało mnie do szału.
Co do mojej kłótni z Darcy... Cóż, można powiedzieć, że się pogodziłyśmy. Rozmowa nie należała do najłatwiejszych, ale w końcu doszło do porozumienia.
Wracając do mnie i Liama. Romans kwitnie. Chociaż ja bym tego nie nazwała romansem, bardziej jako "przyjaciół z seksem na dokładkę". Mi taki układ pasował. Spędzałam z Paynem sporo czasu, jednak staraliśmy się, żeby inni tego nie zauważyli. Szczerze, nie potrzebowałam kolejnego gadania.
To chyba właśnie dzięki Liamowi całkowicie wzięłam się w garść i zaczęłam funkcjonować w miarę normalnie.

- Musisz już iść? - mruknął zaspany Liam, przyciągając mnie do siebie.
- Muszę. - zaśmiałam się i zabrałam jego dłonie z mojej talii. - Pewnie już dawno się zorientowali, że nie ma mnie w domu.
- A co w tym złego? - cmoknął mnie w obojczyk.
- Oni nie mogą się o nas dowiedzieć. Nic dobrego by z tego nie wynikło.
- No dobra. - westchnął. - Jak sobie chcesz, ale przyjdziesz wieczorem?
- Odpada. Już dwie noce z rzędu nie było mnie w domu. Zaczną coś podejrzewać.
- To co, jesteś już dużą dziewczynką.
- Chcesz, możesz przyjść do mnie, ale tylko jako przyjaciel. Żadnych bonusów.
- Tak jest kapitanie. Ty tu rządzisz. - zaśmiał się i pocałował mnie w usta. - Jednak jakimś bonusikiem bym nie pogardził. - uśmiechnął się szelmowsko.
- Chciałbyś.
- Chciałbym.
- Szelma. - zaśmiałam się. - Koniec tego dobrego. Pora wracać do domu. Jutro mam do pracy, także muszę się przygotować.
Wstałam i zaczęłam szybko zbierać porozrzucane ubrania. Usłyszałam za sobą jęk.
- Wszystko w porządku? - zerknęłam na niego przez ramię.
- Taa, podziwiam widoki. - przechylił lekko głowę.
- I podoba ci się to co widzisz?
- No nie wiem, nie wiem. Trudno się zdecydować. - wciągnął gwałtownie powietrze, gdy schyliłam się nakładając bieliznę. - Mmmm... baaardzo trudno. - westchnął przeciągle i padł na łóżko. - Właśnie zobaczyłem niebo.
- Nie wiem, jak ludzie mogą myśleć, że ty to jesteś ten najmilszy i najsłodszy z zespołu, a jednocześnie ten najpoważniejszy i w ogóle. - powiedziałam zapinając stanik.
- Widocznie nie znają mnie całego. - odparł z prostotą.
- Może.
- Może.
Ubrałam jeansy, koszulkę i związałam włosy w niechlujnego koka, po czym usiadłam na łóżku i zaczęłam wkładać skarpetki wraz z kozaczkami. [LINK]
- A ty co sądzisz o tym innym Liamie? - spytał nagle.
Na chwilę przestałam zakładać buty.
- Myślę, że jest inny. - wróciłam do przerwanego zajęcia.
- Nie no, to była naprawdę konkretna odpowiedź.
- Oj no, myślę, że jest nawet w porządku.
- A coś jeszcze?
- Ma przeogromne ego, bo jest łasy na komplementy.
- Odszczekaj to! - krzyknął oburzony.
- Nie ma mowy. Prawda w oczy kole, panie Payne.
Liam przyciągnął mnie do siebie, także leżałam pod nim i zaczął mnie łaskotać.
- Odwołaj to a przestanę. - powiedział i znów połaskotał.
- Nigdy... w życiu! - powiedziałam między salwami śmiechu.
- Odwołaj! - zaczął coraz natarczywiej mnie gilgotać.
- Okey, okey. - zaprzestał łaskotanie. - Jesteś niesamowicie przystojny, seksowny, twój intelekt powala i po prostu cała twoja prezencja sprawia, że nie można ci się oprzeć tak bardzo, że przy tobie nie jest się w stanie myśleć logicznie.
- Naprawdę? - jego mina wyrażała mieszankę zadowolenia i konsternacji.
- Nie.
- Wiedźma. - uśmiechnął się krzywo. - Właśnie powinienem cię przełożyć przez kolano i sprać, to może byś miała mniej niewyparzoną buźkę.
- Chciałbyś.
- Chciałbym.
- Tylko jedno ci w głowie - seks i wiertarka. - pokręciłam głową i wzruszyłam ramionami.
- Dlaczego wiertarka? - zmarszczył czoło.
- Nie wiem, tak było w kabarecie. - rozejrzałam się dookoła. - Gdzie moja bransoletka i zegarek?
- Nie wiem. Miałaś je w ogóle wczoraj?
- Tak!
- Wow, spokojnie. - uniósł dłonie w geście obrony. - Jak je znajdę, to ci przyniosę. Przynajmniej będę miał pretekst żeby cię odwiedzić.
- Od kiedy to ty potrzebujesz pretekstu. - burknęłam.
- Też prawda.
Kiedy byłam już gotowa do wyjścia, spojrzałam na Liama wciąż leżącego w łóżku. Był to widok miły dla kobiecego oka, a prześcieradło przykrywające nagie ciało nie pozostawiało zbyt wielkiego pola dla wyobraźni. To wszystko sprawiało, że miałam ochotę rzucić się na niego i uprawiać dziki seks.
- Czyżbyś się jednak zdecydowała zostać?
- Nie. - odchrząknęłam. - Definitywnie nie.
Czy tylko mi się wydaje, że moje słowa były mało przekonujące?
- Cóż, gdybyś jednak zmieniła zdanie, to wiesz gdzie mnie szukać. - mrugnął do mnie.
Śmiejąc się, pokręciłam głową.
- Pa. - powiedziałam i wyszłam z mieszkania.

Właśnie wróciłam do domu i starałam się być jak najciszej, kiedy usłyszałam czyjeś kroki.
- Wracasz do własnego mieszkania, a skradasz się jakbyś się włamała do cudzego. - powiedział Alan.
- Eee... - nie byłam w stanie niczego z siebie wykrztusić.
- Naprawdę myślałaś, że nie zauważę jak co noc gdzieś znikasz? Już nie będę wnikać gdzie, ale mogłabyś poświęcić trochę czasu mi i Gabe'owi, skoro już tu przyjechaliśmy. - wciąż milczałam. - To do ciebie nie podobne. Zazwyczaj na moje jedno słowo potrafisz powiedzieć pięćdziesiąt, a teraz nic? Może ty jesteś chora albo język ci obcięli?
- Umm... - odkaszlnęłam. - Nic mi nie jest.
- Patrzcie państwo! Ona jednak mówi.
- Przestań Al. To mnie nie bawi.
Zapadła krępująca cisza.
- Zmieniłaś się. - powiedział cicho.
- Dorosłam. - odparłam.
- Nie, zgorzkniałaś. Zagubiłaś się gdzieś po drodze.
- Nie...
- Proszę cię, nie zaprzeczaj. Przecież widzę co się dzieje.
- Nic się nie dzieje. Wszystko jest okey.
- Właśnie, że nie. - w jego głosie pobrzmiewała irytacja i coraz większy gniew. - Myślałem, że jest porządny, inny niż Igor czy Dylan... - zacisnął wściekle pięści. - Pieprzona historia lubi się powtarzać. Powinienem wcześniej mu obić gębę.
- Al, uspokój się. - odparłam, po czym uświadomiłam sobie co on przed chwilą powiedział. - Alan, co ty zrobiłeś?
- Nic. - odwrócił wzrok.
- Alan, coś ty do cholery zrobił?! - podniosłam głos.
- Należało mu się! - krzyknął.
- Alan! CO ZROBIŁEŚ?! - wrzasnęłam.
Ręce mi drżały, a w głowie przelatywały mi tysiące różnych scenariuszy. Strasznie się bałam, że zrobił coś głupiego.
- Obiliśmy skurwielowi mordę.
- My?! Zabrałeś ze sobą Gabriela? Czyś ty do cholery człowieku rozum postradałeś? Naprawdę doskonały wzorzec do naśladowania pokazujesz bratu.
- Katherine...
- Zamknij się, bo jeszcze nie skończyłam! Jestem na ciebie wściekła! Pobiłeś każdego mojego byłego. Powoli wchodzi ci to w krew, a jeszcze wciągasz w to młodego. Myślisz, że robisz mądrze?! Do cholery, przestań być nadopiekuńczy! - klapnęłam na kanapę w salonie i zakryłam twarz dłońmi.
- Jestem taki, bo się o ciebie martwię.
- Ale to cię nie upoważnia do pobicia! - westchnęłam ciężko. - Alan, kocham cię. Ty i Gabriel jesteście najlepszymi braćmi na świecie, ale chyba już najwyższa pora żebym sama zajęła się swoimi problemami, bez twojego nadopiekuńczego wtrącania się za każdym razem, gdy powinie mi się noga.
Alan usiadł obok mnie na kanapie i wziął mnie za rękę.
- Rozumiem twój punkt widzenia, ale... po prostu nie mogę się patrzeć na to, że cierpisz.
- Ale teraz jest już dobrze, nie widzisz tego? - spytałam.
- No...
- Wiem, że dla ciebie zawsze będę twoją małą siostrzyczką Katy, ale pozwól mi żyć własnym życiem. - uśmiechnęłam się delikatnie i ścisnęłam jego dłoń. - Myślę, że już najwyższa pora, żebyś się skupił całkowicie na sobie. Wiesz, tylko bez bycia egoistą. - kąciki jego ust drgnęły. - Czas upływa, ja nie młodnieję, a jeszcze chciałabym zostać ciocią. - pokiwałam głową z poważną miną.
- Hej! - zaśmiał się i szturchnął mnie barkiem. - Nie wywołuj na mnie takiej presji. Nie jestem pewien czy zdołam sprostać twoim oczekiwaniom.
- Też coś, apartament na Manhattanie, piękna żona, trójka słodkich dzieci i kilka tysięcy zielonych na koncie, to nie są zbyt duże wymagania. - nonszalancko wzruszyłam ramionami.
- Powiedz mi Kath, czego ty się naćpałaś? Musi to być coś dobrego, bo gadasz od rzeczy.
- Zaraz naćpała, nie wyspałam się. Ot cała historia.
- No już nie strosz tak piórek. - zaśmiał się. - A teraz zmiataj do łóżka zanim się rozmyślę.
Przytuliłam go szybko i pobiegłam do siebie do pokoju, gdzie szybko przebrałam się w piżamę i padłam na łóżko.
Przez półgodziny przewracałam się z boku na bok, jednak nie mogłam zasnąć. Coś nie dawało mi spokoju.
W końcu nie wytrzymałam i wzięłam telefon, po czym wybrałam numer, pod który już dawno nie dzwoniłam.
- Halo? - usłyszałam zaspany głos i nagle uświadomiłam sobie, że nie wiem, co mam powiedzieć. - Kto dzwoni? - nadal milczałam. - Słyszę twój oddech. - powiedział lekko poirytowany.
- Przepraszam.
- Katherine?!
- Emm... Tak, chciałam cię przeprosić za to, co zrobili moi bracia.
- Taa, najpierw ich na mnie nasyłasz, a potem nagle po kilku dniach dzwonisz i przepraszasz. Piękna zagrywka, panno Glass.
- Myślisz, że ja ich nasłałam?! - byłam w szoku, takiego obrotu sprawy bym się nie spodziewała. - Chyba cię pojebało!
- A teraz jeszcze mnie obrażasz. Ty to masz tupet, Katherine.
- Kurwa! Dopiero dzisiaj się dowiedziałam, co oni zrobili. - przetarłam twarz dłonią. - Martwiłam się, dlatego zadzwoniłam i przeprosiłam za to, co się stało, ale jak zwykle, co by nie było, to zawsze jest moja wina.
- A czego ty się spodziewałaś? Że będę się przed tobą płaszczył?
- Miałam nadzieję, że chociaż raz zachowasz się jak facet, a nie jak rozkapryszony pięciolatek, który nie dostał cukierka!
- A ty nie jesteś lepsza! Wiecznie pokrzywdzona przez los, Katherine!
- Ale to nie ja ciebie zdradziłam, tylko ty mnie! Nigdy się nie pisałam na związek poligamiczny, do cholery!
- Jasne, bo uwierzę, że się nie puszczałaś z Nathanem.
- A ty zawsze wałkujesz ten sam temat! W przeciwieństwie do ciebie, ja cię nie zdradziłam. To nie ja zabrałam cię do mojej rodziny, żeby w tym samym czasie umawiać się na małe bzykanko w Nowym Jorku z przebrzydłą sukowatą Taylor.
- Ona nie jest sukowata.
- Och, proszę cię. Nie rób z niej świętej. Jakby była taka idealna, to nie sypiałaby z zajętym facetem. Zresztą, po co ją bronisz. Słyszałam, że zerwaliście.
- A nawet jeśli, to nie upoważnia cię do oceniania mnie. Nie jesteś dłużej częścią mojego życia.
- To działa w obie strony, Styles.
- Żałuję, że się w tobie zakochałem, że w ogóle cię spotkałem.
Myślałam, że już jestem ponad to, jednak jego słowa raniły, kaleczyły to, co jeszcze zostało z mojego serca.
- Nienawidzę cię! Jesteś najgorszą rzeczą, która mi się przydarzyła w życiu. - krzyczałam. - Idź do diabła! - po tym słowach rozłączyłam się i całkowicie się rozkleiłam.
To bolało, cholernie bolało. Czułam się jakby czołg mnie przejechał.
To nie jest tak, że pstrykniesz palcami i już kogoś nie kochasz. Tym bardziej bolała mnie ta sytuacja, bo w jakiś chory, nielogiczny i pokręcony sposób ja go dalej kochałam.
Potrzebowałam kogoś, do kogo mogłabym się po postu przytulić, poczuć, że gdzieś w tym osobistym piekle jest chociaż krzta dobroci. Dlatego też zadzwoniłam do Darcy.
- Cześć, tu Darcy. Prawdopodobnie jestem zajęta albo po prostu nie chce mi się z tobą rozmawiać. Jak musisz, to zostaw wiadomość. Może oddzwonię. - cholerna poczta głosowa.
Rozłączyłam się i wybrałam inny numer. Po czterech sygnałach odebrał.
- Halo? - chyba go obudziłam.
- Liam, mógłbyś przyjechać? - pociągnąłem nosem i otarłam łzy dłonią.
- Katherine, co się stało? - spytał już całkowicie rozbudzony.
- Po prostu, mógłbyś przyjechać?
- Oczywiście, będę za dwadzieścia minut. Trzymaj się. - rozłączył się.

Dwadzieścia minut później leżałam w łóżku z Liamem, który mocno mnie obejmował. Nie musiałam mu niczego mówić. Po prostu wszedł do sypialni, spojrzał na mnie, a potem znalazłam się w jego silnych ramionach. Łzy płynęły strumieniami, nie umiałam opanować drżenia, a on tylko głaskał mnie po plecach, całował w czubek głowy i szeptał kojące słowa. Czułam, że powoli się uspokajam.
Wtedy też uświadomiłam sobie, że będę musiała podjąć decyzję w sprawie, która jest nieunikniona - całkowicie dać sobie spokój i nie ratować tego, co zostało z mojej miłości do Harry'ego albo zawalczyć o to.
Jeśli dam sobie spokój, wtedy mogłabym zobaczyć, co wyniknie z mojego "romansu" z Liamem. Cóż, Liam to cudowny mężczyzna, jednak poza miłością platoniczną, z ogromną dozą pożądania, nie kocham go w ten sposób.
Z drugiej strony jest Harry. Moja pierwsza prawdziwa miłość. Tylko, że w tym przypadku jest zbyt wiele argumentów będących przeciw niemu, a tylko jeden argument za - to, że jestem w nim zakochana.
Impas. Po raz kolejny sytuacja bez wyjścia.
Leżałam tak, wtulona w Liama, wdychając jego charakterystyczny zapach - woda kolońska, dym papierosowy i coś jeszcze, tylko nie wiem, jak to sprecyzować. Jego dotyk, głos i zapach sprawiały, że czułam się lepiej, koił zszargane nerwy. Czułam, że powoli odpływam.
- Co by się nie działo, ja będę przy tobie. Obiecuję ci to. - szepnął cicho Liam.
Po tych sławach po prostu zasnęłam.

____________________________________________
Wybaczcie, że tyle to trwało, ale w końcu udało mi się skończyć rozdział.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu. :)
Postaram się teraz dodawać rozdziały częściej.
Osoby, które chcą być informowane o nowych rozdziałach na Twitterze, piszcie swoje nicki w komentarzach.
Miłych wakacji. :D

Buziaki. xx
~ unromanticgirl

piątek, 2 maja 2014

Czas wziąć sprawy w swoje ręce.

W życiu człowieka przychodzi taki moment, że kiedy nie jest w stanie zająć się własnymi problemami, woli wziąć się za cudze. Dla mnie też nadszedł taki moment. Otóż, wiecie jak bardzo drażni mnie to, że moi najlepsi przyjaciele ze sobą nie rozmawiają, dlatego też postanowiłam zrobić coś, co prawdopodobnie sprawi, że znów będą ze sobą rozmawiać i może nawet przyjaźnić.
Stąd też, tak radykalne środki.
Dzisiaj w fundacji "organizowaliśmy" dzień artystyczny, a jako że Darcy jest malarką, a Ed muzykiem, postanowiłam ich oboje zaprosić, nie mówiąc, że drugie się pojawi.
Sheeran oczywiście przystał na taką propozycję, bo lubi współpracować z fundacją, a granie z dzieciakami, to jak sam ciągle powtarza "wielka frajda".
Nasza droga panna Spencer miała trochę obiekcji co do tego. Powiedzmy sobie szczerze, Darcy nie przepada za dziećmi i z własnej woli raczej z nimi nie będzie siedzieć, także pomogła tu dopiero duża doza perswazji (Okey, okey, obiecałam jej nowe płótna i że zabiorę ją potem na duży obiad.).
Właśnie jechałyśmy z Dar do fundacji, Ed wysłał mi SMS'a, że już tam jest. Miałam ogromną nadzieję, że mój plan wypali, inaczej w najgorszym przypadku Darcy mnie zabije albo przestanie się odzywać, a Ed raczej nie będzie na mnie zły za to. Tak myślę.
- To w sumie co ja mam tam robić? - spytała moja przyjaciółka, wciąż niezbyt zachwycona, że bierze w tym udział.
- Malować, pomagać dzieciom w malowaniu i tak dalej.
- Ale ty jesteś konkretna.
- Sorry, ale to ty znasz się na tym, a nie ja.
- Robię to tylko dla ciebie. - mruknęła.
- A nie dla płócien i obiadu? - zaśmiałam się.
- Oj, cicho. - uśmiechnęła się delikatnie.
Chwilę później już byłyśmy na miejscu.
- To do której sali idziemy?
- Do... - sprawdziłam na telefonie jaką salę podałam Edowi. - Do piątki na drugim piętrze.
- Okey, miejmy już to z głowy. - odparła zniecierpliwiona. - Ale wisisz mi naprawdę wielki obiad.
- A zmieścisz go?
- Stawiasz wyzwanie mojemu żołądkowi? To już przegrałaś.
- Kobieta powinna jeść jak ptaszyna.
- Kiedy to było... w średniowieczu? Chociaż nie, wtedy wszyscy jedli jak prosiaki, także bardziej to pasuje do angielskiego okresu regencji i tych damulek z dobrego domu.
- Mama cię dobrze wychowała, także też jesteś panną z dobrego domu.
- To nie ma żadnego związku. Powiedzmy sobie szczerze, lubię jeść i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.
- Doskonale to wiem. - zaśmiałam się. - To ta sala. - wskazałam na drzwi naprzeciwko. - Idź, ja cię dogonię.
- Nie idziesz? - spytała zdziwiona.
- Idę, idę, ale najpierw muszę zajrzeć do pani Stenton, bo zapomniałam wczoraj podpisać jakieś dokumenty.
- Rozumiem, ale nie możesz zrobić tego później?
- Nie, a dzieci cię nie zjedzą, także spokojnie. Idź już. - pchnęłam ją lekko w plecy. - Zaraz przyjdę.
- Okey, ale pospiesz się, bo może mnie nie zjedzą, ale zostawienie mnie samej z gromadką dzieci, to nie najlepszy pomysł. - widziałam obawę w jej oczach.
Gdyby tylko znała prawdę...
- Nie martw się, to zajmie dosłownie chwilę i zaraz wracam. - odwróciłam się plecami i skręciłam w boczny korytarz.
Wyjrzałam z zza rogu, Darcy szła z lekkim oporem do sali. Przed drzwiami zatrzymała się wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Mając wciąż zamknięte oczy nacisnęła klamkę i weszła do sali. Po chwili drzwi się za nią zamknęły i miałam dosłownie minutę, zanim się zorientuje, co się tam dzieje.
Szybko podbiegłam do drzwi, wyciągnęłam klucz z kieszeni, włożyłam w zamek i przekręciłam go. Chwilę później usłyszałam walenie w drzwi.
- Ty podstępna żmijo! Wrobiłaś mnie! Wypuść mnie natychmiast! - waliła w drzwi wściekła Darcy.
- Nie, dopóki wszystkiego sobie nie wyjaśnicie.
- Do tego nigdy niedojdzie! Zadzwonię do Zayna i on mnie stąd uwolni!
- Nie masz telefonu.
- A właśnie, że mam! Mam go w...
- W torebce, ale twoja torebka jest w moim samochodzie.
- To jemu zabiorę telefon!
- Hmm... zostawiłem telefon w swojej szafce w szatni. - usłyszałam przytłumiony głos Eda, dochodzący z końca sali.
- TY IMBECYLU!!! JAK MOGŁEŚ NIE WZIĄĆ TELEFONU?! KTO W XXI WIEKU NIE MA PRZY SOBIE TELEFONU?! KATHERINE, JUŻ JESTEŚ MARTWA! NIECH TYLKO STĄD WYJDĘ, A URWĘ CI TĄ CHOLERNĄ GŁOWĘ! KURWA! - Darcy wrzeszczała jak opętana.
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego się tak wścieka. Minęło tyle czasu, że mogliby w końcu oczyścić atmosferę między sobą.
Zrobiłam co mogłam. Teraz tylko od nich zależy jak długo będą tu siedzieć.

* Perspektywa Darcy. *

Nie no, w tej chwili mam ochotę zabić moją "najlepszą" przyjaciółkę. No kurwa, jaka przyjaciółka robi coś takiego.
- Co jej kurwa, odjebało żeby tak robić? - odgarnęłam włosy z twarzy. - Jak mogła MI zrobić coś takiego?- byłam naprawdę ściekła.
- Na pewno chciała dobrze... - mruknął Ed.
- Zamknij się! - krzyknęłam. - To wszystko twoja wina! Pewnie to ty to wszystko ukartowałeś, a Kath jak zwykle pieprzona zbawczyni uciśnionych musi się we wszystko wpierdalać.
- Nie miałem z tym nic wspólnego. - odparł spokojnie. - Zaprosiła mnie tu, bo niby organizowali tu dzień artystyczny dla dzieci i chętnie się zgodziłem, a kiedy tu przyszedłem, nikogo nie było.
- Cholera, wrobiła nas, ale czego ona chce? - uspokoiłam się trochę i usiadłam opierając się o drzwi.
- Zważywszy, że zamknęła akurat naszą dwójkę, to przypuszczam, że chce żebyśmy się pogodzili.
- To ona ma cholerny problem, bo ja nie mam zamiaru dawać jej tej satysfakcji.
- Tak ciężko jest ci ze mną porozmawiać? - spytał smutno.
- Wiesz co? Gdybym miała pistolet, w którym byłyby tylko dwa naboje, a w tej sali byliby jeszcze Hitler i Bin Laden, to strzeliłabym do ciebie. Dwa razy.
- Hmm... - odchrząknął. - Widzę, że postawiłaś sprawę dość jasno.
- Tak.
- I nie masz zamiaru się ze mną godzić.
- Tak.
- Mimo, że męczy cię cholernie ta sytuacja.
- Tak... Ta sytuacja wcale mnie nie męczy! Po prostu mnie wkurwiasz samym byciem tu.
- Co ja ci takiego zrobiłem?
- Przespałeś się ze mną, a potem wywaliłeś jak zużytą chusteczkę albo raczej prezerwatywę.
- I będziesz to tak roztrząsać do końca życia, bo zachowałem się jak palant, wyjątkowo mało inteligentny, który powiedział coś czego żałuje do dzisiaj. Rozumiem cię, wiem że wciąż cię to boli, tak jak ja każdego dnia próbuję sobie wybaczyć to, jak cię potraktowałem, ale nie umiem, bo ty mi nie chcesz wybaczyć. Jak mam sobie przebaczyć, kiedy kobieta, na której zależy mi jak na żadnej innej, nie potrafi tego zrobić. Co mogę jeszcze powiedzieć? Przepraszam? To słowo ma zbyt słaby wydźwięk, nie jest w stanie opisać tego jak bardzo jest mi przykro, jak bardzo chciałbym ci wynagrodzić cały ból, którego przyczyną byłem ja.
Zatkało mnie. Nie wiedziałam, że tak to go męczy. W sumie miał trochę racji, bo mnie też to męczyło, ale nie wiedziałam, że jego aż tak bardzo. O ile mi wiadomo, Ed nie miał nikogo odkąd ze sobą zerwaliśmy, a ja mam Zayna.
Zayn, moje światełko w tunelu, nadzieja, że nie wszyscy faceci to skurwiele. Zayn był idealny, czasami zbyt idealny. Zawsze na pierwszym miejscu ma moje dobre samopoczucie i cierpliwie znosi moje złe humory. Poza tym potrafi skutecznie odwracać uwagę. Oczywiście zdarza nam się pokłócić, ale nigdy to nie jest nic poważnego.
Mój związek z Edem był nieco bardziej burzliwy. Owszem Sheeran jest słodki i bardzo romantyczny, ale nie boi się wyrazić własnego zdania, przez co często się kłóciliśmy i to całkiem na poważnie. Wiecie, rzeczy latały w powietrzu (głównie przeze mnie, bo Ed się nie odważył), wrzaski, że aż cała przecznica nas słyszy... taki trochę męczący związek dwojga ludzi, którzy są kompletnymi przeciwieństwami. Jednak to nie przeszkadzało nam w spotykaniu się. Naiwna siedemnastolatka, po uszy zakochana w dwudziestoletnim facecie, który cudownie śpiewa i gra na gitarze... Och, i te dłonie... Matko, Darcy! Ogarnij się!
A teraz zobaczyłam to z jego perspektywy i nie czułam się z tym lepiej.
- Ed ja... - zaczęłam.
- Nie wymagam od ciebie żebyś zaraz ze mną się przyjaźniła czy coś, bo nie mam do tego prawa, a nawet śmiałości, żeby cię o to prosić, ale czy mogłabyś mi chociaż przebaczyć? Dać temu odejść? Chcę iść do przodu, ale ta jedna sprawa nie daje mi spokoju. Możesz chociaż spróbować?
Westchnęłam ciężko, wstałam z podłogi, podeszłam do Sheeran'a i usiadłam obok niego.
- Beznadziejna sytuacja. - mruknęłam.
- Aż za bardzo. - odparł, po czym wyjął gitarę z futerału i zaczął na niej brzdąkać.
Po chwili usłyszałam pierwsze akordy "Cold Coffee".


Czułam łzy pod powiekami. To była nasza piosenka. Czasami kiedy się pokłóciliśmy, brał gitarę, siadał obok mnie i cicho śpiewał do mojego ucha "Cold Coffee". Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Wszystkie wspomnienie powróciły. Wspólne wieczory spędzone w jego mieszkaniu na kanapie przed telewizorem, Ed gotujący kolacje, ja rysująca Eda podczas gry na gitarze... to wszystko sprawiło, że rozpłakałam się na dobre.
Potem, sama nie wiem jak to się stało, siedziałam na kolanach Eda, a on mnie ściśle obejmował. Całowaliśmy się. Znacie to uczucie, kiedy ogarnia was błogi spokój, a jednocześnie przemożne pragnienie, graniczące z obsesją? To właśnie czułam, jakbym przebudziła się z długiego snu. Tylko... jak to możliwe? Co on miał takiego w sobie, że moje ciało nie potrafiło mu się oprzeć?
- Nie powinniśmy... - mruknął Ed, odsuwając się. 
- Zamknij się i całuj mnie. - odparłam, przyciągając jego twarz do swojej.

* Perspektywa Katherine. *

Szczerze, to trochę się martwiłam co wyniknie z tej konfrontacji. Wiem, że Darcy jest ciężko przekonać do zmiany zdania, także jak się uprze, to nic jej nie ruszy. Z drugiej strony, Ed łatwo się nie poddaje. Prawdopodobnie jest to jedyna osoba, która może ją przekonać.
Minęła prawie godzina odkąd zamknęłam Darcy z Edem. Właśnie szłam sprawdzić jak im idzie, ale pierwsze co zauważyłam, gdy weszłam na korytarz na drugim piętrze, to to, że jest cicho. Zbyt cicho.
Szybko podeszłam do drzwi, przekręciłam klucz w zamku i otworzyłam drzwi.
To co zobaczyłam, kompletnie mnie zamurowało.
Oni się obściskiwali! I to tak konkretnie!!!
Czekaj.
CZY ON WŁOŻYŁ JEJ RĘKĘ POD SPODNIE?!
- O MÓJ BOŻE!!! - krzyknęłam.
Jak na zawołanie, oboje się odwrócili w moją stronę.
- Czy ja wam w czymś nie przeszkadzam? - splotłam ręce na piersiach.
Ed chrząknął i podrapał się po karku, a Darcy jedynie uniosła brwi.
- Chciałam tylko żebyście się pogodzili, a nie robili cokolwiek wy tam robiliście.
- Jak widzisz, troszkę opacznie cię zrozumieliśmy. To się zdarza jak ktoś nie wyraża się wprost. - skomentowała Darcy.
- To i tak tego nie tłumaczy!
- "Tego"? Och Katherine, nie bądź taka nieśmiała i święcie oburzona. Przyznajmy sobie szczerze, robiłaś gorsze rzeczy. I nazywaj rzeczy po imieniu. Palcówka, Kath. To nic strasznego. - zakończyła niemal szeptem, po czym zaśmiała się głośno.
- A chociaż przez chwilę pomyślałaś o tym, co się stanie jak Zayn się dowie?
- A kto powiedział, że się dowie?
- Ja nie mam zamiaru cię z tym kryć. Jak mnie spyta wprost, to powiem mu prawdę.
- Dziewczyny... - wtrąci się Ed.
- Zamknij się! - krzyknęłyśmy jednocześnie.
- Okeey. - uniósł dłonie w geście poddania.
- Co wyście sobie myśleli?! - krzyknęłam.
- Nic. W takich momentach się nie myśli, tylko czuje. - odparła nonszalancko Darcy.
- Darcy, nie wkurwiaj mnie!
- Ja cię wkurwiam?! No sorry, ale to nie ja się wszędzie wpierdalam i użalam się nad sobą, bo facet mnie zdradził. - otarła wyimaginowaną łzę spod oka. - To takie smutne, że aż żałosne.
Byłam w szoku.
- Hmm... Nie wiedziałam, że tak to odbierasz. - pokręciłam głową. - Cóż, skoro tak bardzo ci to przeszkadza, zabiorę swoją "żałosną" osobę stąd i nie będę ci przeszkadzać. - odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę wyjścia.
- Katherine... - zaczęła Darcy.
- Jeśli chodzi ci o torebkę, znajdziesz ją w szatni. Eddie pokaże ci gdzie. Cześć wam. - mówiąc to, opuściłam pomieszczenie.
Kiedy myślałam o katastrofalnych skutkach mojego wtrącania się, w życiu nie wyobrażałam sobie tego. To było po prostu tak nie realne, że aż chore.
W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu.

Wchodząc do domu nie myślałam o niczym, robiłam wszystko mechanicznie, także nawet nie zauważyłam Nialla w samych bokserkach, stojącego centralnie przede mną.
- Ehm... Hej? - spytał uśmiechając się niemrawo.
Skwitowałam to tylko uniesieniem brwi i minęłam go, a potem zauważyłam Megan w koszulce Nialla i...
- Czy wszyscy wokół mnie muszą uprawiać seks?! - krzyknęłam i wbiegłam po schodach na górę.
- My nie... - usłyszałam za sobą głos Meg.
Zatrzymałam się i częściowo się odwróciłam.
- Och, proszę cię! Tylko mi nie wmawiaj, że nagle wszystkie twoje ubrania trafiły do prania i dlatego masz na sobie koszulkę Niallera, a jemu było gorąco i chodzi niemal nago.
- No może nie tak, ale...
- Nie kończ. - uniosłam dłoń jakbym chciała ją powstrzymać. - Pozostaw mnie w tej błogiej nieświadomości.
- Okey, jak sobie chcesz. - odparła i wzruszyła ramionami.
- A tak w ogóle, gdzie Al i Gabe? - spytałam.
- Stwierdzili, że mają coś zarąbiście ważnego do załatwienia na mieście i poszli sobie. - powiedziała Megan.
- Albo raczej pojechali, bo wzięli Maserati. - dodał Niall.
- Nie poprawiaj mnie.
- No co, taka jest prawda.
- Jesteś beznadziejny. - stwierdziła Meg i poszła w stronę kuchni.
- Ja? Beznadziejny? Niby jak?
Matko! Dlaczego mi się to przytrafia?! Muszę gdzieś wyjść, inaczej zeświruję.

Z braku lepszego pomysłu, postanowiłam wyjść do klubu. Dla zabicia czasu, całkowicie skupiłam się na przygotowaniu się do wyjścia. Zajęło mi to prawie cztery godziny, ale skutecznie odwróciło uwagę. Ubrana w elegancką sukienkę [LINK], dopieszczona z każdej strony, założyłam płaszcz i zeszłam na dół.
W salonie zastałam Alana z Gabem grających na konsoli.
- Wybierasz się gdzieś? - spytał się Al.
- Wychodzę na miasto.
- Sama? - zdziwił się Gabe.
Było powszechnie wiadomo, że na wypady zazwyczaj chodziłam z Darcy, ale dzisiaj... Zresztą sami wiecie jak jest.
- Tak, sama i nie powinno cię to w ogóle obchodzić. - odparłam zgryźliwie i wyszłam z salonu. - Nie wiem, kiedy wrócę.
Wyszłam z domu, wsiadłam do windy i zjechałam nią do holu. Miałam zamiar trochę zabalować, dlatego zadzwoniłam po taksówkę. Dziesięć minut później zjawiła się taksówka, co jak na londyńskie standardy było dość szybko, zważywszy na to, że mamy piątkową noc i o tej porze ruch jest wzmożony.
- To gdzie jedziemy? - spytał uprzejmie kierowca.
- Do jakiegoś dobrego klubu. Zna pan jakiś? - spytałam.
- Dość często wożę ludzi do Funky Buddha. Ponoć to dobry klub.
- To niech będzie Funky Buddha. - odparłam.
Szczerze, to nigdy nie byłam w tym klubie, ale w tej chwili było mi obojętne gdzie pójdę.
Po mniej więcej dwudziestu minutach dojechałam na miejsce. Zapłaciłam za kurs, życzyłam taksówkarzowi dobrej nocy i ustawiłam się w kolejkę przed  klubem. Po tym jak przestałam w kolejce chyba wieczność, w końcu weszłam do środka. Wnętrza były urządzone stylowo i ze smakiem.
Podeszłam do szatniarza, u którego zostawiłam płaszcz, po czym poszłam prosto do baru i usiadłam na wolnym stołku. W tle przyjemnie dudniła muzyka, a wszyscy dobrze się bawili. Muszę przyznać, niezłe miejsce.
- Co podać? - spytał uśmiechnięty barman.
- Mogłabym prosić kartę alkoholi?
- Oczywiście. - podał mi kartę.
- Hmm... - zamyśliłam się. - To na początek poproszę "Funky Lady".
- Otworzyć rachunek?
- Tak.
- Będzie pani płacić kartą czy gotówką?
- Kartą.
- Poproszę kartę.
Położyłam kartę na ladzie i przesunęłam nią po blacie, lekko się przy tym uśmiechając.
Kilka minut później pojawił się przede mną mój drink. Wypiłam troszeczkę i był naprawdę dobry. Zestawienie soku z limonki z truskawkami... obłęd.
Pierwszą godzinę spędziłam w niemrawej atmosferze. Przystawiał się do mnie jakiś facet po trzydziestce. Może nie wyglądał najgorzej, jednak tak bardzo cuchnęło od niego potem, że myślałam, że zaraz zacznę haftować. W każdym bądź razie miał tak beznadziejne teksty na podryw, a to w połączeniu z jego całą osobą stanowiło bardzo odpychającą mieszankę.
- Pocałuj mnie jeśli się mylę, ale masz na imię Bernadette.
Nie no serio? Ten wieczór nie mógł być gorszy.
- Och, skąd znałeś moje imię? - zrobiłam zaskoczoną minę. - To po prostu niewiarygodne.
- Naprawdę tak masz na imię?! - zdziwił się.
- Tak. Nazywam się Bernadette Constanza De La Rosa. - uśmiechnęłam się krzywo i wróciłam do picia mojego drinka.
- Felix. - przedstawił się.
- Aha.
Przez chwilę zapadło milczenie i już myślałam, że da mi spokój, ale znowu się odezwał.
- A masz chłopaka? - spytał.
- To jakieś przesłuchanie?
- Nie, ale masz chłopaka?
- No mam i co w związku z tym?
- To teraz możesz mieć mężczyznę.
- Którym jesteś ty?
- No oczywiście, że ja.
Boże, widzisz a nie grzmisz!
- A twój chłopak jest tutaj? Co robi? Bo ja zajmuję się funduszami hedgingowymi.*
- Mój chłopak jest seryjnym zabójcą. Zabija ludzi za pieniądze. - odwróciłam się do barmana. - Mogę poprosić Waikiki? - znów spojrzałam na tego typka. - Hmm... Ostatnio planował w coś zainwestować. Masz wizytówkę?
Jego mina była bezcenna. Wtedy też zauważyłam Liama. Szedł z zamyśloną miną w stronę baru, ale jeszcze mnie nie zauważył. To była moja jedyna szansa żeby uwolnić się od tego typa.
Szybko wstałam ze stołka i niemal rzuciłam się Liamowi na szyję.
- Cześć kochanie. - zawołałam głośno i mocno wtuliłam się w Payne'a.
Był nieźle zaskoczony, ale odwzajemnił uścisk.
- Jestem Bernadette, a ty moim chłopakiem, seryjnym zabójcą. - szeptałam mu gorączkowo do ucha. - Błagam cię, ratuj mnie, bo przy barze jakiś palant nie daje mi spokoju. - odsunęłam się troszeczkę i spojrzałam mu w oczy. - Zrobisz to dla mnie?
Liam skinął nieznacznie głową po czym pocałowałam go przelotnie w kącik ust. Następnie podeszłam z Liamem do baru, gdzie siedział ten Felix.
- To mój chłopak, Kastiel. - uśmiechnęłam się słodko.
- Emmm... - zaciął się Felix, a jego mina zrzedła. - Hmm... Miło mi cię poznać.
Interwencja Payne'a okazała się bardzo skuteczna i momentalnie facet dał mi spokój.
Liam zaprezentował się jako idealny kandydat na wybawcę dam w opałach, a w roli seryjnego zabójcy sprawdził się zadziwiająco dobrze. Nawet jego wygląd idealnie pasował. Czarne rurki nisko wiszące w kroku, czarne martensy, zwykły biały T-shirt i czarna, skórzana kurtka. Do tego kilkudniowy zarost. Normalnie seks bomba. O matko! Czy ja tak właśnie pomyślałam o moim przyjacielu? Cóż, upiłam się.
- Pani drink. - powiedział barman.
Szybko wzięłam swój napój i napiłam się troszkę.
- Chodź do mojego boksu. - powiedział cicho do mojego ucha Payne.
- Jasne. - odparłam i zwróciłam się do barmana. - Będziemy w boksie...
- Numer dwanaście. - dodał pomocnie Payno.
- Właśnie, także zamówienia wpisuj na mój rachunek.
- Nie trzeba. - sprzeciwił się Liam.
- Cicho, ja dzisiaj stawiam.
- No dobra. - odparł z rezygnacją, po czym poszedł ze mną do boksu.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, którą przerwałam śmiejąc się głośno.
- Co? - spytał zdziwiony brunet.
- Nic, po prostu ten facet wkurwiał mnie od prawie godziny, a potem jak na zawołanie zjawiłeś się ty w momencie, kiedy cię potrzebowałam. To było coś, także dziękuję ci.
- Nie ma za co. Od czego ma się przyjaciół.
- Przyszedłeś sam czy gdzieś tu jest Danielle? - zmieniłam temat i zaczęłam rozglądać się dookoła.
- Nie ma jej tu. Przyszedłem sam. My... - westchnął ciężko. - My zerwaliśmy ze sobą.
- To straszne! Co się stało? - zmartwiłam się nie na żarty.
Liam i Danielle stanowili bardzo dobraną parę, a to że rozstali się po raz drugi, chociaż niedawno się zeszli, bardzo mnie zdziwiło.
- Stwierdziła, że ciągle mamy ten sam problem co kiedyś. Nie mamy dla siebie w ogóle czasu i to dla niej jest męczące i zerwała ze mną.
- Nieciekawie. - skomentowałam jego wypowiedź, nie bardzo wiedząc co innego mogłabym powiedzieć.
- A ty co tutaj robisz? - spytał.
- Pokłóciłam się z Darcy i stwierdziłam, że mam ochotę się upić.
- O co poszło?
- Powiedzmy, że o różnice w spojrzeniu na pewne sprawy.
- Rozumiem. - mruknął. - No to musimy się upić. - powiedział i przywołał gestem kelnerkę.
- W czym mogę pomóc?
- Poprosimy sześć shot'ów Funkybuddha i... - Liam spojrzał na mnie. - Coś jeszcze?
- Dwa razy Tequila Sunrise.
- Właśnie. - poparł mnie.
Po chwili kelnerka się oddaliła, a my zaczęliśmy rozmawiać o różnych bzdetach.
Bawiliśmy się całkiem nieźle. Wraz ze wzrostem poziomu alkoholu we krwi, zabawa rozkręcała się coraz bardziej. Trochę tańczyliśmy, dużo się śmialiśmy i przekomarzaliśmy. Czuliśmy się bardzo swobodnie. Do czasu.
Właśnie puścili jakąś wolną piosenkę, a ja się święcie upierałam, że to moja ulubiona i koniecznie musimy zatańczyć. W końcu po długich namowach się zgodził.
Rozpoczęliśmy powolny taniec ściśle do siebie przylegając. Oparłam głowę na klatce piersiowej Liama, a on oparł podbródek na moje głowie.
Czułam się tak dobrze, w odróżnieniu od kilku ostatnich tygodni. Odsunęłam się troszeczkę z zamiarem powiedzenia mu czegoś, ale gdy spojrzałam na jego twarz, wszystkie słowa wyparowały, za to całą moją uwagę pochłonęła jego twarz. Piwne oczy, lekko przymknięte jakby w poczuciu błogości. Pełne usta w kolorze malin wygięte w uśmiechu. Zarost sprawiający, że świrowałam. Jednak moją największą uwagę przyciągały usta i wiedziona jakąś dziwną myślą, jakby nie moją, pochyliłam się i pocałowałam go w nie. Z początku Liam sprawiał wrażenie zaskoczonego, a potem odwzajemnił pocałunek, pogłębiając go.
Czułam jak budzi się we mnie pożądanie i w żaden sposób nie chciałam przerwać tego, co działo się między nami.
Liam odsunął się troszeczkę.
- Chodźmy stąd. - powiedział patrząc mi głęboko w oczy, a ja tylko skinęłam głową.
Szybko zabraliśmy swoje rzeczy, ja uregulowałam rachunek i już nas nie było.
Droga do mieszkania Payne'a zleciała nam dość szybko. Ledwo weszliśmy do mieszkania, a już zaczęliśmy się całować, jednocześnie gorączkowo się rozbierając. Chwilę później wylądowaliśmy w jego sypialni niemal nadzy.
Napięcie było wyczuwalne w całym pokoju.  Gorączkowe ruchy, ciało przy ciele, nieustające jęki, niezłomne dążenie do zaspokojenia... Tak w wielkim skrócie można opisać to co się działo w zaciszu mieszkania Liama.
Gdy było po wszystkim leżeliśmy obok siebie ciężko oddychając.
- O Matko! - zaśmiałam się wciąż dysząc. - Musimy kiedyś to powtórzyć.
- Koniecznie. - odparł Liam uśmiechając się szelmowsko. - Co powiesz na rundę drugą?
- Teraz? - Li skinął głową. - Czemu nie. - odparłam i odwróciłam się do niego i pocałowałam go tuż pod uchem. - Ale teraz będzie znacznie pikantniej. - szepnęłam i przygryzłam mu płatek ucha.
I uwierzcie mi - było.

_________________________________
Fundusz hedgingowy – rodzaj instytucji finansowej pobierającej opłatę za zarządzanie powierzonym kapitałem, w którym dokonuje się kupna i krótkiej sprzedaży papierów na rynku kapitałowym w celu ograniczenia ryzyka wahań cen obejmujących swoim zasięgiem cały rynek dla maksymalizacji zysków.
_______________________________________________________
W końcu skończyłam rozdział!!!
Na wstępie chciałam przeprosić za to opóźnienie, ale przy tym rozdziale miałam straszny problem z weną.
Mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu zrekompensuje wam to długość rozdziału.
Czytasz - komentuj.
Kolejny rozdział powinien pojawić się przed 28 maja.
Do następnego rozdziału.
_______________________________________________________________________

29.05.14r.
Niestety nie udało mi się dodać rozdziału, a teraz przez kilka dni mnie nie będzie, także postaram się dodać nowy rozdział jak najszybciej.

Buziaki. xx
~ unromanticgirl

poniedziałek, 31 marca 2014

Konfrontacja i zapomnienie.

Połowa stycznia przeminęła w miarę spokojnej atmosferze. Ja i Harry unikaliśmy się jak mogliśmy. Wszyscy raptem zainteresowali się tym jak czuję. Prawie codziennie dzwonił do mnie Alan, co kilka dni Gabriel. Moja biologiczna matka dostała niemal zawału, jak się dowiedziała o wypadku (tu podziękowania dla taty, geniusza). Naprawdę można tu było dostać pierdolca. Pewnie dlatego tyle czasu poświęcałam pracy.
Jedyną osobą, która ze mną się nie patyczkowała, była Darcy. Nadal miała mi za złe to, że kryłam Harry'ego, ale tak poza tym to było nawet okey. Spędzałyśmy ze sobą sporo czasu, rozmawiając, tylko ona i ja, tak jak kiedyś.
Jedną z najdziwniejszych rozmów, jakie odbyłyśmy z Darcy, to ta, kiedy zrobiłyśmy sobie babski wieczór, tylko my dwie. Nialla i Megan nie było i nie mieli wracać na noc, także miałyśmy pełną swobodę.
Siedziałyśmy w mojej sypialni, powoli sącząc białe słodkie wino.
Nagle wpadło mi do głowy bardzo głupie pytanie, ale nie krępowałam się go zadać.
- Darcy?
- Hyh? - mruknęła.
- Czy ty kiedyś całowałaś się z Michaelem?
Parsknęła śmiechem.
- Nie no ty to zadajesz zabójcze pytania. - upiła łyk wina. - Jednak odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak.
- Serio?! Nie mogę sobie tego wyobrazić. - mruknęłam.
- W sumie to nie było tak źle. Swoją drogą, facet nawet nieźle całuje. - poruszyła sugestywnie brwiami. - Ale to nie to samo, kiedy całuję się z Zaynem. Nigdy bym tego nie przypuszczała, ale jak Zayn mnie całuje, czuję te tak zwane motyle w brzuchu. - nakreśliła cudzysłów w powietrzu.
Uśmiechnęłam się, a kiedy spojrzała na mnie, zaczęłam pić wino, nie patrząc na nią.
- Czekaj, czekaj. Ty też się z nim całowałaś, prawda?
- Oj no tak, ale to było strasznie dawno temu.
- Jak dawno?
- Na samym początku naszej przyjaźni. Chcieliśmy się upewnić, że to tylko przyjaźń, a nie coś więcej.
- I nie było?
- Proszę cię. Powiedziałam mu, żeby mi obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobimy. Boże, to było jakbym całowała własnego brata.
- Ty to masz porównania. - zaśmiała się.
Kolejną taką osobą był Nick. W sumie to pewnie dlatego, że był z poza kręgu. Był neutralny i bardziej obiektywny. Wieczorne rozmowy z nim na Skypie bardzo mi pomagały. Rozmawialiśmy o szkole, plotach w mieście, jego dziewczynie, wspólnych znajomych i wielu innych bzdetach, ale nigdy o Hazzie, co dawało mi swoiste poczucie komfortu.
Poza tym zaczęłam sporo czasu spędzać w fundacji założonej przez dziadka, a tam widywałam się z Edem.
Bardzo dobrze mi się z nim rozmawia. Potrafi słuchać, nie ocenia cię i podniesie na duchu. To głównie z nim rozmawiałam o zerwaniu z Harrym. To właśnie on poradził mi żebym przelała swoje uczucia na papier, w formie piosenek. Było to naprawdę pomocne, bo pozwalało oczyścić umysł, przewartościować pewne sprawy, a o innych zapomnieć.
Siedzieliśmy na podłodze w jednej z sal w fundacji. Przed chwilą skończyły się zajęcia z podopiecznymi fundacji, w których wraz z Edem braliśmy udział.
- To jak się dzisiaj czujesz? - spytał brzdąkając leniwie na gitarze.
- Zadaj jeszcze raz to pytanie, a rozwalę ci gitarę.
- Mhm, czyli w bojowym nastroju. - skwitował to uśmiechem.
- Mi na pewno nie jest do śmiechu.
- Czas upływa... zaciera ślady... tylko... ty decydujesz co się wydarzy. - mruknął.
- To ma być nowa piosenka?
- Nie, tylko mówię ci jak jest. - westchnął i przejechał palcami po strunach. - Minął już prawie rok, a ona nadal praktycznie nie chce ze mną rozmawiać. Wcale się jej nie dziwię, bo zrobiłem najgłupszą rzecz jaką mogłem zrobić. Najpierw sam spieprzyłem sprawę, a potem pozwoliłem jej odejść.
- Dlaczego?
- Dlaczego wszystko spieprzyłem? Nie wiem, nie wiem co wtedy strzeliło mi do głowy. Dlaczego pozwoliłem jej odejść? Bo wiedziałem, że mi nie wybaczy.
- Mogłeś spróbować zawalczyć o was.
- Za późno o tym pomyślałem, a potem ona zaczęła spotykać się z Zaynem i są razem szczęśliwi.
- Fakt, są ze sobą szczęśliwi, nawet bardzo. - uśmiechnęłam się pokrzepiająco. - Może nie było wam pisane, ale na pewno czeka gdzieś na ciebie ta jedyna. Ale przynajmniej możesz widywać Darcy, kiedy wszyscy się spotykamy.
- I to tylko dlatego, że nie powiedziała Zaynowi, że to ja ją tak zraniłem. Inaczej pewnie miałbym niezłe limo pod okiem i przestałbym być zapraszany na wspólne wypady na kręgle czy coś.
- Czekaj. Dar wścieka się na mnie, że kryję Harry'ego, kiedy ona robi dokładnie to samo w stosunku do ciebie.
- No ja jej nie zdradziłem akurat, tylko... sama wiesz co zrobiłem. Jednak trochę masz w tym racji. Do Harry'ego nikt nie ma pretensji o wasze zerwanie, a ja nie zostałem wykluczony z kręgu znajomych. - westchnął. - Ale nie złość się na nią. Martwi się o ciebie, chociaż może okazuje to w niecodzienny sposób.
- Dzięki Ed. Naprawdę bardzo mi pomogłeś. - uśmiechnęłam się delikatnie i przytuliłam go. - Dobry z ciebie przyjaciel.
Po chwili coś sobie uświadomiłam i naprawdę się dziwiłam, że wcześniej nie skojarzyłam faktów.
- Ta piosenka, do której teledysk pojawił się w listopadzie... Give me love... To o Darcy, prawda?
- Tak. Mimo, że napisałem ja znacznie wcześniej, to jest ona o niej i tak pozostanie.
Półgodziny później byłam w mieszkaniu. Jak zwykle było w nim tłoczno, tak jakby to był dom schadzek czy coś. Zanim Niall i Megan nie zaczęli tu mieszkać, było tu całkiem pustawo, a teraz ciągle ktoś jest w domu. Z jednej strony, to dobrze, bo nie jestem sama, ale z drugiej, to nie ma tu ani chwili spokoju. No chyba, że zamknę się w pokoju.
W salonie Niall i Zayn grali na konsoli, zajmując przy okazji całą kanapę. Z boku, na fotelu, z nosem w książce siedziała Megan. Kiedy mnie zauważyła, uśmiechnęła się i wróciła do czytania. W kuchni Louis, Eleanor i Darcy piekli coś, chyba babeczki. Chociaż można powiedzieć, że to El piekła babeczki, bo Lou i Dar jak zwykle udawali, że coś robią, ale taki już ich urok. Za to przy stole siedział Michael razem z Toni, przeglądali zdjęcia z ostatniej sesji i wybierali najlepsze. Brakowało tylko Liama i Danielle. Och, no i wroga publicznego numer jeden - Harry'ego. Jak się dowiedziałam, Liam i Dan pojechali na zakupy po rzeczy do ozdabiania babeczek, a Harry wykręcił się od przyjścia tym, że ma coś pilnego do załatwienia. Mogę się założyć, że ta sprawa ma blond włosy i cholernie działa mi na nerwy. Ale to już nie mój problem.
Z braku niczego lepszego do roboty, poszłam do siebie do pokoju, gdzie się przebrałam [LINK], po czym włączyłam laptopa i zalogowałam się na skype'a. Chwilę później usłyszałam dźwięk nawiązywania połączenia i po zatwierdzeniu, na ekranie pojawiła się twarz Nicka.
- Nick! - ucieszyłam się na jego widok. - Dawno się nie widzieliśmy.
- Taa, zaledwie 3 dni temu. - mruknął.
- Coś się stało? - skinął głową. - Niech zgadnę. Chodzi o Paulinę.
- Zerwała ze mną.
- Och, Nick. Tak mi przykro.
- Może by mnie to tak mocno nie zabolało, gdyby nie to, że zerwała ze mną na studniówce, a potem obściskiwała się z Ernestem.
- Fakt, nieciekawie. Ale jakoś się trzymasz, prawda?
- Jakoś na pewno. Chociaż czuję się jak jakiś idiota. - westchnął ciężko. - Masakra.
- Wcale nie jesteś idiotą. Skoro zerwała, to znaczy, że nie potrafiła dostrzec skarbu, który posiadała, a Ernest to imbecyl pokroju Igora, także sama na własne życzenie pakuje się w bagno.
- Też tak myślę, ale jakby nie było nie chcę, mimo wszystko, żeby coś złego się jej przytrafiło.
- To oczywiste, skoro ją kochasz, ale... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś wszedł do mojej sypialni.
- Katherine, chodź na babeczki. - zawołała Eleanor. - Ou, przeszkodziłam w czymś? - uśmiechnęłam się do niej. - Przeszkodziłam? To... już mnie nie ma. - odwróciła się i miała już wyjść, ale się zatrzymała. - Tylko przyjdź, bo zaraz ich nie będzie.
- Pewnie. Zaraz będę. - zaśmiałam się.
- Kto  to? - spytał Nick.
- Eleanor.
- Ładna. - stwierdził.
- I zajęta. - dodałam.
- To było do przewidzenia. No nic, będę kończyć.  Muszę dokończyć referat, a na ciebie czekają babeczki. Cześć i dzięki za rozmowę.
- Nie ma za co. Pa. - powiedziałam i zakończyłam połączenie.
Miałam właśnie wyłączyć laptop, ale pokazał się komunikat słabej baterii, dlatego podłączyłam go do ładowarki i zeszłam na dół.
Na dole przywitał mnie iście sielski obraz. Wszyscy siedzieli w salonie, zajadając się babeczkami, rozmawiając i się śmiejąc. Uśmiechnęłam się na ten widok. Oni byli szczęśliwi i to sprawiało, że moje skołatane serce mniej bolało. To dawało mi nadzieję, że moje szczęście też gdzieś na mnie czeka.
Moje pozytywne myśli rozwiały się momentalnie, gdy zobaczyłam, że wśród osób zebranych w salonie, pojawił się Harry i to nie sam. Była z nim Taylor. Z trudem przełknęłam ślinę. Jak on śmiał, do mojego domu przyprowadzić tą zdzirę. Do mojego domu! Cholera!
Chciałam się wycofać, wrócić na górę, ale nie jestem tchórzem, nie pozwolę sobie na słabość. Jednak siedzenie z nimi w salonie... kiedy miałam ochotę ją wyciągnąć za kudły i przypierdolić jej głową o ścianę... to nie był najlepszy pomysł. To dla mnie za wcześnie, żeby z nimi normalnie siedzieć bez myślenia jak obdzieram ich ze skóry, siekam na kawałki, rzucam na pożarcie psom, a potem spalam pozostałości.
- Katherine, chodź do nas. - zawołał Michael. - Trochę nas dużo, ale jakoś się pomieścimy. Najwyżej siądziesz mi na kolanach, ale Toni nie będzie miała nic przeciwko, prawda?
- Jasne, że nie. - uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco.
Nie mając innego wyboru, usiadłam na kolanach Michaela. W salonie znów rozpoczęły się rozmowy, a ja milczałam patrząc przed siebie w zamyśleniu.
- Spokojnie Katy. - szepnął mi do ucha Mike. - Wszystko będzie dobrze tylko rozluźnij się. - na potwierdzenie swoich słów złapał mnie za dłonie, które okazały się być zaciśnięte w pięści.
Nie wiem, jak miałam się rozluźnić, skoro mój były siedział w moim salonie z dziewczyną, z którą mnie zdradził i która jest jego aktualną dziewczyną. Żadna z tych rzeczy nie sprawia, że czuję się mniej spięta.
- Wybaczcie na chwilę. - powiedziałam cichym, spokojnym głosem, mimo że w środku aż gotowałam się ze złości.
Wyszłam z salonu i poszłam prosto do kuchni. Tam nalałam sobie szklankę wody i upiłam jej trochę, jednak ręka tak mocno mi drżała, że szklanka wypadła mi z dłoni i z głuchym dźwiękiem rozbiła się na kawałki uderzając w podłogę. Wzdrygnęłam się, kiedy szkło i woda rozbryznęły się na wszystko wokół, w tym na mnie.
- Cholera. - mruknęłam i schyliłam się żeby pozbierać szkło.
- Katherine, wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Liama.
- Tak, tylko... Au, rozbiłam szklankę. - włożyłam skaleczony palec do ust.
- Zostaw. Ja to pozbieram. - podszedł do mnie i zabrał się za zbieranie.
- Nie trzeba, poradzę sobie. - odparłam.
- Zostaw to mnie. Ty po prostu ochłoń.
- Jak sobie chcesz. - mruknęłam i nalałam sobie kolejną szklankę wody.
- Tylko tej już nie rozbij.
- Przecież nie... - spojrzałam w dół i zauważyłam, że nadal drży mi ręka. - Och, okey. - burknęłam i odstawiłam szklankę do zlewu.
Usiadłam przy kuchennej wysepce, po czym splotłam dłonie na blacie.
- Zobaczysz, niedługo wszystko wróci do normy, tylko daj sobie trochę czasu.
- Obyś miał rację, Liam, bo kolejnego rozczarowania nie zniosę.
- Ehem. - mruknął ktoś stojący w progu kuchni. - Katherine, mogłybyśmy porozmawiać? W cztery oczy. - spojrzała wymownie na Liama.
- To ja może wrócę do salonu. - Payne zerknął na mnie i wyszedł szybko z kuchni, a ja patrzyłam za nim morderczym wzrokiem.
Moje wsparcie moralne właśnie zwiało w popłochu. To naprawdę pocieszające.
- Chciałaś ze mną rozmawiać, to mów. - chciałam sprawić wrażenie jak najbardziej spokojnej, chociaż wewnątrz wcale taka nie byłam i wyobrażałam sobie tysiące sposobów na to, jak mogłabym ją zabić.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że tutaj jestem. Gdybym wiedziała, że idziemy do twojego mieszkania, to na pewno bym odmówiła Harry'emu, ze względu na ciebie i to co łączyło cię z Harrym. Uwierz mi, naprawdę  nie wiedziałam, że idziemy tutaj. Powiedział mi tylko, że idziemy zobaczyć się z jego znajomymi. - kajała się Taylor, robiąc słodką, niewinną minkę.
Muszę przyznać, że była niezłą aktorką. Mogłabym jej niemal uwierzyć, no właśnie niemal.
- Słuchaj Taylor. Nie lubię cię i nie będę tego ukrywać. Nie tylko dlatego, że ukradłaś mi chłopaka, spałaś z nim, wiedząc, że on ma dziewczynę. Nie możesz udawać, że o tym nie wiedziałaś, bo praktycznie każdy wie, że ze mną chodził, a jeśli aż tak mało jesteś poinformowana, to powinnaś zauważyć, że był ze mną na pieprzonym afterparty. Dlatego nie graj takiej niewinnej i wiecznie pokrzywdzonej przez los. Udawaj sobie, że nie wiedziałaś, że idziecie do mnie. Nie będę ci tego bronić, ale mnie nie oszukasz, bo wiem, że sprawia ci chorą satysfakcję patrzenie na mój ból.
- Ale... - Swift wyglądała na święcie oburzoną.
- Ciesz się nim póki możesz, bo skończysz na bruku, sama i zapewne napiszesz kolejną beznadziejną piosenką. A teraz wybacz, ale nie mam zamiaru tracić czasu na taką szmatę jak ty. - powiedziałam i wstałam z krzesła, po czym skierowałam się do wyjścia, ale zatrzymałam się w progu. - Jak znów zejdę na dół, ma cię tu nie być i nie waż się nigdy więcej pojawić się w moim domu, bo wtedy inaczej porozmawiamy, a wydaje mi się, że lubisz własne włosy. - po tych słowach wyszłam z kuchni i poszłam na górę.
W swoim pokoju padłam na łóżko, po czym wzięłam telefon i zadzwoniłam.
- Halo?
- Eddie, co powiesz na kręgle?
- Błagam cię tylko nie Eddie, wiesz jak tego nie lubię.
- To sprawia, że tym bardziej lubię tak cię nazywać. To idziesz czy nie?
- Tylko my czy ktoś jeszcze?
- Nie wiem, będę musiała zejść na dół i spytać pozostałych, kto ma ochotę na kręgle.
- Dobra, wchodzę w to.
- Za półgodziny w Riley's?
- Mi pasuję. Do zobaczenia.
- Pa.
Poszłam do garderoby, szybko się przebrałam [LINK] i zeszłam da dół.
- Idziemy na kręgle? - spytałam.
- Ale... że... teraz? - spytał Lou.
- Nie, jutro. Oczywiście, że teraz Sherlocku!
- Z chęcią. - stwierdził Zayn.
- To ja też idę. - dodała Darcy.
- To my... - Lou spojrzał na Eleanor, która skinęła głową. - też idziemy.
- Ja odpadam. Mam jutro egzamin i muszę się uczyć, a i tak sporo czasu przesiedziałam z wami salonie. - odparła Megan. - Ale ty Niall się nie krępuj.
- Na pewno? - upewniał się Niall.
- Tak.
- No to ja też z wami pójdę. - zdeklarował się Nialler.
- Ja bardzo chętnie pójdę. - powiedział Liam. - A ty Danielle?
- Mam wcześnie próbę, także ja też z wami nie pójdę.
- Szkoda, będzie nam ciebie brakowało w składzie. - uśmiechnęłam się.
- Beze mnie też wygracie. - zaśmiała się.
- Może. - uśmiechnęłam się szelmowsko. - A może nie. W każdym bądź razie, zostaliście tylko wy. - wskazałam na Michaela i Toni. - Nie róbcie mi tego i błagam was chodźcie, bo nie będzie z kim grać. - usłyszałam zbiorowy pomruk oburzenia. - Miałam na myśli składy. To idziecie?
- Czemu nie. - stwierdziła Toni.
- No. - dodał Michael.
- W takim razie ustalone. - klasnęłam w dłonie. - No to zbierać swoje szanowane i jedziemy.
Pojechaliśmy na dwa samochody. Jeden prowadziłam ja, a drugi Michael. Droga nie była długa, także zaraz byliśmy na miejscu.
- Kiedy miałaś na myśli składy, to mówiłaś o dwóch, prawda? - spytała Darcy.
- Tak, a co? - odparłam wiedząc do czego pije.
- Skoro jest nas dziewięcioro, to jak ty chcesz mieć równe składy? Och, chyba, że jest ktoś jeszcze.
- Eddie na nas czeka. - uśmiechnęłam się.
- Ty zdrajco! - mruknęła mrużąc oczy.
- Nie możesz się na niego wściekać do końca życia.
- Właśnie, że mogę i to zrobię.
- Ale z ciebie uparciuch.
- Taki sam jak z ciebie.
- To szanse są wyrównane. - westchnęłam. - Idźcie, a my zaraz z Darcy do was dołączymy. - popatrzyłam wymownie na pozostałych, a oni wzruszyli ramionami i weszli do kręgielni.
Przez chwilę stałyśmy tylko i patrzyłyśmy na siebie.
- Myślałam, że rozumiesz to, że boli mnie i drażni przebywanie z Edem. Po prostu nie jestem gotowa mu tego darować.
- Dar, minął niemal rok. Co on musi jeszcze zrobić, żebyś mu w końcu wybaczyła? Pochlastać się? Wiesz, to trochę radykalny sposób. Jakby nie było, on jest moim przyjacielem, twoim kiedyś też był. Po prostu baw się dzisiaj dobrze.
- Nie wiem, czy dam radę.
- Zrób to dla mnie. Mam kiepski dzień i muszę to jakoś odreagować. Zresztą, skoro ja dałam radę nie wydrapać Taylor oczu, a wiesz, że ta rana jest jeszcze świeża, to wierzę, że ty też dasz radę.
- Ed się z nią przyjaźni. - stwierdziła.
- Nie musisz mi tego przypominać.
- A ty nie musisz zmuszać mnie do spotykania się z nim na stopie towarzyskiej.
- Darcy proszę cię. Mój były, od niespełna trzech tygodni, był z laską, z którą mnie zdradził w moim mieszkaniu i musiałam z nią rozmawiać, bo ona ubzdurała sobie, że tak trzeba. - westchnęłam. - Mogłabyś zostawić swoje urazy do Eda tutaj, poza tym budynkiem i dobrze się bawić, a potem możesz wrócić do nienawidzenia Eda. Dobra?
- Tylko dzisiaj. - odparła, mierząc mnie groźnym wzrokiem. - Tak poza tym, to ja go nie nienawidzę, ja po prostu dostaję czegoś na kształt alergii w jego towarzystwie.
- Boże, nawet nie wiesz jak bardzo cię za to kocham. - mocno ją przytuliłam.
- No już nie praw mi komplementów, tylko chodź. - pociągnęła mnie za rękę do wejścia.
Oczywiście wszyscy dobrze się bawiliśmy, mimo że moja drużyna, w której skład wchodziły Darcy, Eleanor, Toni, ja i Liam (taki tam rodzynek), przegrywała. Poza tym nasza drużyna miała bardzo oryginalną nazwę - "Harem Liama", choć nazwa nie wyszła z jego inicjatywy, to jakoś mocno się nie wzbraniał przeciwko tej nazwie.
Byliśmy w połowie trzeciej tury, kiedy mój telefon zaczął głośno dzwonić. Odebrałam bez patrzenia kto to.
- Halo?
- Hej, siostra! Tęskniłaś za mną?
- Gabe! Oczywiście, że tak. Przecież bez ciebie zawsze jest nudno.
- Kłamczucha z ciebie, ale powiedzmy, że ci wierzę. - zaśmiał się. - Co to za krzyki w tle? - spytał.
- Och, jesteśmy na kręglach w Riley's i właśnie Darcy podratowała moją drużynę zdobywając Strike'a*.
- O, to nieźle. Co to się stało, że twoje drużyna przegrywa? Przecież umiesz świetnie grać.
- No tak, ale powiedzmy, że mam dzisiaj kiepską kondycję.
- Mhm... - mruknął.
- Tylko mi tu nie mrucz. Jest okey. Jeszcze "Harem Liama" zdoła wygrać, a wtedy "Samce" będą mogli się schować.
- Harem co? - zdziwił się.
- Oj, no bo w drużynie jest nas cztery i Liam, jako taka wisienka na torcie, także postanowiłyśmy się nazwać tak. Oryginalnie, co? - wyszczerzyłam się, chociaż mnie nie widział.
- Jak zawsze. No dobra, to ja już będę kończył. Trzymaj się siostra i nie daj im wygrać. Jesteś zbyt dobra w te klocki.
- Pa. - rozłączyłam się.
Odłożyłam telefon na stolik i wzięłam frytkę z koszyka.
- Kath, twoja kolej. - powiedziała Toni.
- Już idę. - powiedziałam wciąż przeżuwając frytkę.
Przyszykowałam się do rzutu, zrobiłam kilka kroków i kula poszła w ruch. Strąciłam osiem kręgli, a pozostało dwa. Najgorsze, że były one po przeciwnych stronach.
- Hahaha, Katherine ma Split'a**! W życiu tego nie zbijesz. - ryczał ze śmiechu Michael.
- Nie no, naprawdę podnosisz mnie na duchu.
- Takie było moje zamierzenie.
- Świnia. - pokazałam mu język. - Och, mam pomysł.
- Jaki?
- Jeśli zbije Split'a, to zrobisz coś dla mnie.
- A jeśli nie zbijesz?
- To... zrobię co będziesz chciał.
- Wszystko?
- Niech ci będzie wszystko.
- No to umowa stoi. - uścisnęliśmy sobie dłonie, a Toni zatwierdziła zakład.
Teraz najtrudniejsze pozostało dla mnie. Wiedziałam, że jeśli przegram, to Mike wymyśli coś tak obrzydliwego. Aż strach pomyśleć co. Pora skupić się na zadaniu.
Teoretycznie wiedziałam jak to zrobić, jednak w rzeczywistości było to trudne do wykonania. A co tam, raz kozie śmierć. Rzuciłam kulę celując w jeden z kręgli, które stały. Teraz pozostaje tylko modlitwa.
Kula była już niemal w rynnie, ale nagle odskoczyła i uderzyła z całej siły w kręgiel, który odrzuciło i potoczył się w stronę drugiego. Niestety musnął on jedynie drugi, tak, że tylko lekko się zachwiał.
- Nie! - krzyknęłam.
- Tak! - wydarł się zadowolony Michael.
A wtedy kręgiel się przewrócił. Normalnie mnie zamurowało, bo to było po prostu nieprawdopodobne.
Dziewczyny zaczęły piszczeć, Michael coś burczał, a chłopcy się śmiali. Miałam się obrócić, żeby zobaczyć minę Michaela, kiedy poczułam, że obejmują mnie czyjeś ramiona i zakrywają oczy.
- Co do cholery?! - mruknęłam.
Był to ewidentnie chłopak. Nieco ode mnie wyższy, prawdopodobnie umięśniony, wnioskując z klatki piersiowej, którą przyciskał do moich pleców. Potem poczułam perfumy. Bardzo charakterystyczne: cytryna, kakao, drzewo cedrowe, bergamotka i coś jeszcze, ale wiedziałam, że to Armani, a dokładniej Emporio Diamonds for Men. Skąd? Bo sama mu je kupiłam.
- Cześć, Gabe. - uśmiechnęłam się. - Możesz już zabrać te ręce z mojej twarzy.
- Och, skąd wiedziałaś? - spytał zdziwiony i zabrał dłonie z twarzy.
- Perfumy cię zdradziły. - obróciłam się i mocno go przytuliłam. - Tak dobrze cię widzieć!
- A ja to co? Sąsiad? - odwróciłam się i zobaczyłam Alana z wyciągniętymi ramionami.
- Alan! - krzyknęłam i skoczyłam na niego. - Boże, tak za tobą tęskniłam.
- Ja za tobą też. - zaśmiał się. - A teraz złaź już ze mnie.
Postawił mnie na ziemi.
- A za mną nie tęskniłaś? Czuję się urażony.  - Gabriel zaplótł ramiona na piersi. - To nie fair.
- Oczywiście, że za tobą tęskniłam. No może za twoim zrzędzeniem nie, ale tęskniłam. Miło mieć was obu tutaj. - objęłam obu w pasie. - Chodźcie, pora was przedstawić. - podeszliśmy do stolika. - Alana wszyscy już znacie, a to jest mój młodszy brat - Gabriel, zwany też podstępną żmiją, która wyciąga od ludzi informacje bez ich wiedzy.
- No co! Musiałem się jakoś dowiedzieć, gdzie jesteś.
- Mniejsza z tym. - mruknęłam.
Alan kulturalnie przywitał się ze wszystkimi, a na koniec przytulił Darcy. Gabe zrobił podobnie, a na widok Dar, uśmiechnął się szeroko.
- Darcy! - mocno ją przytulił.
- Gabe! - uśmiechnęła się szeroko i odsunęła się na odległość ramion. - Boże, ależ ty zmężniałeś! Przystojniak i do tego jaki seksowny. Aww!
- Weź, bo się zarumienię.
- No cóż, chyba oficjalnie będę musiała przestać nazywać cię Smarkaczem.
- Cóż... i tak nie przestanę nazywać się cię Rudą.
- Przynajmniej próbowałam.
- Punkt dla ciebie.
Zaśmiałam się. Takie rozmowy Gabriela z Darcy były dla mnie na porządku dziennym, jednak miałam wrażenie, że Zayn'owi to się nie podoba, zwłaszcza, że Gibby nadal obejmował Dar w pasie.
- No dobra! - klasnęłam w dłonie. - Pora wracać do rozgrywek. Michael nie myśl, że zapomniałam o tobie. Zajmę się tobą później. Al, Gabe, wybierzcie, do której drużyny chcecie dołączyć.
- Gabriel, dołącz do "Haremu". Będzie fajnie. - powiedziała od razu Darcy.
- Skoro nalegasz, to pewnie.
- No to mi tylko pozostaje męska drużyna. - zaśmiał się Al. - Powodzenia Darcy. Właśnie zaciągnęłaś do waszej drużyny gościa, który w ogóle nie umie grać w kręgle.
- Łudź się się dalej, Alan. - odparł Gibby.
- Alan, nawet nie wiesz w co się pakujesz. - dodałam.
Wszyscy się zaczęli śmiać z ich wymiany zdań.  Jak widać rodzeństwo Glassów w komplecie, to wybuchowa kombinacja.
Rozgrywki znów się zaczęły i nadeszło upragnione zapomnienie. Cieszyłam się chwilą, nie zważając na to, co może się wydarzyć potem. Nie licząc się z przeszłością, bo ważne jest tu i teraz.
Carpe diem, Katherine. Może to da jakiś rezultat.

___________________________________________
*STRIKE - wszystkie 10 kręgli strącone za pierwszym razem. Gracz otrzymuje maksymalną liczbę punktów - 10 pkt oraz dodatkowo łączną liczbę punktów zdobytych podczas dwóch następnych rzutów kulą.
**SPLIT - gracz strąca kręgle w ten sposób, że pozostałe kręgle do strącenia w drugim rzucie ustawione są po dwóch stronach toru i rozegranie split'a jest bardzo utrudnione.
________________________________
Jak wrażenia po rozdziale?
Mam nadzieję, że wam się podobał.
Jestem rozczarowana ilością komentarzy pod poprzednim. Naprawdę brakuje mi motywacji, a brak odzewu z waszej strony wcale nie pomaga.
Na chwilę obecną sama nie wiem, czy pojawi się nowy rozdział w kwietniu.
Rozdział dedykuje, mojej drogiej Kamie, która w tym tygodniu obchodzi urodziny. Sto lat, kochana. xx

Buziaki. xx
~unromanticgirl

czwartek, 27 lutego 2014

Nowy rok, nowe postanowienia, nowe życie.

Czas spędzony w Pemberley, pozwolił mi przemyśleć wiele spraw, nabrać do siebie dystansu i kilka rzeczy zrozumieć.
Na szczęście zapalenie płuc można uznać już za przeszłość. Jestem zdrowa jak ryba, za którą nie przepadam. Mój samochód już wrócił z naprawy, także mogę już wrócić do Londynu.
Właśnie pakowałam swoje ostatnie rzeczy, kiedy mój telefon zadzwonił. Jak zauważyłam na wyświetlaczu zdjęcie Darcy, to już wiedziałam, że szykuje się dla mnie niezły ochrzan.
- Halo?
- Ty mała, wredna piczko! Czemu się do mnie nie odzywasz? Wszelki słuch o tobie zaginął, nikt nie wie co się z tobą dzieje. Co to do cholery ma być?! Że aż ja musiałam dzwonić, żebyś, kurwa, w końcu odebrała?! Co ty jakaś księżniczka jesteś? Ja pierdole, przez ostatni tydzień słyszę tylko: "Gadałaś z Katherine? W ogóle od nikogo nie odbiera. Bla, bla, bla." A co ja kurwa twoja niańka jestem czy może sekretarka. GPS'u ci nie wszczepiłam, to nie wiem gdzie jesteś, a wszyscy myślą, że może ja coś wiem. No sorry jako wróżka nie dorabiam, to niby jak mam wiedzieć.
- Boże, Darcy, oddychaj. Bo zaraz się zapowietrzysz.
- Zaraz ty się kurwa zapowietrzysz jak ci yyyyyhhhh. - mogę sobie wyobrazić jak zaciska pięści jakby mnie dusiła.
Potem zaczęłam się śmiać, bo co innego mogłam zrobić. Ta sytuacja była aż nazbyt komiczna.
- Czego rżysz?! Oni tu już taki raban narobili, chcieli nawet zgłosić zaginięcie i szukać cię po szpitalach. Ja pierdolę, jeśli przez ciebie osiwieję, to ty będziesz płacić za fryzjera. Ale najpierw własnoręcznie wyrwę ci kudły.
- Rozumiem Dar, że jesteś zła...
- Wściekła by lepiej pasowało.
- No dobra, wściekła, ale ja bardzo potrzebowałam czasu dla siebie.
- A co tego wymagało, że musiałaś postawić wszystkich w stan najwyższej gotowości?
- Zerwałam z Harrym.
- Co?! - krzyknęła zaskoczona.
- Zerwałam z Harrym. Tak, dobrze słyszysz.
- Wiem, że się miedzy wami ostatnio nie układało, ale żeby od razu zrywać? - w wyobraźni widziałam, jak marszczy czoło. - Dziwne, on o niczym nam nie powiedział.
- Jak bym była na jego miejscu i zrobiła to co on, to też bym się nie przyznała. - mruknęłam.
- Co on ci zrobił? - czułam, że jest wkurzona, ale tym razem jej gniew nie był skierowany na mnie.
- To nie jest rozmowa na telefon. Właśnie się pakuję i za około dwie godziny będę w Londynie. Do tego czasu nie gadaj z nikim, o tym co ci wspomniałam.
- No dobra, ale za dwie godziny widzę cię całą i zdrową w mieszkaniu. Rozumiemy się?
- Tak jest, panno Spencer. - zaśmiałam się.
- A co mam reszcie powiedzieć, jeśli mnie spytają o ciebie? Wiedzą, że do ciebie zadzwoniłam.
- Powiedz, że rozmawiałaś ze mną, nic mi nie jest i że wracam dzisiaj do Londynu, także nie muszą siać paniki.
- No dobra. To do zobaczenia.
- Pa. Kocham cię. - westchnęłam. - I dziękuję, że się o mnie troszczysz.
- Taa, też cię kocham. Pamiętaj, dwie godziny i ani minuty dłużej.
- Oczywiście. - zaśmiałam się i rozłączyłam.
Spakowana zeszłam na dół, pożegnałam się z Naną i resztą domowników, po czym, z pomocą Roba, zaniosłam moje rzeczy do bagażnika, wsiadłam do samochodu i wyjechałam z posiadłości.
Niecałe półtorej godziny później byłam w Londynie. Jednak zanim pojechałam do domu, była pewna sprawa, którą musiałam załatwić przed powrotem.

Kiedy wjechałam do podziemnego garażu, zauważyłam samochód Dar, zaparkowany na miejscu dla gości.
Zaparkowałam, zabrałam swoje rzeczy, nie mało się przy tym krzywiąc przez żebra, wsiadłam do windy i zaraz byłam w moim mieszkaniu.
Kiedy weszłam do mieszkania, zobaczyłam tam wszystkich, włącznie z osobą, którą nie miałam ochoty widzieć. O ile wcześniej o czymś rozmawiali, tak na mój widok zamilkli. Potem zerwał się straszny rejwach. Jeden mówił przez drugiego. Każdy miał coś do powiedzenia, a jedyne co chciałam to to, żeby choć na chwilę się zamknęli.
Postawiłam moją torbę na podłodze razem z torebką i miałam właśnie zdjąć płaszcz, kiedy ktoś się na mnie rzucił i mocno uścisnął. Była to Darcy. Zaczerpnęłam głośno powietrze, krzywiąc się z bólu.
- Boże, Darcy. Nie ściskaj mnie tak mocno.
- Kath, co ci jest? - spytała się, odsuwając na odległość ramion.
- To nic takiego, tylko pęknięte żebra. - mruknęłam cicho.
- Katherine, co ty robiłaś?!
- Nie ważne, później ci wytłumaczę, tylko daj mi się rozebrać.
- Okey. - powiedziała i się delikatnie uśmiechnęła. - Dobrze znów cię widzieć.
Uśmiechnęłam się, po czym zdjęłam buty, płaszcz, a na końcu komin i czapkę.
Potem usłyszałam jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze.
- Obcięłaś włosy?! - wykrzyknęła Toni.
Spojrzałam na nią i przejechałam dłonią po włosach.
- No tak. Podobają mi się takie. - uśmiechnęłam się. - A wam nie? - rzuciłam okiem na Harry'ego, który zacisnął usta w cienką linię. - Trudno. Ważne, że mi odpowiadają. A teraz przepraszam, ale idę się położyć. Jestem zmęczona, a lekarz kazał mi się nie przemęczać.
Po tych słowach, zgarnęłam swoje rzeczy i poszłam do mojej sypialni, z Darcy drepczącą mi po piętach.
- To może teraz mi wytłumaczysz, co się stało? - spytała, zamykając drzwi.
- Chodź. - poklepałam miejsce obok siebie na łóżku, a kiedy usiadła, zaczęłam mówić. - Cóż, od czego mam zacząć?
- Żebra?
- Miałam wypadek.
- Jakiego rodzaju?
- Sarna wyskoczyła mi na drodze. Ledwo co wyhamowałam, ale auto wpadło w poślizg i rozbiło o drzewa.
- Na pewno nic ci nie jest?
- Tak, to tylko pęknięte żebra. Rozcięcia na łuku brwiowym praktycznie już nie widać, a po wstrząśnieniu mózgu nie ma śladu. Tak jak i po zapaleniu płuc.
- A zapalenie płuc skąd?
- Szłam 4 mile na piechotę. W śnieżycę.
- Ty to masz postrzelone pomysły. No, ale gdzie w tym bałaganie ma miejsce Harry?
- Po zerwaniu z nim postanowiłam pojechać na kilka dni do Pemberley.
- Ale dlaczego z nim zerwałaś?
- Bo mnie zdradzał. Z Taylor Pieprzoną Swift.
- Żartujesz! - wykrzyknęła.
- Czy ja wyglądam jakbym żartowała?
- A to skurwiel. Ja mu jeszcze pokażę, że... - zaczęła wstawać z łóżka.
- Darcy, odpuść.
- Ale dlaczego? Należy mu się.
- Darcy. Oficjalna wersja jest taka: zerwałam z Harrym, bo nam się nie układało i miałam tego wszystkiego dość. Chciałam, żebyśmy od siebie odpoczęli.
- Upokorzył cię zdradzając z inną, a ty go jeszcze kryjesz?! Katherine, do cholery, co z tobą jest nie tak?!
- Nie zapominaj o jednym, Dar. - powiedziałam spokojnie. - On jest częścią zespołu. Nie chcę, żeby przeze mnie relacje między nimi się pogorszyły. Uwierz mi, tak będzie dla nas wszystkich najlepiej.
- Tak nie może być. To jak pieprzony syndrom sztokholmski. Będą na ciebie krzywo patrzeć, a on ma mieć się dobrze? Kath, nie rób sobie tego.
- Darcy, to definitywny koniec. Nie mam ochoty widywać się z Harrym, a tak...
- Wiesz co, nie kończ. Lepiej nie kończ, bo doprowadzisz mnie do białej gorączki, a wtedy to nie skończy się najlepiej dla wszystkich. - powiedziała kręcąc głową, po czym wszyła bez słowa z pokoju.
To by było na tyle, jeśli chodzi o normalny powrót do domu.

* Perspektywa Darcy. *

Gniew buzował we mnie jak nieposkromiony pożar. To co się działo, po prostu nie mieściło się w głowie.
- Darcy, wszystko w porządku? Co ona powiedziała? - spytał Zayn z troską w oczach.
- Niewiele. Tylko tyle, że miała wypadek, ale wszystko już jest okey. - mówiąc to patrzyłam na Harry'ego.
"Czujesz się winny?" mówiły moje oczy. Jednak jemu nawet mięsień na twarzy nie drgnął.
A mi puściły nerwy. Szybko podeszłam do Harry'ego i z całej siły go spoliczkowałam.
- Palant. - powiedziałam i z dumnie uniesioną głową wyszłam z salonu kierując się w stronę wyjścia.
Jeszcze jedna minuta tam spędzona, a szlag by mnie trafił.

* Perspektywa Harry'ego. *

Wiedziałem, że tak to się skończy. Po prostu nie mogła załatwić tego jak normalny człowiek, tylko odstawia ten cały cyrk.
Najpierw znika, potem nagle wraca, a teraz jeszcze ścięła włosy.
To było celowe, wiedziała, że uwielbiam jej piękne, długie loki.  Chociaż teraz, to w sumie nieważne. Niech sobie robi co chce. Droga wolna, sama ze mną zerwała.
Ale sam do tego doprowadziłeś.
Między nami się od dawna nie układało.
Bo dawałeś jej powody, żeby się martwiła, podejrzewała.
Sama też dała mi ich wiele.
Doskonale wiesz, że żaden z tych powodów nie był prawdziwy.
Może i nie, ale i tak coś musiało być na rzeczy. Taylor jest całkowicie inna niż Katherine. Jest jak powiem świeżego powietrza dla duszącego się człowieka.
Ale to Katherine jest tą, którą nadal kochasz.
Nie, to nie prawda. Już jej nie kocham. Już nie.
Ten cichy głos w mojej głowie nie dawał mi spokoju.
Potem pojawiła się Darcy, spoliczkowała mnie. Było pewne, że Katherine powiedziała jej prawdę.
- Dlaczego ona to zrobiła? - spytał zaskoczony Michael.
- Nie mam pojęcia. - powiedziałem, rżnąc głupa.
- Bo się dowiedziała, że ja i Harry ze sobą zerwaliśmy. - powiedziała Katherine wchodząc do salonu. - W sumie to ja zerwałam z nim, tak dla jasności.
- Ale dlaczego spoliczkowała Harry'ego, skoro to ty zerwałaś. - Niall zmarszczył czoło.
- Bo odniosła mylne wrażenie, że to była wina Harry'ego.
Dlaczego ona to robi? Dlaczego ona mnie kryje? Nic tu się nie trzyma kupy. Czuję, że ją dotkliwie zraniłem, a ona mimo to bierze całą winę na siebie. Czułem, że tak nie może być.
Właśnie miałem temu zaprzeczyć, kiedy Kath spojrzała na mnie znacząco, a jej oczy krzyczały bezgłośnie: "Nawet tego nie próbuj, Styles."
- Zerwałam, bo nam się nie układało, a oboje tylko na wzajem się męczyliśmy. Więcej nie musicie wiedzieć. - to mówiąc, skierowała się do kuchni.
Poszedłem za nią.
- Po co ty to robisz? - spytałem cicho.
- Jeszcze mi za to podziękujesz. - odparła równie cicho. - Pozdrów ode mnie swoją nową dziewczynę. Mam nadzieję, że dobrze jej z tym, że rozpieprzyła cudzy związek.
- Nie zapominaj, że to ty zerwałaś.
- Bo ty mnie zdradzałeś.
- Widywałem się z nią, ale z nią nie spałem.
- Skoro jesteś niewinny, to po co się tłumaczysz? - westchnęła ciężko. - Zresztą nic mnie to nie obchodzi. Nasz związek to przeszłość. Wybacz, ale jak na razie na przyjaźń z tobą się nie zdobędę, także... najlepiej jakbyśmy unikali siebie nawzajem.
- Skoro tak sprawiasz sprawę, to niech ci będzie.
Czułem się z tym wszystkim źle, ale nie mogłem tego okazać, po prostu nie mogłem.
Potem wyszedłem z pomieszczenia, zgarnąłem swoje rzeczy, rzuciłem "Cześć." na odchodnym i wyszedłem z mieszkania. Czułem, że to był jeden z nielicznych razów, kiedy znów się tu pojawię.

* Perspektywa Katherine. *

Oparłam się ciężko o blat kuchenny. Nie wiem, skąd miałam siłę z nim tak normalnie rozmawiać, kiedy w środku aż mnie skręcało z nerwów.
Nawet nie przypuszczałam, że będzie mi aż tak ciężko widzieć go, a rozmawiać tym bardziej.
Ale nie mogę tego roztrząsać. Muszę iść do przodu, nie zważając na przeszłość i niepewną przyszłość.
- Wszystko w porządku? - spytał Liam.
- Przegrałeś ciągnąc zapałkę?
- Właściwie, to graliśmy w "Kamień, papier, nożyce.", ale fakt faktem przegrałem.
- Przykro mi. - mruknęłam. - Ale pocieszę cię, bo nie musisz się wysilać. Nic mi nie jest. - obraz mi się zamazał. - Naprawdę wszystko jest okey. Mam się dobrze. W końcu, to ja zerwałam, to dlaczego mam się czuć z tym źle? - łza spłynęła mi po policzku i szybko ją wytarłam.
Liam podszedł do mnie i mocno przytulił.
- Hej. - szepnął. - Będzie lepiej, zobaczysz. Może teraz tak nie myślisz, ale uwierz mi, będzie. Nawet jeśli to ty zerwałaś, to nie zmienia to faktu, że to cię boli. - objął mnie jeszcze mocniej i tak trwaliśmy przez chwilę.
- Dziękuję. - przetarłam twarz dłońmi. - Tego właśnie potrzebowałam. - uśmiechnęłam się delikatnie. - I przepraszam za to moje małe załamanie. Nie miałam tego w planach.
- Tego nikt nie planuje. To po prostu się dzieje. - odwzajemnił uśmiech.
- Coś w tym jest.
- Idziesz? - spytał wskazując na drzwi.
- Tak, zaraz do was przyjdę. Muszę coś jeszcze coś zrobić.
- No to czekamy. - odparł i wyszedł z kuchni.
Postanowiłam dodać zdjęcie na Twittera. Zrobiłam sobie zdjęcie, dodałam opis i tweet zamieszczony. Teraz tylko się tego trzymać.


_____________________________
Kolejny rozdział oddaje w wasze ręce. Nie jestem pewna co mam o nim myśleć, ale mam nadzieję, że wam się podoba.
Przypominam o ankietach , które są na pasku z lewej strony.
W zakładce "Mismatched Couple" znajdziecie moje kolejne. Właśnie pojawił się tam pierwszy rozdział także zapraszam.
Mam do was ogromną prośbę. Piszcie w komentarzach co myślicie o rozdziałach. To dla mnie bardzo ważne i daje motywację do dalszego pisania.

Buziaki. xx
~unromanticgirl

piątek, 31 stycznia 2014

Święta i niezbyt przyjemny Sylwester.

Tak jak było do przewidzenia, do Londynu wróciłam dopiero w południe, ale do studia przyjechałam dopiero gdzieś koło 13. Musiałam przecież pojechać do mieszkania, zostawić torbę, przebrać się [LINK] i poprawić makijaż (wyglądałam jak pieprzone zombie).
Zaraz potem szybko pojechałam do studia. Na szczęście, w sali, w której pracowałam, nikogo nie było, także mogłam spokojnie wziąć się do roboty.
Pracowałam już jakąś godzinę, kiedy na telefon przyszło mi powiadomienie, że dostałam e-mail. Szybko włączyłam internet w laptopie i zalogowałam na pocztę. Okazało się, że to był alert dotyczący mojej osoby. Otworzyłam wiadomość i weszłam w link podany w e-mailu. Okazało się, że to jest jakaś strona plotkarska, a to co na niej zobaczyłam, zagotowało krew w moich żyłach.

Wiem, że po przeczytaniu tego artykułu, nie zachowywałam się zbyt racjonalnie.
Byłam tak wściekła, że rzuciłam w ścianę tym co miałam pod ręką. Był to akurat mój telefon. Na moje nieszczęście, siła z jaką uderzył w ścianę, rozbiła ekran, a potem jeszcze się odbił, także niefortunnie zderzył się z kantem stołu.


Kiedy podniosłam go z podłogi okazało się, że ma jeszcze rozbitą tylną obudowę w taki sposób, że nawet karty SIM nie mogłam wyciągnąć. Jak widać na nic się zdało silikonowe etui.
Nie chciałam myśleć o tej chorej sytuacji, dlatego skupiłam się na pracy. Jednak pisanie w ogóle mi nie szło.
Przez to większą część czasu myślałam o tym wszystkim, ale to mi w niczym nie pomagało, czułam się tylko gorzej.
Równo z wybiciem osiemnastej, opuściłam studio i pojechałam do mieszkania. Po drodze zauważyłam, że te sępy (czyt. paparazzi) szukają sensacji, dlatego mnie śledzą.
Och, nie myślcie sobie, że dam wam o czym pisać, pismaki jedne.
Kiedy byłam na miejscu, szybko się przebrałam [LINK] i wyszłam z domu. Moim pierwszym przystankiem była siłownia. W końcu trzeba się jakoś wyładować.
Na początek bieżnia. Cóż, wysiłek fizyczny czasami pomaga uporządkować myśli.
Następnie stepery poprawiające wydajność. Jednak to nie wiele pomagało. Byłam wściekła, a na to trzeba coś innego kalibru.
Dlatego właśnie byłam w salce bokserskiej i uderzałam pięściami w worek. Nie myślcie sobie, że wyobrażałam sobie, że to Harry, albo ta cała Swift.
Miałam wrażenie, że to siebie uderzam, za słabość, za to, że czuję się winna.
Ale skąd to poczucie winy? Przecież nie miałam większego wyboru z tym powrotem. A jednak...
Kolejnym moim celem był basen. Nie martwcie się, wcale nie miałam zamiaru się topić. Po prostu nie byłam wstanie poradzić sobie z własnymi uczuciami, a gdybym teraz wróciła do mieszkania... prawdopodobnie  skończyłabym na użalaniu się nad sobą. Chociaż czy ja teraz tego nie robiłam.
Hmm... Tyle pytań bez odpowiedzi.
Po wizycie w pływalni, zahaczyłam o centrum handlowe. W końcu musiałam kupić drugi telefon. W salonie Apple gość o imieniu George ponad 20 minut próbował otworzyć telefon, żeby wyjąć tą cholerną kartę, ale gdy w końcu mu się to udało, obudowa rozleciała się całkowicie.
To by było tyle, jeśli chodzi o telefon, który miałam zaledwie pół roku. Taa, należę  do tych co dziwnym sposobem szybko psują się telefony, ale ten chyba i tak wytrzymał najdłużej.
W końcu po odwiedzeniu wszystkich możliwych sklepów z damską odzieżą i zignorowaniu chyba ze 30 prób dodzwonienia się do mnie, wróciłam do domu.
Myślałam, że będę sama jeszcze przez jakiś czas, ale jak się okazało, wszyscy (tzn. Danielle, Darcy, Eleanor, Megan, Michael, Toni) już tam byli i czekali na mnie. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, kiedy zauważyłam z nimi Ed'a. Serio, on i Darcy w jednym pomieszczeniu, to rzecz nie spotykana.
- Cześć? - powiedziałam.
- Gdzie byłaś? - spytała Darcy. - Martwiliśmy się o ciebie.
- Nie było  potrzeby, po prostu spędziłam trochę czasu na siłowni i basenie, a potem robiłam zakupy.
- To dlaczego nie odbierałaś?
- Popsuł mi się telefon.
- Jakoś ci nie wierzę.
W odpowiedzi na to położyłam rozbity iPhone.
- Ehm... Popsuł to mało powiedziane. - stwierdził Michael.
- No co ty nie powiesz. - odparłam unosząc brwi.
Odwróciłam się z zamiarem opuszczenia salonu, ale zatrzymały mnie słowa Darcy.
- Co, teraz masz zamiar zamknąć się w pokoju i użalać się nad sobą?
Wkurzyłam się. Cały dzień staram się tego nie robić, ignorować to, co piszą w prasie, nie okazywać bólu.
Jedyną oznaką mojego gniewu były zaciśnięte pięści.
- Czujcie się jak u siebie w domu. Niestety do was nie dołączę. Jestem zmęczona i się położę. - powiedziałam spokojnie nie odwracając się.
Potem wyszłam z salonu.
Tak jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Jednak sen nie przyniósł mi upragnionego spokoju.
Moja podświadomość przeżywała tą sytuację znacznie bardziej niż pozwalałam to sobie przyznać.
Śniło mi się, że Harry zdradza mnie, na moich oczach.
Obudził mnie czyjś głos i lekkie potrząsanie moim ramieniem.
- Katherine, obudź się. Musimy porozmawiać.
Dobrze znałam właściciela tego głosu i nie miałam ochoty z nim rozmawiać.
- Idź sobie. - mruknęłam i zakryłam twarz kołdrą.
- Nie wyjdę stąd dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Idź do diabła.
- Wcale tak nie myślisz. Po prostu mnie wysłuchaj, a potem zrobisz co zechcesz.
- Nie mam ochoty słuchać twoich tłumaczeń, a tym bardziej z tobą rozmawiać.
- Katherine, proszę.
- Masz 5 minut. Mam nadzieję, że to będzie warte tego czasu.
Usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego. Mimowolnie zauważyłam, że  jest już dzień. (Ile ja spałam?!)
- To co pisze prasa nie jest prawdą.
- W takim razie co? Bo zdjęcia mówią same za siebie.
- Owszem, spędziłem z nią trochę czasu na afterparty i  tak, odwiozłem ją do hotelu, ale to nie to co myślisz.
- To może mi się przywidziało albo prasa ma tak dobrego photoshopa, że nie widać doklejonych złączonych rąk. No chyba, że wy naprawdę się trzymaliście za ręce.
- To ona złapała mnie za rękę, bo otoczyli nas paparazzi i nie byli oni zbyt mili, a chcieliśmy dotrzeć do samochodu.
To co mówił, nie trzymało cię kupy. Po prostu nic tu nie miało sensu, ale jakiś głupi głos w mojej głowie cały czas powtarzał: "Uwierz mu! To nic ważnego. Przecież nie zrobił nic wielkiego." I uwierzyłam, chociaż wiedziałam, że będę kiedyś tego żałować.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - powiedziałam. - Co nie zmienia faktu, że nie powinieneś tego robić
- Wiem i żałuję, że cię zawiodłem. - na jego twarzy pojawiła się skrucha.
Czy wam też wydaje się to mocno naciągane? Mnie bardzo, ale nie chciałam się w to zgłębiać.
- Która godzina? - zmieniłam temat.
- Za dwadzieścia dziesiąta.
- Cholera jasna! - krzyknęłam, wyskakując z łóżka jak oparzona. - Zaspałam do pracy! Jestem spóźniona! Dzisiaj zaczynamy nagrywanie i muszę tam być.
Szybko się ubrałam [LINK], minęłam Harry'ego o nie określonym wyrazie twarzy i zbiegłam po schodach. Chwilę później złapałam klucze do samochodu i wbiegłam do windy.
Nie najlepszy początek dnia.
Tak jak było do przewidzenia, zaczęli nagrywanie beze mnie, ale nie obyło się bez litanii na temat mojego spóźnienia.
Dzisiaj było o tyle inaczej, że Conor rozpoczął nagrywanie, także musiałam dokładnie słuchać i gdzie nie gdzie poprawiać tekst albo gdzie ma zmieniać tonację itd.
Pracowaliśmy już 2 godziny bez żadnej przerwy.
- Jeszcze raz, ale tym razem nieco bardziej wyciągnij końcówkę. - powiedziałam.
Zaśpiewał jeszcze raz.
- Teraz było dobrze. Dwadzieścia minut przerwy, bo się przeforsujesz. - stwierdziłam.
- Katherine... - zaczął Conor.
- Ona ma rację. - poparł mnie Aaron, jeden z dźwiękowców, a zarazem dobry znajomy Conora. - Jak się teraz przeforsujesz, to będą nici z nagrywania.
- To może zjemy chińszczyznę? - spytał Gordon, realizator dźwięku.
- Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę na pizzę. - stwierdziłam.
W ten sposób przerwa wydłużyła się z dwudziestu minut do prawie półtorej godziny.
A potem znów ciężko pracowaliśmy nad płytą.

Dni szybko mijały, a do świąt było coraz bliżej. Zamiast być lepiej, było coraz gorzej. Dlaczego, spytacie.
Może dlatego, że coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy albo dlatego, że Harry unikał odpowiedzi na moje pytania, albo dlatego, że ja powoli przestawałam mu ufać.
Na domiar złego, jego mama zaprosiła nas na święta i w żaden sposób nie mogłam się z tego wykręcić. Po prostu sytuacja bez wyjścia.
Gdy w końcu nadeszło Boże Narodzenie, nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym rodzinnym spotkaniu.
Właśnie ubierałam się w strój [LINK], który sobie naszykowałam, kiedy coś sobie uświadomiłam - to są moje pierwsze święta bez dziadka. Muszę przyznać, że niezbyt wiele o nim ostatnio myślałam. Jednak wciąż bardzo mi go brakuje. On by wiedział, co teraz robić.
- Katherine, jesteś już gotowa?! Jeśli nie chcemy się spóźnić, musimy już jechać. - przerwał moje rozmyślenia Harry.
- Jeszcze chwilkę! - odkrzyknęłam.
W sumie, to w Londynie zostaliśmy tylko my. Darcy pojechała do mamy do Dorset, Zayn jest w Bradford z rodziną, Liam w Wolverhampton, Louis i Eleanor są w Doncaster, Niall w Mullingar, Michael i Toni to Bóg jeden wie gdzie oni są, chociaż przypuszczam, że są u rodziców Toni, no i została Megan. Cóż, początkowo miała zostać ze mną albo pojechać z Niallem, ale ostatecznie okazało się, że pojechała do taty do Sydney. To by było tyle jeśli chodzi o naszą paczkę.
- Idziesz?! Bo pojadę bez ciebie!
- Wiesz, bardzo chętnie. - mruknęłam pod nosem, a potem krzyknęłam. - Boże, jaki ty w gorącej wodzie kompany! Już idę! Zresztą i tak jedziemy moim autem!
Całą drogę do Holmes Chapel głównie milczeliśmy albo rozmawialiśmy o jakiś błahostkach typu pogoda czy co zaplanowała jego mama.

Mama Harry'ego przyjęła nas bardzo serdecznie. Świąteczny obiad był przepyszny, a rozmowy przy stole luźne, spokojne i niezobowiązujące.
Kiedy rozmowa zeszła na Madison Square Garden, omal się nie udławiłam pieczenią, którą właśnie jadłam. Gdyby Gemma nie poklepała mnie po plecach, to zapewne by się tak stało.
- Wszystko w porządku? - spytała Gemma  z troską.
Skinęłam głową i napiłam się nieco wody.
Harry zachowywał się jakby niczego nie zauważył.
Nagle gdzieś zniknęła ta luźna atmosfera i można było wyczuć to napięcie między nami. Anna starała się ratować sytuację ja tylko mogła, dlatego cały czas nas zagadywała, a my się ignorowaliśmy. To znaczy ja co jakiś na niego zerkałam, a on patrzył wszędzie, tylko nie na mnie. Okeeey, to była dopiero dziwna sytuacja.
Żeby już bardziej nie psuć tego obiadu, wysiliłam się dwa razy bardziej i starałam się być miła dla wszystkich, nawet dla Harry'ego, który zrobił dziwnie oschły, jakbym mu coś zrobiła.
Gemma rzuciła mi pytające spojrzenie i wskazała głową na swojego brata, a ja tylko wzruszyłam ramionami, nie wiedząc co miałabym jej powiedzieć.
W końcu nadszedł czas na prezenty. Atmosfera nieco się rozluźniła. Siedzieliśmy popijając kawę i rozpakowując prezenty.
Zadzwonił telefon Harry'ego. Sprawdził wyświetlacz i momentalnie się szeroko uśmiechnął.
- Przepraszam, to pilne. Muszę odebrać. - powiedział i wyszedł z salonu.
Co byście zrobiły na moim miejscu?
Jakieś 2 minuty później spytałam gdzie jest toaleta i też wyszłam z salonu.
Na moje szczęście czy nieszczęście, Styles nadal rozmawiał przez telefon. Tak, będę się za to smażyć w piekle, bo podsłuchiwałam własnego chłopaka.
- Tak, Tay. Postaram się być na Sylwestra w Nowym Jorku.
- ...
- Co? Nie, z nią nie będzie żadnego problemu. Ona o niczym nie wie.
- ...
- Pewnie, że już nie mogę się doczekać, żeby się z tobą zobaczyć.
- ...
- Oczywiście. To do zobaczenia w Nowym Jorku, Taylor. - rozłączył się.
Teraz to na serio musiałam pójść do łazienki. Nie myślcie, że poszłam sobie poryczeć czy coś, co to, to nie. Chociaż w życiu bym nie pomyślała, że puszczę pawia po usłyszeniu cudzej rozmowy telefonicznej. To mnie nieźle zdziwiło.
Po przemyciu twarzy i poprawieniu makijażu, wróciłam do salonu.
- Harry, moglibyśmy porozmawiać chwilę? - zerknęłam na pozostałe osoby w pokoju. - Na osobności?
- Jasne. - odparł.
- Wszystko w porządku, Katherine? Jesteś bardzo blada. - powiedziała Anna.
- Tak, nic mi nie jest. - wciąż patrzyłam na wstającego Harry'ego, po czym odwróciłam się do Anny  i się  uśmiechnęłam.
Następnie odwróciłam się, nałożyłam mój sweter, zgarnęłam botki i wyszłam na taras.
- Co jest tak ważnego, że musimy teraz o tym gadać? - spytał zamykając za nami drzwi.
- My.
- A co z nami nie tak?
- Ignorujesz mnie przez większość dzisiejszego dnia, nie mówisz mi prawdy, nie odpowiadasz na pytania, kłamiesz i do tego cały czas z kimś rozmawiasz przez telefon albo smsujesz. Mam dalej wymieniać?
- Ale o co ci chodzi?! - na jego twarzy widniała irytacja.
- Mam zgadywać z kim tak często rozmawiasz? Hmm.... Może z Taylor?
- Nie rozmawiałem z nią od afterparty. - nawet nie mrugnął kłamiąc.
- Jak możesz mi tak kłamać w żywe oczy?! - krzyknęłam. - Tak, Tay. Postaram się być na Sylwestra w Nowym Jorku. Nie, z nią nie będzie żadnego problemu. Ona o niczym nie wie. Pewnie, że już nie mogę się doczekać, żeby się z tobą zobaczyć. - niezbyt udolnie udawałam jego głos.
- Podsłuchiwałaś mnie! - widziałam, że się wkurzył.
- Nie zmieniaj teraz tematu. Myślałeś, że się nie dowiem? Powiedz mi, jak długo mnie z nią zdradzasz? A może już spaliście ze sobą, co?
- Oszalałaś. - powiedział gniewnie. - Z nikim cię nie zdradzam i z nikim nie sypiam, poza tobą, oczywiście.
- Ja już ci nie wierzę, Harry. - westchnęłam i oparłam się o balustradę. - To wszystko jest bez sensu. Ciągle się kłócimy, nieustannie ranimy. Mam tego dość.
- Katherine... - zaczął Harry, doskonale wiedząc co chcę powiedzieć.
- Oboje się męczymy w tym związku, więc po co to ciągnąć. Sam kiedyś powiedziałeś: "Kończy się zaufanie, kończy się związek.", a ja nie tylko ci nie wierzę, ale też nie ufam. Zakończmy ten związek zanim całkowicie się znienawidzimy.
- Ale...
- Ja już podjęłam decyzję. Zanosiło się na to już od dłuższego czasu. Także, żegnaj Harry i mam nadzieję, że znajdzie się w końcu taka dziewczyna, która całkowicie zawładnie twoim sercem i w końcu zrozumiesz, co to znaczy naprawdę kogoś kochać.
Po tych słowach, ledwo hamując łzy, weszłam z powrotem do domu.
Przeprosiłam Annę, że muszę już jechać, ale naprawdę niezbyt dobrze się czułam i jak najszybciej chciałam wrócić do domu.
- A co z Harrym? - spytała, gdy wszedł do domu trzaskając drzwiami tak, że zadzwoniły szyby w oknach.
- Myślę, że lepiej będzie, jeżeli on trochę u was zostanie.
- Czy coś się stało? Pokłóciliście się?
- Harry wam wszystko wytłumaczy. - zresztą ma z czego. - Ja już naprawdę chcę wracać do Londynu.
- Oczywiście, nie będę cię dłużej zatrzymywać. - spojrzała na mnie matczynym wzrokiem. - Uważaj na siebie. - powiedziała, po czym mocno mnie przytuliła. - Poczekaj, dam ci kawałek ciasta do domu.
- Naprawdę nie trzeba. - powiedziałam, ubierając się.
- Owszem trzeba. - odpowiedziała z kuchni.
Chwilę później wróciła z reklamówką, w której oprócz ciasta były także prezenty od nich. Za nią pojawiła się Gemma.
- Szkoda, że już jedziesz. - powiedziała i mnie przytuliła. - Fajnie się z tobą gadało. - uśmiechnęła się.
- Mam do ciebie prośbę.
- Jaką?
- Możesz wziąć od Harry'ego kluczyki do samochodu?
- Pewnie. - odparła i wróciła się do salonu.
Jednak to on sam przyniósł mi kluczyki. Podał mi je i poszedł do kuchni.
Jeszcze raz uścisnęłam Annę i Gemmę, powiedziałam ojczymowi Harry'ego "do widzenia" i już mnie nie było.
Niewiele pamiętam z drogi do Londynu. Czułam się tak, jakbym wyłączyła myślenie.
Przyjechałam do mieszkania, spakowałam niewielką torbę i znów znalazłam się w samochodzie, jadąc do jedynego miejsca, w którym mogłam poczuć się teraz lepiej - Pemberley.
Jednak zanim skręciłam na drogę wiodącą właśnie tam, w Winchester odwiedziłam cmentarz.
Wiem, nie jest to odpowiedni moment na chodzenie po cmentarzu, bo było już całkiem ciemno, a w radiu zapowiadali duże opady śniegu, ale po prostu musiałam odwiedzić grób dziadka.
Gdy już tam się znalazłam, kucnęłam przy grobie i zaczęłam mówić o wszystkim co się wydarzyło od śmierci dziadka, tak jakbym mu o tym wszystkim opowiadała.
Nie wiem jak długo tam siedziałam, ale zaczął padać gęsty śnieg i musiałam wracać do samochodu.
Kiedy już do niego doszłam, ledwo co mogłam nim ruszyć. Przejechałam może niecały kilometr, kiedy na drodze wyskoczyła mi sarna. No ale serio?! Nigdy tu nie widziałam żadnej sarny i akurat musiała wyskoczyć dzisiaj, kiedy strasznie pada i jest ograniczona widoczność.
Żeby nie rozjechać tej sarny, gwałtownie zahamowałam, a "cudowny" śnieg sprawił, że wpadłam w poślizg. Samochodem zarzuciło mocno w prawo, także uderzyłam bokiem w drzewa, a jedyne co byłam w stanie pomyśleć, to: "Boże, nie miałeś kiedy?!".
Potem chyba straciłam przytomność na kilka minut, ale kiedy się ocknęłam, zauważyłam tą cholerną sarnę idącą spacerkiem.
- No bez jaj. - warknęłam.
Wysiadłam z samochodu i obejrzałam zniszczenia. Wgniecenia, wybita szyba, rozbity reflektor, ale poza tym nie jest tak źle. Wsiadłam do samochodu i spróbowałam odpalić silnik - nic z tego.
- Spokojnie, Katherine. Nie panikuj. Zadzwonisz po pomoc i wszystko będzie dobrze. - mówiłam do siebie szukając telefonu w torebce.
Taa, już zadzwoniłam. Pięknie, telefon się rozładował, bo ktoś zapomniał go naładować. Pogratulować geniuszu.
Podsumowując, rzuciłam chłopaka, rozbiłam samochód, telefon się rozładował, utknęłam w szczerym polu, do najbliższych domów jest ze kawał drogi, pada gęsty śnieg, a ja jestem w botkach na wysokim obcasie i niezbyt odpowiednim stroju na taką pogodę.
Pozostają mi dwie opcje. Pierwsza, to liczyć na cud, że ktoś będzie tędy przejeżdżał, a druga to zamknąć samochód i iść do mista.
Po ostatnich wydarzeniach, na cud nie liczę, nawet taki Bożonarodzeniowy. Dlatego wzięłam torebkę i torbę z bagażnika, zamknęłam samochód i poszłam wzdłuż drogi w stronę centrum miasta.
Było mi cholernie zimno, włosy mi zamarzały, wiatr chłostał po twarzy, a śnieg padł prosto na mnie. Już dawno byłam cała mokra i zdążyłam z milion razy wykląć swoją głupotę.

Według zegarka, droga zajęła mi ponad 2 godziny. Gdyby nie ten śnieg i to, że szłam pod prąd, to zajęło by mi to o wiele mniej.
Zauważyłam parę idącą pospiesznie w stronę centrum miasta.
- Przepraszam - krzyknęłam, a oni zatrzymali się i odwrócili się w moją stronę.
Musiałam wyglądać jak ofiara losu.
- Przepraszam. - podeszłam do nich. - Czy mają może państwo przy sobie telefon?
- Tak, czy coś się stało? - spytała kobieta, ciaśniej obejmując ramię mężczyzny.
- Niedaleko Magdalen Hill Cemetery  mój samochód wpadł w poślizg, a mój telefon się rozładował i nie mogłam wezwać pomocy. Mogliby mi państwo pożyczyć telefon, żebym mogła zadzwonić?
- Oczywiście. - powiedziała kobieta i podała mi telefon.
- Magdalen Hill Cemetery jest jakieś 4 mile stąd i szła pani tyle na piechotę?
- Silnik nie chciał zapalić, to musiałam iść.
- Wie pani, że minęła pani szpital? - spytał.
- Musiałam go przeoczyć. - mruknęłam.
Wpisałam numer do Nany i czekałam aż odbierze.
- Halo? - odebrała po 4 sygnałach.
- Nana tak dobrze cię słyszeć. Możesz przysłać kogoś na Quarry Road? Byłam u dziadka na cmentarzu i kiedy wracałam, to samochód wpadł w poślizg.
- O Matko! Nic ci nie jest? Zaraz przyjadę po ciebie z Robem.
- Nic mi nie jest. Tylko się pospieszcie, bo jest mi strasznie zimno.
- Już jedziemy. Trzymaj się. - rozłączyła się.
- Bardzo państwu dziękuję, za pożyczenie mi telefonu. - zwróciłam się do tej pary.
- Nie ma za co. - odparła kobieta, po czym zmarszczyła brwi. - Pani krwawi.
- Naprawdę? - zdziwiłam się. - Chłód już dawno powinien zahamować krwawienie. Tak poza tym, to jestem Katherine.
- Joanna, a to mój mąż Peter.
- Miło was poznać, mimo tych dziwnych okoliczności.
Rozmawiali ze mną dopóki nie pojawiła się Nana. Potem się z nami pożegnali i poszli sobie. Ja miałam ochotę pojechać prosto do Pemberley, ale Nana się uparła, że pojedziemy najpierw do szpitala i upewnimy się, że na pewno nic mi nie jest.

Jak się okazało wcale tak dobrze ze mną nie było i lekarz był zdziwiony, że zdołałam tyle przejść na piechotę.
Miałam dwa pęknięte żebra (przez poduszkę powietrzną), rozcięty łuk brwiowy, lekkie wstrząśnienie mózgu, niewiele brakowało, a bym dostała hipotermii, miałam odmrożenia pierwszego stopnia i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje obrażenia.
W tym przypadku mogłam pomarzyć o powrocie do Pemberley i zostałam na noc na obserwacji w szpitalu. Cudowne święta, prawda? Zamiast świątecznego cudu, mamy świąteczną katastrofę.

To już się pewnie domyślacie, jak spędziłam resztę świąt, włącznie z Sylwestrem.
To wszystko przeleżałam w łóżku, ponieważ nabawiłam się dodatkowo zapalenia płuc. Ponadto musiałam czekać na samochód, aż wróci z naprawy, także utknęłam w Pemberley do mniej więcej 3 stycznia.
Może to i lepiej. Nie musiałam się męczyć z tym wszystkim.
Prasa dowiedziała się o zerwaniu, nagrano Harry'ego jak w Nowym Jorku całował się z Taylor Swift o północy.
Na szczęście nikt nie dowiedział się o moim wypadku. Chociaż tyle dobrego w tym całym bagnie, którym ostatnio jest moje życie.

_______________________
Boże, tak na ostatnią chwilę dodaję ten rozdział.
Bardzo was przepraszam, że nie wcześniej, ale trochę źle zgrałam się czasowo.
Mam nadzieję, że podoba się wam rozdział, bo ja nie jestem do niego przekonana.
Z lewej strony jest ankieta. Wypełnienie jej zajmie wam chwilkę, a mi nieco rozjaśni sytuację.

Chciałabym jeszcze ogromnie podziękować mojej drogiej Moni, która po raz kolejny zrobiła dla mnie nagłówek i jest cudowny.

Zapraszam także na moje nowe opowiadanie, które znajdziecie w zakładce "Mismatched Couple". Na razie jest tylko prolog, ale niedługo ma się pojawić pierwszy rozdział. :)

Buziaki. xx

~ unromanticgirl