piątek, 31 sierpnia 2012

Wspomnienie o facetach w czerni i niespodzianka.

* Dwa miesiące później. *


Aktualnie mamy początek sierpnia. Chłopcy skończyli nagrywać, zostały jeszcze drobne poprawki i płyta czeka na wydanie. Potem do końca sierpnia mają wolne. Nareszcie.
Siedziałam w pokoju muzycznym przed fortepianem i przyglądałam się klawiszom. 
Ile to czasu minęło? Siedem, a może tylko sześć lat? Nie pamiętam zbyt dobrze.
Co prawda, grałam czasami dziadkowi, kiedy był już w zaawansowanym stadium choroby, ale robiłam to bardzo rzadko. Za bardzo bolało.
Przejechałam palcem po klawiszach. Nie potrafiłam się przełamać.
Patrzyłam się się przed siebie niewidzącym wzrokiem i starałam się pokonać strach, odpędzić przykre wspomnienia. 
Zamknęłam oczy i zaczęłam grać. Łzy spływały mi po twarzy. Sonata Księżycowa Beethovena. Moja ulubiona. Pokazywała mi zawsze jak wiele straciłam, ale dawała nadzieję. Nadzieję, że wszystko się ułoży, że rano wzejdzie słońce.
To były ciężkie dwa miesiące, pełne pracy i wysiłku, żeby wrócić do normalności. 
Nie poddałam się, chociaż często miałam ochotę. Wiele się w tym czasie wydarzyło. 
Stałam się nieco ekscentryczna, ale Harry uparcie twierdzi, że to już mi przechodzi.
Zwolniłam rehabilitanta i nazwałam go "niekompetentnym osłem" (Wiem, niezbyt miłe zachowanie.). Na swoją obronę mam to, że ćwiczyłam z nim miesiąc i nie było żadnej poprawy. To mnie trochę niecierpliwiło, dobra trochę to mało powiedziane. Nana twierdzi, że zachowywałam się jak rottweiler ze wścieklizną, taki aspołeczny rottweiler ze wścieklizną. 
Możecie się śmiać, mnie też to w pewnym sensie bawi.
Były też przebłyski szczęścia.
Na przykład: piżama party. Nie pamiętam kto to wymyślił, ale Zayn określił to misją samobójczą.
Taa, osobiści faceci w czerni. Cóż, Pemberley to dla nich wielki plac zabaw, a oni to wielkie dzieci.
Misja specjalna: "Dorwać Katherine". Pomysłodawca - Louis Tomlinson.
W ten sposób niczego się nie spodziewając, zostałam wyciągnięta z mojej sypialni, ale uprzednio mnie związali.
Najpierw zaczęli się ze mną kręcić w kółko, żebym straciła orientację w terenie. Potem zanieśli do jakiegoś ciemnego pokoju, zdjęli przepaskę z oczy i zaświecili latarką prosto w twarz. 
- Gotowa na pasiaste tortury? - spytał Lou.
Spojrzałam na niego i myślałam, że zaraz go zabiję.
Mr. Marchewa mówiąc o pasiastych torturach miał na myśli, ubranie mnie w pasiastą piżamkę. MASAKRA. Wyglądałam jak więzień. Skąd oni ją wytrzasnęli?!
Następne były Loczkowe tortury. Jak się domyślacie, lokówka poszła w ruch.
Loczki były spoko.
Malik na torturę wybrał zrobienie mi makijażu. Problem w tym, że on nie umie tego robić. Obiecałam sobie, że jeśli przeżyję tą noc, to zemszczę się na nim dotkliwie.
I zemściłam się na nim. Wyrzuciłam jego wszystkie przybory potrzebne do stylizacji włosów. Prosto do jeziora. Taa, cieszyłam się tym jak głupia, ale krótko, bo chwilę później sama wylądowałam w jeziorze.
Ale to inna historia.
Kolejny był Liam. Myślałam, że chociaż on sobie odpuści, ale nie... dostałam od niego kowbojski kapelusz, kamizelkę Chudego i kaburę na broń, w której były marchewki. 
Totalnie im odwaliło.
Ostatni był Niall. Założył mi na szyję naszyjnik z łyżek. Śmiałam się, że to po to, aby odstraszyć Liama, a on popatrzył na mnie jak na wariatkę i powiedział:
- No co ty? A czym będziesz jeść?
- Ahaaaaa.
Nie wiem o co tu chodziło, ale później było nieźle. 
Urządziliśmy sobie rodeo. Naszym szalonym koniem był Louis. 
Napisaliśmy mu markerem z przodu na koszulce "DZIKI OGIER.", a z tyłu "UWAGA! ZAGROŻENIE DLA MARCHEWEK.".
Wesoło było.
Potem mieliśmy wyścigi na rumakach. Moim był Harry, a ja jego jeźdźcem.
W sam raz było nas sześcioro, bo Darcy wtedy wyjechała do Dorset w odwiedziny do mamy.
Na koniec mieliśmy strzelaninę. Marchewkowe pistolety poszły w ruch. W końcu się wkurzyłam i rzuciłam bronią w Louisa i Zayna. Jeden dostał w głowę, a drugi w ramię.
Za co zostałam pokonana najprostszą bronią - łaskotkami. Myślałam, że umrę ze śmiechu, ale pojawił się mój książę na białym koniu (czyt. na Niallu w białym kombinezonie) i uratował mnie.
Z wdzięczności pocałowałam go, a lipny ksiądz (czyt. Liam ubrany w biały obrus) udzielił nam ślubu.
Przyznaję byliśmy wtedy trochę wstawieni.
Na samo wspomnienie tego zaśmiałam się. Po ślubie nasz biały koń dał nam solowy występ.
Za dobrze nie pamiętam co było potem. Zayn twierdzi, że błagałam Blondaska, na kolanach, żeby dał mi autograf. Ten podpisał mi się na udzie, przez co Harry był zazdrosny i napisał mi na brzuchu: "Żona Harry'ego Stylesa. Nie dotykać, bo ugryzie.".
Co gorsza nie mogłam tego zmyć przez kilka dni.
To był chyba jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Taki beztroski.
Tak odpłynęłam od rzeczywistości, że nie zauważyłam jak zaczęłam grać inną melodię. Nie znałam jej, ale wpadała w ucho.
Rozejrzałam się za jakimś ołówkiem. Wstałam i poszłam zajrzeć do szuflady gdzie zazwyczaj były zeszyty do nut i ołówki.
Taa, chodzę już bez niczyjej pomocy, ale o butach na obcasach mogę sobie, przez jakiś czas, pomarzyć. Trudno się mówi, ważne że normalnie funkcjonuje.
Co było bodźcem? Wepchnięcie mnie do jeziora. Potem codziennie pływałam, ale już w basenie.
Znalazłam to co szukałam i wzięłam się za zapisywanie nut. Grałam, pisałam, wycierałam, zmieniałam.
Byłam w swoim żywiole. Przypomniałam sobie, jak kiedyś to kochałam.
Po chwili miałam już większość melodii.
Kiedyś uwielbiałam komponować. Teraz już trochę wyszłam z wprawy.
- I see you smiling, holding hands from the corner of my eye. - zapisałam to sobie i zamyśliłam się. - Don't... don't think I'll ever... ever understand. Why it should be, when it should be me. - uśmiechnęłam się. - To jest to. - mruknęłam.
Znów zagrałam ten fragment i zaśpiewałam to co zapisałam, ale nadal nie miałam pojęcia co powinno być dalej.
- Girl, but you should know how I feel what it is, is to real to ignore, yeah.  - zaśpiewał Harry.
Odwróciłam się i ujrzałam go opartego o drzwi.
- Długo tu jesteś? - spytałam.
- Wystarczająco długo. - odparł. - Nigdy nie mówiłaś, że umiesz grać.
- Bo nie ma się czym chwalić. - zaczęłam przeglądać nuty i dopisałam to co zaśpiewał Loczek. - Chcesz mi pomóc napisać tekst piosenki?
- Czemu nie. - odparł i usiadł obok mnie. - Pokaż co już masz. - przejrzał nuty. - Dobre. - spojrzał na mnie. - Dostanę buziaka?
- Skoro nalegasz. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go namiętnie.
Po chwili odsunęliśmy się od siebie.
- Hmm... - mruknął Hazza. - Jak będziesz mnie tak całować, to wątpię, żebyśmy dzisiaj napisali tą piosenkę. Takie pocałunki prowadzą do czego innego. - zrobił uwodzicielską minę.
- Możesz sobie pomarzyć, Styles. Nie dziś i nie tutaj. - udałam zgorszoną minę. - Fortepian się do tego nie nadaje.
- A co, próbowałaś? - spytał bezczelnie.
- Palant. - stwierdziłam i dałam mu kuksańca w bok. - Do roboty panie "jestem sławny i wszystko mi wolno", albo wiesz gdzie są drzwi.
- Ono krwawi. - powiedział łapiąc się za serce. - Jest całe twoje, a ty je ranisz.
- Nie dramatyzuj, Harold. - odwróciłam się przodem do fortepianu. - Dobry z ciebie piosenkarz, ale aktor już nie bardzo.
- To było wredne.
- Bo miało być.
- Kocham cię.
- Aha.
- To było dopiero wredne.
- Wiem, dlatego cię kocham.
Pocałowałam go w nos i zagrałam melodię, którą wcześniej napisałam.
Po godzinie mieliśmy gotowy tekst. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale naszym zdaniem wyszedł idealny.
Brzmiał mniej więcej tak:

"I see you smiling, holding hands,
from the corner of my eye.
Don't think I'll ever understand.
Why it should be, when it should be me.

Girl but you should know how I feel
what it is, is to real to ignore, yeah.
He means it when he says he loves you.
I swear I can love you so much more.

Ref.
But I can never find the words to say.
When I'm around you,
I just don't know what to do.
But you don't know that your the only girl.
Who's got me falling, falling, falling
in love with you.

Tell me what I gotta do,
cause I want you the way he does.
But I'm invisible to you,
so you won't see, what you mean to me.

Girl but you should know how I feel
what it's, is to real to ignore, yeah.
He means it when he says he loves you.
I swear I can love you so much more.

Ref.

Przygrywka.

You take my breath away.
It's such a cliche,
but day after day,
that's what you do girl.
What he's got is ours.
Now I'm counting the hours.
Tell me how can I live like this.

Ref.

Koniec"

Piękna piosenka. Zatytułowaliśmy ją "With you".
- Gotowe. - powiedziałam.
- Zapomniałem ci powiedzieć, bo ja przyszedłem tu w konkretnym celu.
- Chciałeś mnie uwieść?
- To też, ale chciałem wiedzieć, co byś powiedziała, na podróż po Europie, tylko we dwoje.
- Serio?
- Tak.
- No to... zgadzam się.
- To dobrze. - uśmiechnął się uroczo. - Lecimy za dwa dni?
- Mi pasuje.
- To ja mykam potwierdzić rezerwację. - pocałował mnie w usta. - Pa, kochanie.
- Pa. - i już go nie było.
Hmm... cudowna niespodzianka. Co prawda miałam jeszcze opory przed lotem samolotem, ale im szybciej pokonam lęk, tym lepiej.
Zapowiada się ekscytujący sierpień.

_____________
Cześć skarby. Jak się macie? Podoba się rozdział?
Bo mi wyjątkowo tak.
Nie wiem kiedy kolejny rozdział. Zobaczymy jak będzie z nauką itd.
Co do piosenki. To nie jest chyba 1D, ale uwielbiam ją i musiałam ją jakoś wplątać.
Też się wam podoba?
Chciałabym życzyć wam udanego roku szkolnego. Sobie też tego życzę.
Dziękuję za to, że jesteście i komentujecie.

Buziaki. :*

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Zaufaj mi, proszę."

* Perspektywa Katherine. *


Obudziłam się i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Potem uświadomiłam sobie, że jestem w Pemberley. Rozejrzałam się po pokoju. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Ile ja spałam? Wiem tylko, że w końcu należycie wypoczęłam.
Darcy już pewnie pojechała z Zaynem.
Uśmiechnęłam się delikatnie. 
Chłopak zaskoczył mnie, zwracając się do mnie po pomoc, ale jakbym mogła nie pomóc w uszczęśliwieniu mojej najlepszej przyjaciółki?
Taa, wolałam zajmować się cudzymi problemami niż własnymi.
Spojrzałam na półkę nocną, ale nie zauważyłam mojego telefonu.
Hmm... jak miło.
Powoli zwlekłam się z łóżka. Stanęłam na nogach, ale tak się zachwiałam, że aż usiadłam.
- Szlag! - powiedziałam.
Za drugim podejściem poszło mi trochę lepiej. Dla utrzymania równowagi, opierałam się o łóżko.
Zajrzałam do kufra, stojącego przed łóżkiem. Leżał tam , gdzie go zastawiłam.
Wyjęłam ze skrzyni tablet, a następnie usiadłam na kufrze. 
Połączyłam I Pada z telewizorem i zaczęłam pisać notkę.  Wybrałam zdjęcie z Wielkanocy. Byłam na nim ja, Gabbe i Alan. Tacy... zadowoleni z życia.
Westchnęłam i wróciłam do pisania.

" Hmm... długo mnie tu nie było. Dlaczego? Praktycznie każdy wie.
 Przynajmniej żyję. Huraaaaa! Taa, zero w tym entuzjazmu. 
Dziękuję za te wszystkie miłe rzeczy, które pisaliście na tym blogu, na Twitterze i na angielskim blogu.
Nie wiedziałam, że aż tylu ludzi się o mnie martwi. 
Już rozumiem, dlaczego ludzie nienawidzą pytania "Jak się czujesz?", no może są wyjątki. 
Np. niektóre starsze panie. Nie wnikam.
Odpowiadając na to pytanie, czuję się... w miarę dobrze. Oprócz irytująco w połowie niesprawnych nóg, fizycznie nic mi nie dolega. 
Psychicznie? Nie będę zgłębiać tego tematu.
Nie wiem, jak często będę tu zaglądać, bo czeka mnie rehabilitacja.
Buziaki. :*"

Oparłam się o łóżko.  Usłyszałam dźwięk nawiązywanej rozmowy.
Liam. 
Odebrałam. Na ekranie telewizora ukazała mi się twarz Liama. 
- Hej. - powiedział. - Jak się masz?
- Jeszcze raz zada mi ktoś to pytanie, albo spyta jak się czuję, a wybuchnę.
- Hmm... zirytowana, co? - uniósł lekko brwi.
- Wredny jesteś. - odparłam lekko się uśmiechając.
- Ja?! - spytał z udawanym niedowierzaniem. - Wypraszam sobie. 
Zaśmiałam się.
- Co to się stało, że zadzwoniłeś.
- Pokazało na skype, że jesteś dostępna, a to w ostatnim czasie rzadkość. Trzeba wykorzystać okazję. - zamilkł na chwilę. - A teraz tak szczerze, co u ciebie?
- Wszystko i nic.
- Wyczerpująca odpowiedź.
- No co?! Nie mam zamiaru opowiadać o tym jak to chodzę gorzej niż Lux. - spojrzałam na ekran. - Tak, użalam się nad sobą. Życie jest straszne, a wszyscy mi nadskakują jakbym była jakąś bombą zegarową. Wyczerpująca odpowiedź? - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Drażni cię to. Właśnie dlatego wszystkich odpychasz? - po chwili dodał. - Dlatego jego odpychasz?
Zobaczyłam drzwi uchylające się za Liamem. Moja reakcja była natychmiastowa.
W głowie miałam jedną myśl: "PADNIJ!"
Zaraz leżałam jak długa na podłodze.
- Au! - krzyknęłam z bólu.
Podłoga nie jest zbyt miękka, mimo grubego dywanu. Przynajmniej jestem poza zasięgiem kamerki.
- Z kim gadasz Li? - spytał Harry.
- Yyy... z... yyy... z Karen! - nie no dzięki, ile to ja jeszcze imion będę miała?
Stary, jesteś mało przekonujący.
- A kto to? - Harry chyba też tak myślał.
- Koleżanka z dzieciństwa.
- Taa, jasne. - odparł Hazza. - To ja sobie idę.
Drzwi trzasnęły. Odrobinę za mocno i to go zdradziło.
Zorientował się, że to ze mną rozmawia Liam.
Westchnęłam, skoro i tak miałam mu powiedzieć to równie dobrze może dowiedzieć się teraz.
- Poszedł sobie? - nie muszą wiedzieć, że wiem, że on nie wyszedł.
- Uhm, taak. Nie ma go tu.
- Okej. To na czym my tu skończyliśmy?
- Na twoim odpychaniu nas i Harry'ego w szczególności. Mogłabyś już wstać z tej podłogi.
- Hmm... Bardzo bym chciała, ale ta podłoga jest taaaaka wygodna. - powiedziałam z sarkazmem. - A tak na serio wstać nie mogę. Nogi chwilowo odmawiają mi posłuszeństwa. Słodko, nieprawdaż?
- Ookej. To odpowiesz na pytanie?
Oni mnie nie widzieli, ale ja ich owszem. Ale głupia sytuacja.
- Jak sam się przed chwilą przekonałeś, jestem zarąbiszczo niesprawna. Moje kalectwo, wzbudza współczucie i litość, a ja tego nie cierpię.
- I dlatego to robisz?
- Nie potrafię tego wyjaśnić. - łzy zapiekły mnie pod powiekami. - Zresztą nie zrozumiesz.
- Skąd wiesz?
- To mnie zabija. Budzę się każdego dnia i zastanawiam się czy dam radę wstać bez niczyjej pomocy. Kiedy już myślę, że dam sobie radę, nagle tracę grunt pod nogami. - głos mi drżał, a łzy spływały po twarzy. - A kiedy widzę jak staracie się mi pomóc... czuję się jeszcze gorzej. Uświadamiam sobie jak niewiele teraz mogę sama zdziałać. Zdana na łaskę i niełaskę innych. - powiedziałam z goryczą. - Wiem, że nie chcecie źle, ale ja tak nie mogę. Do tego wszystkiego Harry... przez ostatnie 2 miesiące, obchodził się ze mną jak z jajkiem. Rozumiem, że bał się, że mnie straci, ale ja jestem żywym człowiekiem! Nie rozbiję się na kawałki, za każdym razem gdy upadnę.
Miałam wrażenie, że powiedziałam za dużo.
Spojrzałam na ekran i zauważyłam jak poduszka przelatuje przez pokój i uderza w ścianę.
Oho, Harry się wkurzył.
- I to jest powód? - spytał z niedowierzaniem Liam. - Po prostu wstydzisz się własnego kalectwa?
- Wiesz, zaczynam żałować, że w ogóle zaczęłam tą o tym rozmawiać. Ty tego nie rozumiesz.
- Przepraszam. - odparł skruszony. - Nie tak to miało zabrzmieć.
- Ale zabrzmiało. - zamilkłam na chwilę. - Harry możesz wyjść z ukrycia. Wiem, że nie wyszedłeś z pokoju.
- Skąd wiedziałaś?
- To było ostentacyjne trzaśnięcie drzwiami. Ono cię zdradziło.
- Ach, tak. Liam, możesz wyjść?
- Spoko, już mnie nie ma.
Podciągnęłam się powoli na kufer i usiadłam na nim.
- Co masz zamiar zrobić? - spytał Loczek.
- Ćwiczyć, aż będę w stanie normalnie chodzić.
- A co z nami?
Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć.
- Ja... - jego zbolała mina nie pomagała mi w powiedzeniu tego. - Uważam, że powinniśmy od siebie odpocząć. Przez jakiś czas.
- Zrywasz ze mną?
- Nie, po prostu musimy na jakiś czas dać sobie spokój.
- Taka jest twoja decyzja?
- Tak.
- A jeśli się z nią nie zgodzę?
- Nie wiem. - westchnęłam. - Harry nie utrudniaj mi tego.
- Nie odepchniesz mnie tak łatwo.
Łzy spływały mi po twarzy.
- Wiesz, że cię kocham jak nikogo innego na świecie. Może faktycznie obchodziłem się z tobą jak z jajkiem, ale robiłem to jedynie, bo chciałem się o ciebie troszczyć. Nie pozwolę, żebyś odepchnęła to, co jest między nami, dla tak zwanej "przerwy" w związku. Nigdy się na to nie zgodzę. Kiedy w końcu zrozumiesz, że ten wypadek nie ma dla mnie zbyt wielkiego znaczenia, bo liczy się dla mnie tylko to, że żyjesz. Choćby nie wiem co się działo, ja będę przy tobie. To co się wydarzyło powinno wzmocnić nasz związek, a nie zniszczyć.
- To jest coś z czym muszę sobie sama poradzić.
- Katherine... wiesz, że cię tak nie zostawię. Tak łatwo to się mnie nie pozbędziesz.
- Proszę, nie utrudniaj mi tego. - drżałam na całym ciele.
Dlaczego on musi być taki przekonujący?
Ciężko było mi podjąć tą decyzję, a on z łatwością mnie od niej odwodzi.
Zakryłam twarz dłońmi i starałam się oddychać głęboko.
- Zaufaj mi, proszę. Damy sobie z tym radę. Razem. - mówił cicho. - Poradzimy sobie, tylko nie odrzucaj tego co między nami jest.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Dobrze. - powiedziałam ciągnąc nosem. - Niech ci będzie. Spróbujemy.
- Kocham cię. - uśmiechnął się delikatnie.
- Ja ciebie też kocham. - odparłam.
- I tak być powinno.
Czułam, że konflikt został zażegnany.
Po raz pierwszy od wypadku poczułam się naprawdę spokojna.
Jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy.
Mój chłopak zdecydował, że wróci do domu wcześniej. Nie oponowałam, bo wiedziałam, że nie ma sensu się z nim kłócić i tak zrobi co zechce.
Po zakończeniu rozmowy, wróciłam do łóżka i próbowałam zasnąć.
Piętnaście minut później odpłynęłam w objęcia Morfeusza.

___________________________________
Kolejny rozdział za nami. Jak się podoba?
Tak jak chcieliście znów wraca perspektywa Katherine.
Zastanawiam się nad zakończeniem tego opowiadania, chociaż jestem strasznie przywiązana do Kath i Hazzy.
Jeśli się nie rozmyślę, to będą się pojawiać kolejne rozdziały. Raczej już nie tak często jak teraz, bo niedługo szkoła się zaczyna, ale może na weekendach znajdę czas i będę pisać.
Zaczęłam też pisać opowiadanie o Liamie. Dodałam je tylko na próbę, bo nie wiem czy będę je kontynuować.
Zajrzyjcie, przeczytajcie i komentujcie.
Znajdziecie je w zakładce o  nazwie "Song About You.".

Buziaki. :*

wtorek, 21 sierpnia 2012

Długa droga i jeszcze dłuższe rozmowy.

* Perspektywa Darcy. *


Dzisiaj miałam odebrać Katherine ze szpitala. Cieszyłam się z tego powodu. Wiedziałam, że pobyt w tym miejscu jeszcze przez tydzień bądź kilka dni złamałby ją całkowicie. 
I tak była już osowiała i często nie słyszała, co się do niej mówi. Miałam wrażenie, że to nie moja najlepsza przyjaciółka tylko jakiś obcy człowiek, jej sobowtór, stara się ją udawać z różnym efektem.
Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym, że Kate ma spore trudności z chodzeniem. Opisała to tak jakby w pewnym momencie traciła czucie w nogach i one wrastały jej w podłoże, albo nogi robią się jej jak z waty i upada.
Współczuję jej z całego serca, ale ona nie chce litości. Dla niej to jak ujma dla jej dumy.
Cóż, Glassowie są z reguły dumni, ale i honorowi.
Westchnęłam. Pora się zbierać.
Szybko się przebrałam w to <klik> i zamówiłam taksówkę.
Pojechałam do mieszkania Kath. Tam naszykowałam dla niej ubranie, wzięłam kluczyki do BMW i pojechałam do szpitala.
Zastałam ją siedzącą na łóżku i patrzącą w okno. Oparłam się o futrynę.
Nie od razu mnie zauważyła.
- O, już jesteś. - uśmiechnęła się delikatnie. - Masz jakieś normalne ciuchy? Tych szpitalnych nie zniosę już ani chwili dłużej.
- Wiedziałam, że o czymś zapomniałam. - zaśmiałam się z jej przerażonej miny i wyciągnęłam reklamówkę zza pleców. - Masz. - podałam ją jej.
Gdy ona przebierała się w to <klik>, ja zbierałam jej rzeczy do torby.
Przeprawa do samochodu nie była łatwa, gdyż Katy opierała się przed jazdą wózkiem inwalidzkim. Z 15 minut zajęło nam przekonanie jej.
W końcu zgodziła się, chociaż bardzo niechętnie.
Jechałyśmy do jej domu  w ciszy. Siedziała z przodu wyglądając przez okno.
- Zawieziesz mnie do Winchester? - spytała nagle.
- Po co? Przecież masz tu wszystko czego ci trzeba i do tego najlepszych specjalistów.
- Chcę po prostu do domu. - odparła. - Z dala od miejskiego szumu, prasy i tego wszystkiego. A specjalistę mogę mieć też w Pemberley, chociaż nie wiem czy to cokolwiek da.
- Nawet tak nie mów, Katherine. - powiedziałam. - Na pewno wszystko wróci do normy. Zobaczysz.
Zaczerpnęła długi, drżący wdech.
- Boję się. - szepnęła. - Boję się, że... że nie będę mogła chodzić, że... będę przykuta do wózka jak ludzie w filmach, że... nie będę mogła prowadzić durnego samochodu. To mnie przytłacza. - zamilkła na chwilę. - Chwilami żałuję, że wsiadłam do tego cholernego samochodu, bo przez ten wypadek, mój świat legł w gruzach, ale wtedy przypomina mi się Rose. - zaśmiała się mimo łez, które spływały jej po twarzy. - Taka szczęśliwa, że mnie spotkała... i w głowie mam obraz jej zniszczonego fotela, wiem, że mimo tego, że nie mogę chodzić, ona nadal żyje i ma się dobrze. Gdym ja nie siedziała na fotelu obok, mogłaby tam siedzieć jej mama lub babcia, a może wtedy nie miałyby tyle szczęścia.
Zastanawiałam się, czy warto ją zawozić do Winchester.
Ja nie będę mogła tam na razie zostać, dopóki sesje się nie skończą, ale w Londynie byłaby przez większość czasu sama.
W Pemberley jest Nana, więc ona się nią zaopiekuje i nie pozwoli jej na załamywanie się.
- Okej, zawiozę cię do Winchester, jeśli mi obiecasz, że mimo wszystko będziesz ćwiczyć i nie odsuniesz się od nas wszystkich, dobrze?
- Dobrze. - szepnęła.
Przez chwilę panowała cisza.
- Wiedziałaś, że Caitlyn nie żyje? - spytała.
- Umm... tak. - odparłam.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Nie chciałam cię martwić. - rzuciła mi pytające spojrzenie. - Twój tata mi powiedział.
- Jak cię nie było, zadzwonił Gibby i mi o wszystkim powiedział.
- Papla. - stwierdziłam.
- Ty go nie rozumiesz. Musiał się komuś wyżalić. - powiedziała smutno i zapatrzyła się w okno. - On ją kochał, przez długi czas, ale nigdy zbytnio nie zwracała na niego uwagi. Ostrzegałam go, że Cait złamie mu serce, ale nie słuchał. Spotykali się przez miesiąc. Nikt o tym nie wiedział. W końcu poszła z nim do łóżka, ale po tym wydarzeniu zerwała z nim. Nie powiedziała dlaczego, tylko zaraz zaczęła się spotykać z Tomkiem, z potem z Ernestem. - zamilkła na chwilę. - Znam mojego brata. Nigdy nie brał dziewczyn zbyt poważnie, ale ją naprawdę kochał. W dniu wypadku, nawrzeszczał na nią przy znajomych. Przy wszystkich powiedział, że z nią spał, a o co poszło? O mnie. Bo ona rozsiewała plotki na mój temat.
- Nie wiedziałam. - powiedziałam wjeżdżając do podziemnego garażu.
Naprawdę o tym nie wiedziałam.
- Z miłości robi się różne głupie rzeczy. - stwierdziłam z goryczą.
Katherine nic nie odpowiedziała. Doskonale wiedziała o co chodzi.
Zaparkowałam samochód na jej miejscu parkingowym. Wysiadłam i zabrałam jej torbę.
Kath powoli, o kulach, wysiadła z samochodu. Widziałam, że czuje się niepewnie na nogach, dlatego ją objęłam i w ciszy zmierzałyśmy do windy.
Pakowanie jej zajęło nam półgodziny. Zejście po schodach, dojście do winy, a potem do samochodu zajęło trochę mniej czasu, ale nie obyło się bez parkotania pod nosem o tym jak to "człowiek po osiemnastu latach życia, w chodzeniu jest na poziomie rocznego dziecka".
Uważam, że Kate trochę za poważnie bierze swój uszczerbek na zdrowiu.
Katy usiadła na fotelu pasażera, a ja w tym czasie spakowałam jej walizkę do bagażnika.
Usiadłam za kierownicą i wyjechałam z garażu, podążając w kierunku wyjazdu z Londynu.
Glassy włączyła radio i zaczęła nucić. W końcu zaczęła śpiewać, a ja razem z nią.
Przez chwilę było jak za dawnych czasów. Ona taka wesoła i roześmiana wygłupiała się ile dało.
- Don’t let go. Don’t run away love. I still got feelings, you are my passion... - śpiewała Katherine.
W pewnym momencie zamilkła i westchnęła.
- Wiesz ile ta piosenka ma racji? - spytała. - On... był... jest - poprawiła się. - jest moją pasją.
- Kochasz go? - zapytałam.
- Życie bym za niego oddała, gdyby to cokolwiek dało. - Kath zbladła.
- To dlaczego go odtrącasz?
- Sama nie wiem. - zapatrzyła się w okno. - Kocham go tak bardzo, że gdy go przy mnie nie ma czuję się jak kwiat łaknący wody i odrobiny słońca. Ale... po tym wypadku... nie potrafię być zakochaną po uszy nastolatką. Nie umiem być taka jak kiedyś. Czuję się tak jak zaraz po śmierci dziadka - nic nie ma sensu.
- Och, Katy. Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałaś?
- Bo masz własne życie i swoje problemy. - odparła. - Poza tym, poradzę sobie.
- Katherine, nie zapominaj, że Harry to nie Igor lub Dylan.
- Wiem.
- On cię szczerze kocha. Ty go nie widziałaś jak przyjechał do szpitala.
- Aż tak źle?
- Wyglądał jak 7 nieszczęść. Starał się panować nad sobą, ale rozpacz w oczach go zdradzała. - wzięłam głęboki wdech.- Nie będę ci dyktować jak powinnaś postąpić, ale za nim cokolwiek zrobisz, przemyśl to dobrze... Takiego faceta to ze świecą szukać.
- Darcy! - zrobiła zaskoczoną minę. - Czyżby podobał ci się mój facet?
- Owszem, jest przystojny... ale nie tak bardzo jak pewien mulat, który... zaprosił mnie na randkę po powrocie do kraju.
- Umówiłaś się z Zaynem?! - krzyknęła. - I nic mi nie powiedziałaś?
Hmm... jej twarz nabrała kolorów. To dobry znak.
- No przecież ci powiedziałam. Przed chwilą.
- Gdzie idziecie? - pytała zaciekawiona.
- Nie mam pojęcia. Powiedział, że to będzie niespodzianka.
- Ooo, Malik włącza tryb "romantyk". - Katherine poruszyła śmiesznie brwiami, przez co wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Cóż, widzę, że ona się bardziej cieszy z tej randki niż ja.
To znaczy oczywiście, że się cieszę, ale ona to bierze sto razy poważniej niż ja.
Spotykałam się kiedyś z gwiazdą i... to nie są zbyt miłe wspomnienia.
Zmarszczyłam czoło.
Ed może i na początku był czuły i zapewniał jak bardzo mnie kocha, a po tym jak poszłam z nim do łóżka...
"Nie jestem pewien czy cię kocham. Jesteś wyjątkowa i niepowtarzalna, ale..."
Po tych słowach go nie słuchałam. Pamiętam to jakbym była tylko obserwatorem.
Ed mówi do mnie , a ja go uderzyłam w twarz tak, że aż mu głowa odskoczyła, nazwałam go świnią, odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju iście majestatycznym krokiem.
Chamsko zrobił wyznając mi to na urodzinach Kath, ale przeszłości nie zmienię.
Oczywiście, nie wszyscy faceci są tacy sami, ale... bałam trochę się tej randki, bo... Zayn za szybko mi się spodobał.
Tak, można się śmiać na wstępie.  Zayn ma wszystko czego brakowało Edowi.
Pomijam kwestię anatomiczną, bo nie oceniam facetów po wyglądzie.
Miły, wrażliwy, jest dobrym słuchaczem, zabawny, inteligentny, świetnie całuje...
Mogłabym tak wymieniać przez połowę drogi do Winchester.
Spojrzałam na Kate. Spała.
Nie dziwię jej się, też bym była tym wszystkim  zmęczona.
Po pokonaniu 2 godzinnej drogi, wjeżdżałam samochodem na długi podjazd.
Dawno tu nie byłam. Nic się nie zmieniło. No może z wyjątkiem tego, że teraz nie ma śniegu, a wtedy było go tu mnóstwo.
Jak ten dwór pięknie wyglądał w popołudniowym słońcu.
Ktoś przycinał żywopłoty, inny kosił trawę... taki sielski widok.
Każdy wiedział co ma robić. Nawet pszczoły na kwiatkach.
Zaparkowałam tuż przy schodach. Otworzyłam drzwi i wysiadłam z samochodu.
Przywitał mnie pan George, wytłumaczyłam mu co się dzieje, a on tylko skinął głową i zawołał chłopaka, który niedaleko nas przycinał żywopłot.
Ten wziął śpiącą Kath i zaniósł do jej sypialni. Ja w tym czasie wyjęłam walizkę z bagażnika.
Chciałam zaparkować samochód w garażu, ale pan George zapewnił mnie, że ktoś się tym zajmie.
Zabrałam bagaż i kule Kate i weszłam za nim do środka.
- Zostanie panienka razem z panną Katherine? - spytał George dobrotliwie.
- Niestety nie. Jeszcze nie teraz. - odparłam. - Ja mam jeszcze sesje końcowe, więc będę mogła przyjechać dopiero za kilka dni. Nana jest w kuchni?
- Tak, na pewno ucieszy się na twój widok.
Faktycznie zastałam ją we wskazanym miejscu. Siedziała przy kuchennym stole i pisała coś w zeszycie.
Podniosła na chwilę głowę i znowu zaczęła pisać. Nagle przerwała pisanie i popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Darcy! Jak miło cię widzieć! - uśmiechnęła się szeroko. - Co cię do nas sprowadza?
Podeszłam do niej i uścisnęłam ją przyjacielsko. Usiadłam obok niej przy stole.
- Opowiadaj co tam u ciebie. - powiedziała klepiąc mnie po dłoni.
- Przywiozłam wam rekonwalescentkę, która teraz śpi w swoim pokoju. Co do mnie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niedługo zakończą się sesje, potem mam wakacje. Pewnie przyjadę tutaj na dłużej, później pojadę do mamy. Przed rozpoczęciem roku akademickiego zacznę szukać sobie mieszkanie, bo pokój w akademiku już praktycznie pęka w szwach.
Nana zaśmiała się.
- Nic się nie zmieniłaś. - stwierdziła kręcąc głową. - Wiecznie rozgadana i wesoła Darcy Spencer.
Uśmiechnęłam się lekko.
Może aż tak bardzo się nie zmieniłam, ale jednak...
Pomyślałam o tej nocy, kiedy Zayn u mnie nocował. Była taka... magiczna. Może do niczego nie doszło, no może z wyjątkiem kilku pocałunków, na których wspomnienie miękną mi kolana, ale tak poza tym to głównie rozmawialiśmy. Sporo się o sobie dowiedzieliśmy.
Nie wiem dlaczego, ale opowiedziałam mu całą historię z Edem, o której wiedziała tylko Kath.
Może to wina wypitego wtedy wina, może magia chwili, albo po prostu... chciałam mu powiedzieć.
Jednak nie powiedziałam mu, kto to tak naprawdę był.
Nana spojrzała na mnie badawczo.
- Gdzieś ty tak odpłynęła? - spytała z uśmiechem.
- Zamyśliłam się trochę. - poczułam, że telefon wibruje mi w kieszeni spodni. - Przepraszam na chwilę.
Spojrzałam na wyświetlacz i mimowolnie się uśmiechnęłam.
Wyszłam z kuchni podążając w kierunku wyjścia.
- Halo?
- Cześć Darcy. Co tam u ciebie?
- Właśnie o tobie myślałam. - zaśmiałam się. - Dzwonisz do mnie w nocy, żeby zapytać co u mnie?
- Przecież u was nie jest noc.
- Wiem, bo akurat jestem na dworze. U mnie wszystko w porządku. A co słychać w Australii?
- Chłopaki nie mogą się doczekać powrotu do Londynu. W szczególności Harry, on tu już świruje.
- To się chłopak rozczaruje. - stwierdziłam.
- Dlaczego?
- Bo Katherine nie ma w stolicy.
- To gdzie jest?
- W Winchester. Dopiero tu ją przywiozłam.
- Po co?
- Bo tego chciała, a ja nie chciałam zostawiać jej samej. Mam egzaminy, dlatego nie mogę być przy niej cały czas.
- Rozumiem. - zamilkł na chwilę. - Stęskniłem się za tobą.
- Widziałeś mnie ledwie kilka razy. - wzięłam głęboki w dech. - Ja... też za tobą tęsknię, chociaż wydaje się to absurdalne, zwłaszcza, że ledwie się znamy.
- Czy musisz być taka rozsądna? - spytał.
- Życie mnie tego nauczyło. - po chwili dodałam. - W szczególności jeśli chodzi o słynnych bad boyów, pochodzących z Bradford, którzy aż za dobrze mnie rozumieją.
- Czuję się zaszczycony. - zaśmiał się. - A ja muszę w szczególności zwrócić uwagę na długonogie piękne rudowłose dziewczyny, które są najlepszymi przyjaciółkami dziewczyn moich najbliższych przyjaciół.
- Hmm... to musi być ich sporo. Cóż, na wstępie możesz mnie wykluczyć, pięknością to ja nie jestem.
- Ja się z tym nie zgodzę. Uważam, że jesteś piękna. - westchnął. - Czy nasza randka nadal aktualna?
- Nie wiem, czy mam wolny termin. Wiesz, faceci pchają się do mnie drzwiami i oknami. - zaśmiałam się. - O, właśnie młody ogrodnik puścił do mnie oko. Sprawdzę w kalendarzu i powiem czy ten wieczór mam akurat wolny.
- Mam być zazdrosny o ogrodnika? - spytał. - Nie wpuszczaj mnie w maliny, nie masz przy sobie kalendarza.
- Jesteś pewny? Ooo, mam zajęty ten wieczór. - zrobiłam smutną minkę, ale w duchu skręcałam się ze śmiechu.
- Tak, bo stoisz oparta o jabłoń i masz minę narwanego chochlika.
- Skąd wiesz? - rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie go nie zauważyłam.
- Mam swoich tajnych agentów. - zaśmiał się.
- A ładnie to tak szpiegować ludzi?! - udawałam, że się obraziłam.
Nagle usłyszałam jakiś szelest, ale nie wiedziałam skąd dobiegał.
- Zayn, to zaczyna się robić dziwne. - powiedziałam, ale nic nie odpowiedział. - Zayn? Zayn?!
Wtedy ktoś zakrył mi oczy rękami. Aż krzyknęłam, tak się przestraszyłam.
- Kimkolwiek jesteś, przestań, bo to nie jest wcale zabawne. - szepnęłam przerażona.
Poczułam jak czyjeś usta całują mój kark. Potem zabrał ręce, które zakrywały mi oczy.
Odwróciłam się i ujrzałam Zayna szczerzącego się do mnie.
Byłam zaskoczona. Mieli dopiero wrócić za 5 dni.
Odwzajemniłam uśmiech i uściskałam go, a potem uderzyłam w ramię.
- Aua, za co to?!
- Za straszenie ludzi. Myślałam, że zawału dostanę.
- Ale musisz przyznać, że miła niespodzianka.
- W porównaniu z czym?
- Wiesz na początku miałem w planach wejść na drzewo i potem z  niego zeskoczyć.
- A skąd wiedziałeś, że wyjdę na dwór?
- Hmm... nie wiedziałem. - stwierdził i uśmiechnął się rozbrajająco.
- A gdzie reszta? Też się gdzieś pochowali?
- Nie, oni na serio są w Australii. Jeden z nas mógł wrócić wcześniej, bo i tak już nie mamy żadnych koncertów tylko spotkania z fanami i wywiady. Zagraliśmy w "Kamień, papier, nożyce" i oto jestem. - śmiejąc się wskazał na swoją osobę.
- Wygrałeś? - spytałam, chociaż znałam odpowiedź. - Tylko skąd wiedziałeś, gdzie będziemy? Albo nie, nie mów mi. Niech zgadnę. Rozmawiałeś z Katherine?
Skinął głową.
- Swatka. - mruknęłam pod nosem.
- Coś mówiłaś? - spytał Zayn obejmują mnie w pasie.
- Nie, nic. - odparłam. - Może przejdziemy się? Nie daleko stąd jest jezioro.
- Chętnie.
Tak też zrobiliśmy.

_________________________
Jak się podoba rozdział?
Z tego co mi się zdaje, to chyba najdłuższy jaki napisałam.
Chcecie już perspektywę Katherine czy może jeszcze trochę pociągnąć perspektywę innych bohaterów?

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

czwartek, 16 sierpnia 2012

Ciężkie chwile.

* Dwa miesiące później - początek czerwca*

Okres, który Katherine spędziła w szpitalu, był dużą próbą dla naszego związku. Z początku wydawałoby się, że wszystko powoli zaczyna wracać do normy. Teraz już nie miałem takiej pewności. Katherine zamykała się przede mną, ale nie chciała powiedzieć o co chodzi. Widziałem, że coś ją gryzie. 
Nie zawsze mogłem być przy niej, bo wiadomo - trasa koncertowa i te sprawy, ale jak tylko mogłem to wracałem do Londynu. 
Nie do końca rozumiałem co się działo, ale męczyła mnie ta sytuacja. 
Obecnie został nam tydzień do powrotu z trasy. Pewnie już dawno bym wrócił, ale moja mama, Kath i Alan, kazali mi wrócić do Australii.
Skoro ona tego chciała, nie miałem innego wyboru.
Jeszcze ta cholerna prasa... Zero spokoju.


Tym czasem w Polsce...

* Perspektywa Gabriela. *


To co przydarzyło się mojej siostrze, było ciosem dla całej rodziny. Szczególnie dla taty i Alana.
No cóż, w końcu była oczkiem w głowie papy i jedyną siostrą Ala, a zarazem jego najlepszą przyjaciółką.
Czasami im tego zazdrościłem. Kate i Al, z tego co pamiętam, w dzieciństwie byli jak bliźniaki. Takie papużki nierozłączki.
Między mną a Kath więź zrodziła się znacznie później. Miałem wtedy 10 lat, a ona 12.
Uwielbiałem wtedy unihokej. Latałem po całym domu z kijem do hokeja i uderzałem nim w piłkę.
W końcu za mocno się zamachnąłem i zrzuciłem z półki w salonie porcelanowy serwis do herbaty. Byłoby wszystko okej, gdyby to nie był ten serwis, który rodzice dostali w prezencie ślubnym.
Szczerze, to ja wiedziałem, że będę miał przerąbane. No cóż, trzeba przyznać, że matka ma despotyczny charakter. 
Na moje nieszczęście, nie było szans, żebym to posprzątał, bo mama właśnie otwierała drzwi do domu.
Zwabiona hałasem, Katherine szybko zbiegła na dół.
Spojrzała na półkę, potem na mnie z kijem i domyśliła się co się świeci.
Mama właśnie weszła na korytarz i rozejrzała się. W ostatniej chwili Kath wyrwała mi kij.
Kiedy matka nas zauważyła od razu zorientowała się, że co się stało, ale jako że Kate przymała kij, cała wina poszła na nią. Chciałem się przyznać, ale jedno ostrzegawcze spojrzenie Katy wystarczyło by mnie uciszyć.
Opowiedziała matce jak to uczyła mnie "precyzyjnie kierować kij, aby piłeczka toczyła się prostym torem".
No cóż, trzeba przyznać, Katherine jeśli chce potrafi być przekonująca. Nawet mnie wtedy przekonała.
Zdaje mi się, że to wtedy zaczęły się ze sobą kłócić. Z biegiem czasu coraz bardziej się kłóciły.
Czasem czułem się winny, bo miałem wrażenie, że to przeze mnie się zaczęły kłócić, ale Kath zawsze temu zaprzeczała.
Więź między nami była inna, niż jej więź z Alanem. Nasza opierała się na wzajemnej opiekuńczości.
Co prawda, bywaliśmy dla siebie złośliwi i cyniczni, ale zawsze jedno stawało w obronie drugiego.
Dlatego musiałem postąpić tak, a nie inaczej. 
Kilka dni temu był mój bal gimnazjalny. Nie miałem na niego ochoty iść, ale tańczyłem poloneza i obiecałem Kate, że pójdę i się będę świetnie bawić, więc nie miałem wyboru.
To było takie potrójne święto - bal, dzień dziecka i... moje urodziny.
Nie powiem żebym był trzeźwy jak wracałem do domu, ale to co się wtedy dowiedziałem, było tak nierealne,więc uważałem, że to był po prostu pijacki bełkot jednego z moich kumpli, albo ja się przesłyszałem.
Ale tak to już bywa, że nawaleni w sztok ludzie najczęściej mówią prawdę.
Dlatego teraz szedłem korytarzem w kierunku sporej grupki pod klasą.
Wczoraj Jacek, nazywany przez wszystkich "Jacko", potwierdził wszystko co dowiedziałem się po balu.
Będąc jakiś metr od nich, słyszałem jak gada jakieś niestworzone rzeczy o mojej siostrze.
Jeszcze się nie domyśliliście, kto jest taki fałszywy?
Odpowiedź jest prosta - Caitlyn.
Niby taka oddana przyjaciółka, a potem rozsiewa plotki na każdego.
Wiedziałem, że jak się na nią wydrę, to stanę się głównym obiektem jej plotek. Cóż, mówi się trudno.
Podszedłem do niej.


- Ładnie to tak obrabiać dupę swojej przyjaciółce? - spytałem.
- Ale o czym ty do mnie mówisz?! Weź się ogarnij, Gabriel. - udawała niewinną.
- O tym jak to rozsiewasz plotki na temat mojej siostry.
- Ja nie mam z tym nic wspólnego. - rozejrzała się jakby szukała pomocy, ale nikt nie miał ochoty ze mną zadzierać.
- Nie udawaj niewinnej. Dobrze cię znam. - odwróciłem się do jej chłopaka, który stał obok. Sięgał mi ledwie do ramion. - Chłopie, radzę ci ją rzucić. To zwykła szmata. Wykorzysta cię jak każdego, a potem będziesz latał za nią z wywieszonym jęzorem. - Ernest zrobił oburzoną minę, ale nic się nie odezwał.
- Że co proszę?! - Caitlyn gwałtownie gestykulowała. - Gabbe, pojebało cię całkiem?! Jesteś bardziej walnięty niż twoja głupia siostrunia.
- Kurwa, jaka ty jesteś pojebana. Nie dziwię się, że Kate ostrzegała mnie przed tobą. - spojrzałem na nią jak na coś obrzydliwego. - Brzydzę się tobą. Żałuję, że się z tobą przespałem.- spojrzałem na Ernesta. - Powodzenia stary przy ujeżdżaniu szmaty. - jeszcze raz odwróciłem się do Cait. - Żeby nie było, że nie ostrzegałem. Jeszcze raz zrobisz jakąś plotę na temat mnie lub mojej rodziny, a ucierpi twoja i tak już dawno zszargana reputacja. - Zamilkłem na chwilę. - Wychowano mnie na dżentelmena, ale jak to mawiał mój dziadek, nie wszystkie ladacznice można traktować jak damy, a ty jesteś tego przykładem. Nara.
Wściekłość buzowała we mnie. Żeby jej nie uderzyć szybko odszedłem od niej i poszedłem usiąść na ławce obok Jacko.
- Coś ty jej nagadał? - spytał mnie przyjaciel.
- To na co dawno sobie zasłużyła. - zmarszczyłem czoło. - Chociaż mogłem sobie darować wzmiankę o tym, że z nią spałem.
- Mogłeś. - przytaknął Jacek. - Ale przynajmniej nie będzie mogła udawać świętej.
- Taa, ale znając ją obróci to wszystko przeciwko mnie i zrobi z siebie ofiarę. Jak zwykle z resztą. - westchnąłem. - Takich ludzi powinno się linczować.
- Ona ewidentnie ma coś do twojej siostry. - ściszył głos. - Wiesz, że ona prowadza się na osiedlu z Igorem? Totalnie do niego zarywa, a niby jest taka zakochana w Ernim.
Zaśmiałem się.
- To się dziewczyna rozczaruje. - pokręciłem głową. - Z niego taki pantoflarz jak ze francuski kochanek.
- Co prawda francuzem nie jesteś, ale... - uśmiechnął się chytrze.
- Spadaj. - odparłem. - Nie moja wina, że brytyjski akcent jest pociągający.
- Taa i niby dzięki niemu, przez całe gimnazjum, miałeś więcej dziewczyn, niż ja przez całe swoje życie będę miał? Oj, Glass. Bajki opowiadasz.
- Ale wracając do Igora. Facet nie jest przykładem ideału. Gorzej, on bywa jak typki z pod ciemnej gwiazdy.
- A ty skąd to wiesz? - spytał zaciekawiony Jacko.
- Moja siostra przekonała się o tym aż za bardzo. - zacisnąłem pięści. - Jak go widzę, to mam ochotę mu przyłożyć, a on zawsze uśmiecha się ironicznie.
- Zalazł ci za skórę. - stwierdził mój przyjaciel.
- I to jeszcze jak, a ona razem z nim. - usłyszałem dzwonek. - Dobra, chodźmy na religię.
- Taa. - zaśmiał się. - Idziemy się uczyć przebaczać bliźnim.
Poklepałem Jacka po plecach.
- Jacko, ty się kiedyś doigrasz chłopie.
- I co? Wylejesz na mnie brytyjską herbatkę?
- Gorzej. - zrobiłem groźną minę. - Nauczę cię jeździć konno. Tyle że na końskim brzuchu. Może jak dostaniesz kopytem to się trochę ogarniesz.
- Tak jest... - zasalutował. - lordzie Glass.
- Serio, tobie nic nie można powiedzieć. Poza tym to mojemu ojcu przysługuje tytuł "lorda Glassa", albo raczej "lorda Straphmore'a", a potem on przechodzi na Alana. Ja jestem sir Gabriel Anthony Jonathan Glass.
- A twoja siostra to...
Weszliśmy do klasy i usiedliśmy w ławce.
- Lady Wilton. Ona dziedziczyła po babci. W tej stronie rodziny jest tak, że to żeńska strona dziedziczy, ale ja kompletnie nie wiem o co chodzi. Dzięki naszej "kochanej" historyczce, nie lubuje się w historii, tym bardziej rodziny.
- Coś mi tu nie pasuje. Skoro twój ojciec dziedziczył tytuł to chyba powinien dostać tą waszą siedzibę rodową.
- Niby tak, ale Pemberley nie podlega majoratowi. Nasz dom z Dorset podlega majoratowi. To była niby ta główna siedziba rodowa, ale mój pradziadek przeniósł się do Hampshire.  I wtedy... dobra koniec rozmowy, bo facetka się na mnie dziwnie patrzy.

*wieczór*

Tak jak zwykle siedziałem u siebie w pokoju z laptopem na kolanach. Przeglądałem różne strony i pisałem ze znajomymi.
No cóż, w szkole zrobiło się głośno o tym "jak to Gabriel wrzeszczał na Caitlyn i rozgłosił wszystkim, że przespał się z nią". Cudownie, prawda?
Ale co mnie obchodzi cudza opinia i tak będę miał lepszą reputację niż Cait.
Nagle usłyszałem jak coś huknęło na dworze. Coś jakby samochód się z czymś zderzył.
Odłożyłem laptop na biurko i szybko się zerwałem z fotela.
Wyszedłem na balkon, ale niczego nie zauważyłem.
Pięć minut później ulicą jechała karetka i policja.
Co się mogło stać? Nie miałem pojęcia.
Wróciłem do pokoju, ale szybko z niego wyszedłem i zbiegłem po schodach  na dół.
Włożyłem pierwsze lepsze buty i wybiegłem na dwór.
Nie ja jeden to zrobiłem. Zauważyłem, że wszyscy zmierzają w kierunku rozwidlenia dróg, kilka domów dalej.
To co tam zobaczyłem nie było przyjemne dla oka. Jakaś dziewczyna leżała na przedniej masce samochodu.
Po chwili uświadomiłem sobie, że to Caitlyn. Nie ruszała.
Choćbym nie wiem jak ją nie lubił, nigdy bym jej czegoś takiego nie życzył.
Zapytałem się moją sąsiadkę, co się stało.
- Pijany facet wjechał prosto na Caitlyn. - mówiła łamiącym się głosem. - Była tuż za zakrętem. Nie zauważył jej. Biedna dziewczyna, zmarła tak młodo.
Nie mogłem uwierzyć w to co ona powiedziała.
Caitlyn nie żyła. Byłem zszokowany.
Odwróciłem się na pięcie i jak automat wracałem do domu.
W głowie miałem tysiące myśli.
Dlaczego ona tędy szła o tej porze? Skąd wracała? Dlaczego akurat tą drogą, skoro to najdłuższa droga do jej domu.
Po chwili uświadomiłem sobie, że nie daleko mojego domu mieszka Igor. Czyżby to było powodem jej nocnych spacerów?
Od razu widziałem najczarniejsze scenariusze.
Jakby nie było kiedyś mi się ona podobała. To było zanim zaczęła chodzić z Ernestem i nie zmieniła się nie do poznania.
Zawsze miała trudny charakter i irytujące obejście, ale nie okazywała go aż tak bardzo.
Co prawda, przespała się ze mną, ale to było tuż po jej zerwaniu z Tomkiem.
No cóż, nie miałem do czynienia z dziewicą. Była zbyt wyrachowana i krnąbrna.
Po co ja o tym myślę. Nie powinno się źle mówić ani myśleć o zmarłych.
Na korytarzu zrzuciłem buty i poszedłem do salonu.
- Co tam się stało? - spytał tata, patrząc na mnie z nad papierów.
- Pijany gość potrącił Caitlyn. - powiedziałem.
- Nic jej nie jest? - spytała przestraszona mama.
- Nie żyje. - odparłem. - Zginęła na miejscu.
Odwróciłem się i poszedłem na górę. Mama co jeszcze do mnie mówiła, ale ja nie słuchałem.
W pokoju wyłączyłem laptopa i telefon. Zamknąłem drzwi od pokoju na klucz. Wziąłem I poda i położyłem się do łóżka.
 Muzyką starałem się zagłuszyć własne myśli. Przytłaczały mnie one.
Nie wiem, jak długo leżałem, ale gdy zasnąłem męczyły mnie koszmary.
To nie była łatwa do przespania noc.


____________________
Co tam kochane? U mnie w tej chwili w sam raz.
Podobał się rozdział? Wiem, trochę taki pokręcony.
Po pojawieniu się ponad 30 komentarzy, biorę się za pisanie kolejnego rozdziału.

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Zawsze warto mieć nadzieję."

* Perspektywa Harry'ego. *


Właśnie wylądowałem w Londynie. Złapałem taksówkę i pojechałem prosto do szpitala.
Na miejscu spotkałem zapłakaną Darcy i jakiegoś chłopaka, który ją przytulał. Nie miałem pojęcia kim on jest.
Gdy tylko mnie zauważyła, Dar szybko do mnie podbiegła i objęła. Nadal płakała.
- Spokojnie Darcy. - przytuliłem mocniej ją do siebie. - Wszystko będzie dobrze.
- Ale... ona tam leży i jest nieprzytomna. - rozszlochała się jeszcze bardziej. - Ona się w ogóle nie rusza. 
- Ciiiiii.... Już dobrze. - starałem się ją pocieszyć, chociaż sam byłem zrozpaczony. - Zobaczysz, ona z tego wyjdzie. - zapewniałem ją łamiącym się głosem. - Jest silna. Da sobie radę. Ma dla kogo walczyć.
Darcy odsunęła się ode mnie i spojrzała mi w oczy.
- Tak myślisz? - spytała.
- Zawsze warto mieć nadzieję. - odparłem.
Zauważyłem lekarza.
Zaprowadziłem Dar do tamtego chłopaka. Usiadła na krzesełku, zamknęła oczy i oparła głowę o ścianę.
- Cześć, jestem Michael. - powiedział chłopak i wyciągnął do mnie rękę w geście powitania. - Szkoda, że poznajemy się w takich okolicznościach.
- Racja. - odparłem i uścisnąłem jego dłoń. - Zaopiekuj się Darcy, ja pójdę do lekarza. Może dowiem się czegoś więcej.
- Dobrze. - Mike skinął głową i odwrócił się do Dar.
Wróciłem się po walizkę, która stała na środku korytarza. Zostawiłem ją koło Darcy i Michaela, a sam poszedłem w kierunku w recepcji.
- Dzień dobry. - przywitałem się. - Jestem Harry Styles. Chciałem się dowiedzieć w jakim stanie jest Katherine Glass.
- Dzień dobry. - uśmiechnęła się do mnie młoda kobieta. - To ja do pana dzwoniłam. Proszę iść tym korytarzem, a potem skręcić w lewo. Trafi tam pan do gabinetu Dr Scotta, a on zapozna pana ze stanem pacjentki. 
- Dobrze. 
Poszedłem we wskazanym kierunku. Po chwili już pukałem do drzwi gabinetu.
Przywitał mnie lekarz w średnim wieku. Mógł mieć najwyżej 38 lat.
- Witam, jestem Dr Scott, a pan w sprawie... - spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- Harry Styles. Przyszedłem tu, bo chcę się dowiedzieć w jakim stanie jest Katherine Glass.
Przez maskę profesjonalizmu lekarza przebiło się współczucie.
- Ach tak. - westchnął. - Proszę niech pan usiądzie. Coś mi się zdaje, że to będzie długa rozmowa. Od czego by tu zacząć?
- Najlepiej od początku. - odparłem z niecierpliwiony.
- Dobrze. Jej obrażenia nie są zbyt rozległe. Tak jak już zdążyła panu powiedzieć pielęgniarka, spadła na nią jedna z samolotowych półek. Miała bardzo dużo szczęścia. - lekarz zmarszczył czoło. - Chociaż policja i straż pożarna nie rozumieją jakim sposobem znalazła się ona na podłodze. W każdym bądź razie to uratowało jej życie, a także dziewczynce, którą sobą zasłoniła. Wspomnę także o tym, że gdyby się nie znalazła na ziemi, zostałaby przebita na wylot przez drążek z półki, co z resztą stało się z zajmowanym przez nią wcześniej fotelem.
- Do rzeczy, proszę. - powiedziałem.
- Oczywiście. Oprócz licznych zadrapań i siniaków, ma wstrząśnienie mózgu, skręconą kostkę, a także poważny uraz kręgosłupa. - kontynuował cierpliwie. - Uraz jest na tyle poważny, że mogą być zagrożone funkcje motoryczne, w tym przypadku nóg.
- A nie można po prostu powiedzieć, że możliwe, że nie będzie mogła chodzić. - byłem kompletnie załamany, zmęczony i zirytowany. - Niech pan mówi po ludzku. Nie interesują mnie terminy medyczne.
- Spokojnie, panie Styles. - odparł lekarz. - Podczas operacji przekonaliśmy, że nerwy nie zostały uszkodzone. Z czego wynika, że będzie miała czucie w stopach.
- Ale nie ma pewności czy będzie chodzić?
- Tak, tu akurat nie mamy pewności, ale też prędko się o tym nie dowiemy.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie będzie mogła nadwerężyć kręgosłupa. Przez najbliższy miesiąc czy dwa nie pozostaje jej nic innego jak leżeć w łóżku. Musi odpoczywać, a ciało zregenerować. To chyba wszystko.
Zamilkł na chwilę.
- Och, bym zapomniał. Katherine była w ciąży.
- Jak to w ciąży?! - spytałem zaszokowany.
- W 2 tygodniu. Niestety dziecko nie miało szans na przeżycie, mimo iż się staraliśmy uratować oboje.
Zakryłem twarz dłońmi.
O Boże, Katherine poroniła. Kiedy ona mogła zajść w ciążę?
Czemu ja się zastanawiam. To oczywiste, że podczas imprezy u niej.
- Czy mógłbym ją zobaczyć? - spytałem.
- Oczywiście, ale ona i tak przez jakiś czas będzie nieprzytomna. Sala 32. Korytarzem w prawo.
- Dziękuję za rozmowę. - powiedziałem. - Do widzenia. - uścisnąłem dłoń lekarza i wyszedłem z gabinetu.
Stwierdziłem, że najpierw pójdę do poczekalni i zapoznam z sytuacją Darcy i Michaela.
Może uda mi się namówić dziewczynę, żeby wróciła do domu i trochę odpoczęła. W końcu już było grubo po północy.
Jednak nie było mi dane porozmawiać ze znajomymi, bo jakaś mała dziewczynka przytuliła się do moich nóg. Płakała. Za nią szły dwie kobiety. Przypuszczałem, ze to jej mama i babcia.
- Harry, to moja wina. - mamrotała. - Ona mnie zakryła.
Kucnąłem i spojrzałem na jej zapłakaną twarz. Wyglądała jakoś znajomo.
- To nie twoja wina. - powiedziałem. - Siedziałaś w samolocie obok Katherine?
- Tak. - pociągnęła nosem. - Tuż przed wypadkiem kazała mi się położyć na podłodze. Gdyby nie ona, już bym nie żyła.
- Czy my się już wcześniej spotkaliśmy, bo wyglądasz jakoś znajomo.
- Tak, byłam na podpisywaniu płyt. Jestem Rose. - powiedziała już nie płacząc.
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie i przytuliłem ją.
- Nie martw się, Rose. - szepnąłem jej do ucha. - Lekarz powiedział, że wyjdzie z tego.
- Naprawdę?
- Tak, a teraz wracaj do mamy i babci. Jedźcie do domu i trochę odpocznijcie.
- Dobrze. Do zobaczenia, Harry- odpowiedziała całując mnie w policzek.
Odsunęła się ode mnie i pobiegła do mamy.
Szkoda, że nasze dziecko nie miało szans na przeżycie. Może by to była dziewczynka, taka jak Rose?
Westchnąłem ciężko i poszedłem wyjaśnić wszystko Dar i Michaelowi.
Namówiłem ich na powrót do domu. Pożegnałem się z nimi i wyciągnąłem telefon.
Zadzwoniłem do Liama. Odebrał po dwóch sygnałach i od razu wziął na głośnomówiący.
To była dłuuuga rozmowa.
Wziąłem moją walizkę i podszedłem do recepcji.
- Mam prośbę. Czy mógłbym zostawić u pani walizkę? - spytałem.
- Oczywiście. - odebrała ode mnie walizkę, a ja skierowałem się do sali nr 32.
Gdy zobaczyłem Kath, aż coś mnie ścisnęło w sercu. Wydawała się taka krucha i  bezbronna.
Leżała na boku, tak żeby nie naciskać na ranę na plecach.
Podszedłem do niej i usiadłem na krześle.
Patrząc na nią miałem ochotę się rozpłakać. Tak bardzo się o nią bałem i nie mogłem zrobić nic by jej pomóc.
Przytuliłem policzek do jej dłoni.
- Tak bardzo się co ciebie martwiłem, Katherine. - szepnąłem. - Boże, wariowałem w samolocie.  Tak się cieszę, że żyjesz. Nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Nigdy nie byłem tak przywiązany do żadnej dziewczyny. Zawsze to był niewinny flirt. Nigdy nic poważniejszego. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo cię kocham. Gdybym mógł to zamieniłbym się z tobą miejscami, żebyś tylko nie musiała cierpieć.
Nie odstępowałem jej łóżka nawet na krok.
Byłem tak zmęczony, że nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
Obudził mnie jakiś ruch. Czyjaś ręka gładziła moje włosy. Powoli otworzyłem oczy. Gdy tylko je otworzyłem, ujrzałem piękne szaro - błękitne oczy. Myślałem, że to sen.
Ona patrzyła na mnie i delikatnie się uśmiechała.
- Katherine... - szepnąłem.
- Ciiii... - odparła. - Nic nie mów. Ja wiem. - łza spłynęła jej po policzku. - Słyszałam co do mnie mówiłeś.
Poruszyła się, ale zaraz się skrzywiła.
- Spokojnie. - powiedziałem. - Musisz odpoczywać. Nie nadwerężaj kręgosłupa.
- Mam wrażenie jakbym miała nogi z betonu. - zamknęła oczy. - Ale chce mi się spać. Głowa mnie boli.
- Śpij. - podniosłem się z krzesła żeby pójść po lekarza, ale Kath złapała mnie za rękę.
Jak na osobę, która ledwie przeżyła katastrofę lotniczą miała mocny chwyt.
- Zaczekaj. - szepnęła sennie. - Dasz mi buziaka na dobranoc? Tak dla poprawy samopoczucia rekonwalescenta? - uśmiechnęła się.
- Oczywiście. - pochyliłem się. - Dla ciebie wszystko.
Pocałowałem ją w usta. Był to długi, słodki pocałunek.
- Teraz możesz iść. - odparła ze śmiechem.
Z uśmiechem na twarzy wyszedłem ze szpitalnej sali.
Skierowałem się do gabinetu lekarza. Poinformowałem go, że Katherine odzyskała przytomność, a on mi kazał iść do domu i porządnie się wyspać, bo zaraz im tu padnę z przemęczenia.
Niechętnie zgodziłem się z lekarzem. Poszedłem po moją walizkę.
Miałem już iść w stronę wyjścia, ale zatrzymała mnie pielęgniarka. Ta sama, która do mnie dzwoniła.
- Jest u nas torebka, a także walizka panny Glass. - powiedziała. - Może chciałby je pan zabrać?
- Tak.
Poszedłem za nią do szpitalnego składzika. Tam podała mi czarną torebkę z ćwiekami i czerwoną walizkę z orientalnym wzorem.
O dziwo torebka jak i walizka były w całkiem dobrym stanie.
Podziękowałem pielęgniarce i wyszedłem z budynku szpitala. Zamówiłem taksówkę.
Po dziesięciu minutach przyjechała taksówka.
Spakowałem walizki do bagażnika i pojechałem do mojego mieszkania.
W dwadzieścia minut byłem na miejscu. Zapłaciłem za kurs i wszedłem do domu.
Wszystko było tu tak jak zostawiłem to tydzień temu.
Cóż, długo to ja w trasie nie byłem.
Zamknąłem drzwi na klucz, zostawiłem walizki na korytarzu i skierowałem się prosto do sypialni.
Tam poszedłem do łazienki i wziąłem prysznic.
Ubrałem byle jakie bokserki i położyłem się do łóżka.
Sprawdziłem, która jest godzina - 06:34.
No to jednak trochę pospałem w szpitalu.
Postanowiłem napisać smsa do chłopaków.

"Katherine odzyskała przytomność, ale nadal jest osłabiona. 
Dobra, ja idę spać. Cześć. :)"

Odłożyłem telefon na półkę nocną. Przyłożyłem głowę do poduszki i zasnąłem.


_____________
Spodobał się rozdział?
Dedykuję go Kasi z fbl liampaynee, która ma dziś urodziny. Sto lat. :*:*:*
No cóż skoro daliście radę dodać ponad 20 komentów, to dacie i 30.


Buziaki. :*

~ unromanticgirl

czwartek, 9 sierpnia 2012

Szybkie decyzje.

* Perspektywa Katherine. *


* Pięć godzin wcześniej*

Rose Baringhton (6 lat) - dziewczynka z samolotu.
Pozostała godzina do lądowania. Rose, która siedziała obok mnie, radośnie szczebiotała, jak to się cieszy, że mnie poznała.
Starałam się uśmiechać, ale niezbyt mi się to udawało. To co się wydarzyło u rodziców wprawiało mnie w przygnębienie. Wiem, że nie byłam do końca fair, ale matka miała mi zbyt wiele do zarzucenia przez ostatni rok.
Westchnęłam. Postanowiłam skupić się na tym co mówiła Rose.
- ... dlatego właśnie lecę z mamą i babcią do domu. - tłumaczyła.
- Ach, tak. - odparłam. - To skąd jesteś?
- Mieszkam w Londynie, tak jak ty.
- A skąd wiesz gdzie mieszkam? - uśmiechnęłam się do niej.
- No jak to skąd? - oburzyła się. - Przecież jesteś dziewczyną Harry'ego. Wiesz, ja jestem wielką fanką One Direction.
Zaśmiałam się.
- No co?! - pochyliła się do mnie konspiracyjnie. - Nikomu tego nie mów, ale uważam, że Harry jest absolutnie całuśny.
Pokręciłam głową ze śmiechem. Małe dzieci bywają takie zabawne.
- Ja też tak uważam. - i mimowolnie zrobiło mi się trochę smutno.
- Dlaczego jesteś smutna? - spytała Rose.
- Tęsknię za Harrym i chłopakami. - zmieniłam temat. - Byłaś na ich koncercie?
- Niestety nie miałam okazji, ale byłam na podpisywaniu płyt i mam z nimi zdjęcie. No i Liam mnie wtedy przytulił. - wyszczerzyła się do mnie. - A Harry powiedział, ze mam ładne loczki.
- Tak, ma on do nich słabość. - przyznałam.
Jeszcze chwile gadałyśmy o włosach, potem podeszła do nas stewardessa spytała nas czy czegoś nas nie potrzeba. Wzięłam orzeszki ziemne i podzieliłam się nimi z Rose.
Zastanawiałam się co robi teraz Harry.
Zważając na to, że znajdujemy się już w londyńskiej strefie czasowej...
Wyjęłam telefon z torebki i sprawdziłam zegarek. Dochodziła jedenasta. No to u nich jest prawie dwudziesta druga.
Czyli są gdzieś tak w połowie ostatniego koncertu.
Nie wiem kiedy, ale w pewnym momencie zasnęłam. Niestety to był niespokojny sen.
Czułam, że coś jest nie tak.
Przebudziłam się i rozejrzałam się dookoła. Wszyscy siedzieli spokojnie. Czytali gazety, słuchali muzykę lub spali.
Rose, tak ja wcześniej, drzemała na fotelu.
Byliśmy już prawie nad lotniskiem.
Nie wiedziałam co się dzieje, ale intuicja podpowiadała mi, że zaraz się coś wydarzy.
Jakby wiedziona tą myślą, spojrzałam na okno.
To co zobaczyłam napawało mnie strachem.
Silnik samolotu płonął.
Zastanawiałam się co robić, ale miałam kompletną pustkę w głowie.
Zawołałam stewardessę.
Gdy do mnie podeszła, żeby nie wywoływać paniki, wskazałam jej tylko ręką na okno.
Zakryła usta dłonią i szybko poszła do kokpitu.
Nadal patrzyłam w okno.
Co prawda po tej akcji z Igorem, kiedy to prawie mnie zgwałcił, próbowałam się zabić, ale teraz...
Nie miałam powodu do umierania. To jeszcze nie mój czas, do cholery.
- Tu pilot Christopher Harder. Powstała awaria, jeden z silników samolotu płonie. Nie znamy przyczyny awarii, ale spróbujemy bezpiecznie wylądować na lotnisku. Prosimy o zachowanie spokoju i zapięcie pasów.
Tak jak już w życiu bywa. Ludzie robią całkowicie co innego niż im się mówi.
Wszyscy wpadli w panikę. Zapanował kompletny chaos.
Rose, już rozbudzona, trzęsła się ze strachu.
Przytuliłam ją delikatnie.
- Spokojnie Rose. Na pewno bezpiecznie wylądujemy.
- Tak myślisz? - spytała, a dolna warga jej drżała.
- Tak. - dziewczynka rozpłakała się. - Ciiiiiiiii... Już dobrze. Przeżyjemy, zobaczysz.
Ale kiedy silnik wybuchł, nie miałam już takiej pewności.
Jeszcze raz wyjrzałam przez okno, przy okazji zasłaniając widok zapłakanej sześciolatce.
Teraz sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale... nie wiem co by było gdybym o tym nie pomyślała.
- Rose rozepnij pasy, proszę.
- Ale pilot kazał zapiąć...
- To nic. - przerwałam jej. - Połóż się na podłodze razem z misiem i moją torebką.
Jeszcze chwile się wahała, a potem rozpięła pasy. Ja także tak zrobiłam.
Położyłam na podłodze torebkę, a Rose na niej misia. Następnie sama się na nim położyła.
Zaraz po niej zrobiłam to samo, tyle że ja przykryłam ją sobą.
Nawet nie wiem, kiedy zamknęłam oczy.
To co się potem działo było istną kakofonią dźwięków i błysków.
Mocno przytuliłam Rose do siebie. Czułam jak się trzęsła.
Ludzie krzyczeli. Wiedziałam że samolot się rozbił.
W pewnym momencie coś runęło prosto na mnie.
Poczułam niewysłowiony ból. Mimowolnie jęknęłam.
Miałam trudności z oddychaniem.
Ledwie mogłam się ruszam.
Otworzyłam powoli oczy.
Byłam przerażona tym, co zobaczyłam.
Wszędzie krew, połamane półki i walające się bagaże.
Obróciłam głowę żeby spojrzeć na nasz fotel.
Był dosłownie w kawałkach, a przez oparcie mojego fotela przechodził metalowy drążek z półki.
Miałam szczęście.
- Rose? Nic ci nie jest? - spytałam drżącym głosem.
- Wszystko w porządku. - odparła.
Poruszyłam się, żeby zbyt mocno nie przygniatać Rose.
Aż krzyknęłam z bólu. Poczułam jak jakaś deska wbiła mi się głęboko w plecy.
Krew wsiąkała w moją bluzkę.
Przelotnie pomyślałam o tym, jaką idiotką jestem, bo zdjęłam skórzaną kurtkę i jej wcześniej z powrotem nie nałożyłam.
Starałam się jasno myśleć, ale z trudem mi to przychodziło.
Nadal słyszałam jęki innych, ale także syreny.
Czułam, że gdzieś niedaleko nas coś płonie.
Znów próbowałam otworzyć oczy, ale nie miałam już siły.
Miałam wrażenie, że zapadałam się w czarną dziurę, a wszystkie dźwięki zaczęły cichnąć.
Ostatnie co pomyślałam, zanim straciłam przytomność, to to jak bardzo kocham Harry'ego.
Potem była już tylko ciemność.

Miałam jeszcze chwilowe przebłyski świadomości.

Ktoś coś do mnie mówił, ale nie rozróżniałam słów.

Jakieś światło mrugało nade mną, ale ja chciałam tylko zasnąć.

Znów ktoś coś mówił.

Potem nie wiem co się działo, bo straciłam przytomność i już jej nie odzyskałam.


_____________________
Wiem, bardzo was zaskoczyłam poprzednim rozdziałem i jestem z tego zadowolona. :P
Ten rozdział ukazuje wypadek od nieco innej strony.
Mam nadzieję, że się podoba.
Kolejny zacznę pisać jak znajdę czas.
Ale dodam go dopiero kiedy pojawi się ponad 20 komentarzy od was.
Wiem, że stać was na to.

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Samolot.

*Perspektywa Harry'ego*

Siedziałem na kanapie w garderobie popijając pepsi ze szklanki i zastanawiałem się, co teraz robi Katherine.
Pewnie śpi.
Dostałem powiadomienie na Twitterze.
Uśmiechnąłem się. Kath.
Lecz po przeczytaniu jej wpisu zmarszczyłem czoło.
Dlaczego tak szybko wraca do Londynu? Przecież miała być w Polsce przez dwa tygodnie. Dziwne.
Miałem jakieś  niejasne uczucie, że coś się dziś wydarzy i to niekoniecznie dobrego.
Zamyśliłem się.
Po chwili do pomieszczenia wszedł Zayn.
- Co tak siedzisz? - spytał. - Zaraz wychodzimy na scenę. Ruchy, ruchy.
- Chwila. - odparłem.
Wstałem z kanapy i przeciągnąłem się.
Po chwili pojawiła się reszta zespołu i razem wyszliśmy na scenę.

~ * ~ 

Koncert można zaliczyć do jak najbardziej udanych.
Zadowoleni z siebie, ale i zmęczeni pojechaliśmy  do hotelu.
Gdy byliśmy na miejscu, poszliśmy do windy, która zawiozła nas na 4 piętro.
Po chwili byliśmy już w naszym apartamencie.
Klapnąłem na kanapę razem  z Lou i Niallem.
- To co robimy? - spytał Louis.
- Może pooglądamy telewizję? - zaproponował Liam.
- I zamówimy coś do jedzenia? - dodał Niall. - Jestem głodny.
Zayn poszedł zamówić coś do jedzenia, a Loui włączył TV i zaczął skakać po kanałach.
- Weź cofnij. - powiedział Liam. - Są wiadomości.
- "Na londyńskim lotnisku miała miejsce katastrofa lotnicza. Boeing 777 linii British Lane rozbił się tuż przed progiem pasa startowego podczas lądowania na lotnisku Heathrow, po ponad czterogodzinnej podróży z Polski. Spośród 152 osób znajdujących się na pokładzie (136 pasażerów i 16 osób załogi) 95 osób zginęło, a 57 pasażerów jest rannych, w tym 13 w stanie krytycznym..." - mówiła spikerka.
Więcej już nie słuchałem. Byłem przerażony.
Czy ona leciała tym samolotem? Oby nie.
- Harry, co ty tak zbladłeś? - spytał Zayn.
Patrzyłem przed siebie próbując wykrztusić odpowiedź przez ściśnięte gardło.
- Katherine napisała na Twitterze, że wraca do Londynu. Ona... ona mogła lecieć tym samolotem. - wyszeptałem ledwie panując nad emocjami.
- Jesteś pewny? - spytał zaniepokojony Lou. - Może nie tym samolotem poleciała.
- Nie wiem. - powiedziałem głosem wypranym z emocji. - Ale za nic nie mogę jej stracić.
- Spokojnie. - Liam poklepał mnie po ramieniu. - Na pewno jest cała i zdrowa.
- Tak myślisz? - spojrzałem na niego. 
- Tak myślę.
Poczułem wibracje w kieszeni. Wyjąłem telefon i sprawdziłem wyświetlacz.
- Jakiś nieznany numer.  - powiedziałem zrywając się z kanapy. - Halo?
- Jestem Jane Lynch, pielęgniarka ze szpitala świętej Elżbiety. Dzwonię w sprawie Katherine Margaret Torence Glass. Pan to jak mniemam Harry Styles?
- Tak. - wyszeptałem.
- Według jej książeczki zdrowotnej, w razie wypadku, w pierwszej kolejności mamy zadzwonić do pana.
- Co z nią? Czy ona... czy ona żyje?
- Tak, ale jest poważnie ranna. Jest jedną z osób, które przeżyły katastrofę lotniczą.
- Słyszałem o tym. W jakim jest stanie?
- Aktualnie jest operowana. Miała dużo szczęścia, że przeżyła. Niestety półka na bagaże, która znajdowała się nad nią, roztrzaskała się na kawałki i jeden z nich wbił się w kręgosłup. Na razie nie ma pewności czy będzie miała czucie w nogach, czy też będzie chodzić.
- O Boże. - powiedziałem zakrywając twarz. - Ale są szanse, że wyjdzie z tego?
- Znikome. - odparła. - Ale owszem są.
- Dziękuję za informacje. - westchnąłem ciężko. - Nie ma mnie teraz w kraju, ale postaram się jak najszybciej wrócić. Czy mogłaby pani do mnie zadzwonić, jak już Katherine będzie po operacji.
- Oczywiście. - zamilkła na chwilę. - Proszę się zanadto nie martwić, panie Styles, to silna dziewczyna. Powinna wyzdrowieć.
- Mam taką nadzieję. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.
- Do widzenia. - odpowiedziała i rozłączyła się.
Miałem wrażenie, że świat wali mi się na głowę. Strasznie bałem się o nią. Tak niedawno ją poznałem, a już zawojowała moje serce.
Żadna z moich byłych dziewczyn, nie była dla mnie tak ważna jak ona.
Powoli usiadłem na kanapie, zamknąłem oczy i oparłem głowę o zagłówek.
Wiedziałem, że chłopaki z urywków rozmowy zrozumieli co się stało.
- Co zamierzasz zrobić? - spytał Lou.
- Nie mam pojęcia. Chciałbym jak najszybciej wrócić do Londynu, ale nie mogę od tak po prostu olać trasę.
- Powiedz mi szczerze. Co jest dla ciebie ważniejsze? - spytał Zayn. - Koncerty, sława i fani czy dziewczyna, którą kochasz, i która teraz cię bardziej potrzebuje niż my?
- Oczywiście, że Kath, ale co na to powie Paul. Przez ze mnie będzie musiał odwołać koncerty.
- O to się nie martw. - powiedział Niall. -  Zawsze, któryś z nas może zaśpiewać twoje kwestie. Poza tym fanki to zrozumieją.
- Niall ma rację. - stwierdził Liam.
- Naprawdę? - blondasek zrobił zaskoczoną minę.
- Tak, ale wracając do tematu rozmowy. Powinieneś wrócić do Londynu i zaopiekować się Katherine.
- My damy sobie radę. - dodał Lou, a reszta przytaknęła.
- No dobrze to ja idę zabukować sobie bilet do domu. Mógłby, któryś z was... - spojrzałem na otwierające się drzwi. - O wilku mowa. Paul, jest taka sprawa. Muszę koniecznie wrócić do Anglii.
- Tak, wiem. Słyszałem o tym wypadku. - skinął głową. - Leć do niej. Spotkałem ją tylko jeden raz na lotnisku, ale wiem, że to wyjątkowa dziewczyna. Masz moje pozwolenie.
- Dzięki. - odparłem i poszedłem do sypialni, którą dzieliłem z Lou.
Wyjąłem walizkę z szafy i zacząłem pakować do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Potem włączyłem laptopa i zabukowałem bilet do Londynu. Miałem farta, ostatni bilet na dzisiejszy lot.
Miałem jeszcze 2 godziny do odprawy, dlatego postanowiłem wziąć prysznic.
Lekko zrelaksowany poszedłem się ubrać. Ubrany w to <klik>, nałożyłem czarne conversy i wyszedłem z pokoju ciągnąc walizkę.
Usiadłem jeszcze chwilę w salonie i zjadłem kawałek pizzy.
Cały czas zastanawiałem się, co teraz będzie. Martwiłem się o nią.
Spojrzałem na zegarek.
Pora się zbierać.
Wstałem z kanapy.
- Zadzwoń jak będziesz na miejscu. - powiedział Louis.
- I jak będziesz wiedział coś więcej. - dodał Liam.
- Dobrze. - odparłem.
Zabrałem walizkę i zjechałem windą na parter. Wsiadłem do pierwszej taksówki jaka się zatrzymała. Po 25 minutach byłem na lotnisku. Przeszedłem przez odprawę i już byłem w samolocie.
Teraz tylko dziesięć godzin lotu i w końcu dowiem się, co tak naprawdę się wydarzyło.
Błagam Katherine, trzymaj się. Nie mogę cię teraz tak po prostu stracić.

__________________
Długo przeze mnie oczekiwany rozdział jest.
Wiem, dość zaskakujący obrót sytuacji.
Mama nadzieję, że wam się spodobał.

Buziaki. :*

~ unromanticgirl

środa, 1 sierpnia 2012

Wielkanoc i kolejna kłótnia z mamą.

Rano obudził mnie jakiś ciężar przygniatający mnie.
Na wpół śpiąca pomyślałam, że to Harry, ale wtedy uświadomiłam sobie, że on jest w Australii.
Poczułam coś miękkiego.
Jęknęłam.
- Baxter, złaź ze mnie. - mruknęłam. - Nie dobry pies.
Zaskamlał.
- Powiedziałam, złaź ze mnie. - trącił mnie nosem. - Ale z ciebie pieszczoch.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
Moje groźne spojrzenie było skuteczne. Chociaż nie zszedł z łóżka, to przynajmniej już nie leżał na mnie.
Leżałam sobie, bo i tak wiedziałam, że już i tak nie zasnę.
Rozejrzałam się za moim telefonem, ale jakoś go nie widziałam.
- Baxter, szukaj telefon. - szczeknął zeskoczył z łóżka. - Ale nie łaź po mnie. - jęknęłam.
No cóż psy bywają bardzo pożyteczne.
Chwilę później przydreptał do mnie z moją torebką w zębach.
- Dziękuję.
Otworzyłam torebkę i wyjęłam z niej telefon. Sprawdziłam godzinę - 04:53.
To się wyspałam. Jednak jeszcze funkcjonuję zgodnie z angielską strefą czasową, bo padam na nos.
Zwlekłam się z łóżka i wypuściłam psa na dwór, a sama poszłam wziąć prysznic. Po 15 minutach wyszłam z łazienki się ubrać i zrobić makijaż. Rozczesałam moje długie loki i upięłam je z boku.
Ubrana w to <klik> zeszłam na dół i czekałam na resztę rodziny.
Zajrzałam na Twittera, bo dawno tego nie robiłam.

TT: Happy Easter everyone. :)


Pięć minut później pojawiła się reszta.
Pojechaliśmy na rezurekcje.
Taka sielska atmosfera trwała do chwili aż zadzwonił mój telefon.


"I can't believe I had to see,
 The girl of my dreams cheating on me...".

A ten co znowu chce? Już mu przeszło.
- Halo?
- Cześć Katherine. Błagam, nie rozłączaj się.
- Nie miałam takiego zamiaru. Chciałeś coś?
- Chciałem... chciałem przeprosić za moje zachowanie wtedy. Ja wiem, że przyjaciel nie powinien się tak zachowywać, ale trochę mnie poniosło.
- Trochę? To mało powiedziane.
- Wiem, dlatego naprawdę cię przepraszam. - westchnął. - Skoro jesteś z nim szczęśliwa, to muszę dać za wygraną. Szczęściarz z niego.
Zaśmiałam się.
- Schlebiasz mi, ale mnie to nie rusza. Jednak wybaczam ci, ale więcej nie zawiedź mnie.
Pogadałam z nim jeszcze jakieś 5 minut i rozłączyłam się.
Mama od razu przystąpiła do ataku.
- Nawet w święta nie potrafisz wytrzymać bez telefonu? - warknęła.
- A czy ja się ciebie czepiam jak wisisz przy telefonie przez pół dnia?! Nie! Więc odwal się od tego co ja robię. - krzyknęłam na  nią.
Reszta towarzystwa, w składzie: papa, Alan i Gabbe, przyglądali się nam z uwagą, jakby oglądali co najmniej mecz piłki nożnej.
- Przestań do mnie chawkać! Jestem twoją matką, do cholery!
- To się zachowuj jak matka, a nie jak jakaś obca baba, której nie odpowiada moje towarzystwo!
Zaskoczyłam ją totalnie.
- To wszystko wina tego twojego chłoptasia!
- Nie mieszaj w to Harry'ego! On nie ma z tym nic wspólnego i ty dobrze o tym wiesz. Przyznaj się nigdy mnie nie kochałaś i zawsze robiłaś jakiś problem.
- Jak ty się do mnie wyrażasz!
- Wiesz co? Mam cię dość. Tych twoich wrzasków, pisków i gadania, jaką to niewdzięczną córką jestem. Bukuje i bilet i wracam do domu. Mam to gdzieś. To już nie jest mój dom! - krzyknęłam i poszłam do swojego pokoju.
Włączyłam laptopa i zabukowałam bilet na lot do Londynu na jutro rano.
Przebrałam się w to <klik>, naszykowałam czarną skórzaną kurtkę i związałam włosy w koński ogon.
Spakowałam walizkę i poszłam do piwnicy po tekturowe pudła.
Pakowałam wszystkie rzeczy jakie były w pokoju. Potem adresowałam je do siebie.
Do pokoju wszedł Gabriel.
- Na serio wyjeżdżasz? - spytał smutno.
- Tak, ale zawsze możesz do mnie przyjechać. - otarłam łzy. - Dziś i jutro nie ma szans, żebym to wszystko wysłała. Wysłałbyś to we wtorek? Zostawiłabym ci kasę na nadanie paczek.
- Spoko siostra, nie ma sprawy.
- Dzięki.
- Kiedy masz samolot?
- O 04:30 rano.
- To zaraz pewnie będziesz jechać?
- No. - podeszłam do niego i go mocno uściskałam. - Będzie mi ciebie brakować, Gibby.
- Wzajemnie.
Gabriel zniósł mi walizkę i torbę na dół i zaniósł do samochodu, a ja poszłam się pożegnać z tatą i Alanem.
Niestety papa był w kuchni z mamą. Znowu coś zaczęła psioczyć pod nosem.
- Co powiedziałaś? - spytałam groźnie.
- Wolałam kiedy chodziłaś z Igorem, wtedy nie byłaś taka pyskata.
- Och, to Igorek był dla mnie idealnym facetem?
- Tak. - odparła pewna swego.
- To uwierz, że ten twój "idealny zięć" prawie mnie zgwałcił. Gdyby nie Alan byłabym kolejną ofiarą gwałtu. Nadal jest idealny?
Na ich twarzach malował się szok. Tylko twarz Ala wyrażała ledwie hamowany gniew.
- Żegnam. - powiedziałam i poszłam do auta.
Droga do Warszawy zajęła mi jakieś 6 godzin. Zostawiłam BMW u ciotki i pojechałam na Okęcie.
Czekając na samolot zajrzałam na Photobloga i Twittera.

"Tak już w życiu bywa, że najbliżsi nam ludzie okazują się naszymi największymi wrogami.
A miały to być udane święta.
Jak zwykle. Takie moje szczęście.
Obecnie siedzę na lotnisku i czekam na samolot.
Wracam do Londynu.
Szkoda, że nie ma tam chłopaków, byłoby o wiele weselej, ale nie zawsze mamy to co chcemy.
Trudno, jakoś przeżyje.
Życzę wam bardzo mokrego dyngusa.
Buziaki. :*"

TT: I can't wait back home. I love London, my home, my heart. :)

- Osoby lecące do Londynu, proszone są do hali odlotów. - usłyszałam.
Wzięłam torebkę i ruszyłam wraz z setką innych osób czekających na ten sam lot.
Po chwili siedziałam wygodnie w samolocie, a obok mnie siedziała słodka sześciolatka.
Wyjrzałam przez okno. Tylko 4 godzin lotu i już będę w domu.
Z taką motywacją czekałam aż wystartujemy.

___________
Co tam kochane? Podoba się rozdział?
Dłuuugo czekałam na ten moment. :D
Piszcie co o nim sądzicie.

Buziaki. :*

~ unromanticgirl