piątek, 2 maja 2014

Czas wziąć sprawy w swoje ręce.

W życiu człowieka przychodzi taki moment, że kiedy nie jest w stanie zająć się własnymi problemami, woli wziąć się za cudze. Dla mnie też nadszedł taki moment. Otóż, wiecie jak bardzo drażni mnie to, że moi najlepsi przyjaciele ze sobą nie rozmawiają, dlatego też postanowiłam zrobić coś, co prawdopodobnie sprawi, że znów będą ze sobą rozmawiać i może nawet przyjaźnić.
Stąd też, tak radykalne środki.
Dzisiaj w fundacji "organizowaliśmy" dzień artystyczny, a jako że Darcy jest malarką, a Ed muzykiem, postanowiłam ich oboje zaprosić, nie mówiąc, że drugie się pojawi.
Sheeran oczywiście przystał na taką propozycję, bo lubi współpracować z fundacją, a granie z dzieciakami, to jak sam ciągle powtarza "wielka frajda".
Nasza droga panna Spencer miała trochę obiekcji co do tego. Powiedzmy sobie szczerze, Darcy nie przepada za dziećmi i z własnej woli raczej z nimi nie będzie siedzieć, także pomogła tu dopiero duża doza perswazji (Okey, okey, obiecałam jej nowe płótna i że zabiorę ją potem na duży obiad.).
Właśnie jechałyśmy z Dar do fundacji, Ed wysłał mi SMS'a, że już tam jest. Miałam ogromną nadzieję, że mój plan wypali, inaczej w najgorszym przypadku Darcy mnie zabije albo przestanie się odzywać, a Ed raczej nie będzie na mnie zły za to. Tak myślę.
- To w sumie co ja mam tam robić? - spytała moja przyjaciółka, wciąż niezbyt zachwycona, że bierze w tym udział.
- Malować, pomagać dzieciom w malowaniu i tak dalej.
- Ale ty jesteś konkretna.
- Sorry, ale to ty znasz się na tym, a nie ja.
- Robię to tylko dla ciebie. - mruknęła.
- A nie dla płócien i obiadu? - zaśmiałam się.
- Oj, cicho. - uśmiechnęła się delikatnie.
Chwilę później już byłyśmy na miejscu.
- To do której sali idziemy?
- Do... - sprawdziłam na telefonie jaką salę podałam Edowi. - Do piątki na drugim piętrze.
- Okey, miejmy już to z głowy. - odparła zniecierpliwiona. - Ale wisisz mi naprawdę wielki obiad.
- A zmieścisz go?
- Stawiasz wyzwanie mojemu żołądkowi? To już przegrałaś.
- Kobieta powinna jeść jak ptaszyna.
- Kiedy to było... w średniowieczu? Chociaż nie, wtedy wszyscy jedli jak prosiaki, także bardziej to pasuje do angielskiego okresu regencji i tych damulek z dobrego domu.
- Mama cię dobrze wychowała, także też jesteś panną z dobrego domu.
- To nie ma żadnego związku. Powiedzmy sobie szczerze, lubię jeść i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.
- Doskonale to wiem. - zaśmiałam się. - To ta sala. - wskazałam na drzwi naprzeciwko. - Idź, ja cię dogonię.
- Nie idziesz? - spytała zdziwiona.
- Idę, idę, ale najpierw muszę zajrzeć do pani Stenton, bo zapomniałam wczoraj podpisać jakieś dokumenty.
- Rozumiem, ale nie możesz zrobić tego później?
- Nie, a dzieci cię nie zjedzą, także spokojnie. Idź już. - pchnęłam ją lekko w plecy. - Zaraz przyjdę.
- Okey, ale pospiesz się, bo może mnie nie zjedzą, ale zostawienie mnie samej z gromadką dzieci, to nie najlepszy pomysł. - widziałam obawę w jej oczach.
Gdyby tylko znała prawdę...
- Nie martw się, to zajmie dosłownie chwilę i zaraz wracam. - odwróciłam się plecami i skręciłam w boczny korytarz.
Wyjrzałam z zza rogu, Darcy szła z lekkim oporem do sali. Przed drzwiami zatrzymała się wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Mając wciąż zamknięte oczy nacisnęła klamkę i weszła do sali. Po chwili drzwi się za nią zamknęły i miałam dosłownie minutę, zanim się zorientuje, co się tam dzieje.
Szybko podbiegłam do drzwi, wyciągnęłam klucz z kieszeni, włożyłam w zamek i przekręciłam go. Chwilę później usłyszałam walenie w drzwi.
- Ty podstępna żmijo! Wrobiłaś mnie! Wypuść mnie natychmiast! - waliła w drzwi wściekła Darcy.
- Nie, dopóki wszystkiego sobie nie wyjaśnicie.
- Do tego nigdy niedojdzie! Zadzwonię do Zayna i on mnie stąd uwolni!
- Nie masz telefonu.
- A właśnie, że mam! Mam go w...
- W torebce, ale twoja torebka jest w moim samochodzie.
- To jemu zabiorę telefon!
- Hmm... zostawiłem telefon w swojej szafce w szatni. - usłyszałam przytłumiony głos Eda, dochodzący z końca sali.
- TY IMBECYLU!!! JAK MOGŁEŚ NIE WZIĄĆ TELEFONU?! KTO W XXI WIEKU NIE MA PRZY SOBIE TELEFONU?! KATHERINE, JUŻ JESTEŚ MARTWA! NIECH TYLKO STĄD WYJDĘ, A URWĘ CI TĄ CHOLERNĄ GŁOWĘ! KURWA! - Darcy wrzeszczała jak opętana.
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego się tak wścieka. Minęło tyle czasu, że mogliby w końcu oczyścić atmosferę między sobą.
Zrobiłam co mogłam. Teraz tylko od nich zależy jak długo będą tu siedzieć.

* Perspektywa Darcy. *

Nie no, w tej chwili mam ochotę zabić moją "najlepszą" przyjaciółkę. No kurwa, jaka przyjaciółka robi coś takiego.
- Co jej kurwa, odjebało żeby tak robić? - odgarnęłam włosy z twarzy. - Jak mogła MI zrobić coś takiego?- byłam naprawdę ściekła.
- Na pewno chciała dobrze... - mruknął Ed.
- Zamknij się! - krzyknęłam. - To wszystko twoja wina! Pewnie to ty to wszystko ukartowałeś, a Kath jak zwykle pieprzona zbawczyni uciśnionych musi się we wszystko wpierdalać.
- Nie miałem z tym nic wspólnego. - odparł spokojnie. - Zaprosiła mnie tu, bo niby organizowali tu dzień artystyczny dla dzieci i chętnie się zgodziłem, a kiedy tu przyszedłem, nikogo nie było.
- Cholera, wrobiła nas, ale czego ona chce? - uspokoiłam się trochę i usiadłam opierając się o drzwi.
- Zważywszy, że zamknęła akurat naszą dwójkę, to przypuszczam, że chce żebyśmy się pogodzili.
- To ona ma cholerny problem, bo ja nie mam zamiaru dawać jej tej satysfakcji.
- Tak ciężko jest ci ze mną porozmawiać? - spytał smutno.
- Wiesz co? Gdybym miała pistolet, w którym byłyby tylko dwa naboje, a w tej sali byliby jeszcze Hitler i Bin Laden, to strzeliłabym do ciebie. Dwa razy.
- Hmm... - odchrząknął. - Widzę, że postawiłaś sprawę dość jasno.
- Tak.
- I nie masz zamiaru się ze mną godzić.
- Tak.
- Mimo, że męczy cię cholernie ta sytuacja.
- Tak... Ta sytuacja wcale mnie nie męczy! Po prostu mnie wkurwiasz samym byciem tu.
- Co ja ci takiego zrobiłem?
- Przespałeś się ze mną, a potem wywaliłeś jak zużytą chusteczkę albo raczej prezerwatywę.
- I będziesz to tak roztrząsać do końca życia, bo zachowałem się jak palant, wyjątkowo mało inteligentny, który powiedział coś czego żałuje do dzisiaj. Rozumiem cię, wiem że wciąż cię to boli, tak jak ja każdego dnia próbuję sobie wybaczyć to, jak cię potraktowałem, ale nie umiem, bo ty mi nie chcesz wybaczyć. Jak mam sobie przebaczyć, kiedy kobieta, na której zależy mi jak na żadnej innej, nie potrafi tego zrobić. Co mogę jeszcze powiedzieć? Przepraszam? To słowo ma zbyt słaby wydźwięk, nie jest w stanie opisać tego jak bardzo jest mi przykro, jak bardzo chciałbym ci wynagrodzić cały ból, którego przyczyną byłem ja.
Zatkało mnie. Nie wiedziałam, że tak to go męczy. W sumie miał trochę racji, bo mnie też to męczyło, ale nie wiedziałam, że jego aż tak bardzo. O ile mi wiadomo, Ed nie miał nikogo odkąd ze sobą zerwaliśmy, a ja mam Zayna.
Zayn, moje światełko w tunelu, nadzieja, że nie wszyscy faceci to skurwiele. Zayn był idealny, czasami zbyt idealny. Zawsze na pierwszym miejscu ma moje dobre samopoczucie i cierpliwie znosi moje złe humory. Poza tym potrafi skutecznie odwracać uwagę. Oczywiście zdarza nam się pokłócić, ale nigdy to nie jest nic poważnego.
Mój związek z Edem był nieco bardziej burzliwy. Owszem Sheeran jest słodki i bardzo romantyczny, ale nie boi się wyrazić własnego zdania, przez co często się kłóciliśmy i to całkiem na poważnie. Wiecie, rzeczy latały w powietrzu (głównie przeze mnie, bo Ed się nie odważył), wrzaski, że aż cała przecznica nas słyszy... taki trochę męczący związek dwojga ludzi, którzy są kompletnymi przeciwieństwami. Jednak to nie przeszkadzało nam w spotykaniu się. Naiwna siedemnastolatka, po uszy zakochana w dwudziestoletnim facecie, który cudownie śpiewa i gra na gitarze... Och, i te dłonie... Matko, Darcy! Ogarnij się!
A teraz zobaczyłam to z jego perspektywy i nie czułam się z tym lepiej.
- Ed ja... - zaczęłam.
- Nie wymagam od ciebie żebyś zaraz ze mną się przyjaźniła czy coś, bo nie mam do tego prawa, a nawet śmiałości, żeby cię o to prosić, ale czy mogłabyś mi chociaż przebaczyć? Dać temu odejść? Chcę iść do przodu, ale ta jedna sprawa nie daje mi spokoju. Możesz chociaż spróbować?
Westchnęłam ciężko, wstałam z podłogi, podeszłam do Sheeran'a i usiadłam obok niego.
- Beznadziejna sytuacja. - mruknęłam.
- Aż za bardzo. - odparł, po czym wyjął gitarę z futerału i zaczął na niej brzdąkać.
Po chwili usłyszałam pierwsze akordy "Cold Coffee".


Czułam łzy pod powiekami. To była nasza piosenka. Czasami kiedy się pokłóciliśmy, brał gitarę, siadał obok mnie i cicho śpiewał do mojego ucha "Cold Coffee". Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Wszystkie wspomnienie powróciły. Wspólne wieczory spędzone w jego mieszkaniu na kanapie przed telewizorem, Ed gotujący kolacje, ja rysująca Eda podczas gry na gitarze... to wszystko sprawiło, że rozpłakałam się na dobre.
Potem, sama nie wiem jak to się stało, siedziałam na kolanach Eda, a on mnie ściśle obejmował. Całowaliśmy się. Znacie to uczucie, kiedy ogarnia was błogi spokój, a jednocześnie przemożne pragnienie, graniczące z obsesją? To właśnie czułam, jakbym przebudziła się z długiego snu. Tylko... jak to możliwe? Co on miał takiego w sobie, że moje ciało nie potrafiło mu się oprzeć?
- Nie powinniśmy... - mruknął Ed, odsuwając się. 
- Zamknij się i całuj mnie. - odparłam, przyciągając jego twarz do swojej.

* Perspektywa Katherine. *

Szczerze, to trochę się martwiłam co wyniknie z tej konfrontacji. Wiem, że Darcy jest ciężko przekonać do zmiany zdania, także jak się uprze, to nic jej nie ruszy. Z drugiej strony, Ed łatwo się nie poddaje. Prawdopodobnie jest to jedyna osoba, która może ją przekonać.
Minęła prawie godzina odkąd zamknęłam Darcy z Edem. Właśnie szłam sprawdzić jak im idzie, ale pierwsze co zauważyłam, gdy weszłam na korytarz na drugim piętrze, to to, że jest cicho. Zbyt cicho.
Szybko podeszłam do drzwi, przekręciłam klucz w zamku i otworzyłam drzwi.
To co zobaczyłam, kompletnie mnie zamurowało.
Oni się obściskiwali! I to tak konkretnie!!!
Czekaj.
CZY ON WŁOŻYŁ JEJ RĘKĘ POD SPODNIE?!
- O MÓJ BOŻE!!! - krzyknęłam.
Jak na zawołanie, oboje się odwrócili w moją stronę.
- Czy ja wam w czymś nie przeszkadzam? - splotłam ręce na piersiach.
Ed chrząknął i podrapał się po karku, a Darcy jedynie uniosła brwi.
- Chciałam tylko żebyście się pogodzili, a nie robili cokolwiek wy tam robiliście.
- Jak widzisz, troszkę opacznie cię zrozumieliśmy. To się zdarza jak ktoś nie wyraża się wprost. - skomentowała Darcy.
- To i tak tego nie tłumaczy!
- "Tego"? Och Katherine, nie bądź taka nieśmiała i święcie oburzona. Przyznajmy sobie szczerze, robiłaś gorsze rzeczy. I nazywaj rzeczy po imieniu. Palcówka, Kath. To nic strasznego. - zakończyła niemal szeptem, po czym zaśmiała się głośno.
- A chociaż przez chwilę pomyślałaś o tym, co się stanie jak Zayn się dowie?
- A kto powiedział, że się dowie?
- Ja nie mam zamiaru cię z tym kryć. Jak mnie spyta wprost, to powiem mu prawdę.
- Dziewczyny... - wtrąci się Ed.
- Zamknij się! - krzyknęłyśmy jednocześnie.
- Okeey. - uniósł dłonie w geście poddania.
- Co wyście sobie myśleli?! - krzyknęłam.
- Nic. W takich momentach się nie myśli, tylko czuje. - odparła nonszalancko Darcy.
- Darcy, nie wkurwiaj mnie!
- Ja cię wkurwiam?! No sorry, ale to nie ja się wszędzie wpierdalam i użalam się nad sobą, bo facet mnie zdradził. - otarła wyimaginowaną łzę spod oka. - To takie smutne, że aż żałosne.
Byłam w szoku.
- Hmm... Nie wiedziałam, że tak to odbierasz. - pokręciłam głową. - Cóż, skoro tak bardzo ci to przeszkadza, zabiorę swoją "żałosną" osobę stąd i nie będę ci przeszkadzać. - odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę wyjścia.
- Katherine... - zaczęła Darcy.
- Jeśli chodzi ci o torebkę, znajdziesz ją w szatni. Eddie pokaże ci gdzie. Cześć wam. - mówiąc to, opuściłam pomieszczenie.
Kiedy myślałam o katastrofalnych skutkach mojego wtrącania się, w życiu nie wyobrażałam sobie tego. To było po prostu tak nie realne, że aż chore.
W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu.

Wchodząc do domu nie myślałam o niczym, robiłam wszystko mechanicznie, także nawet nie zauważyłam Nialla w samych bokserkach, stojącego centralnie przede mną.
- Ehm... Hej? - spytał uśmiechając się niemrawo.
Skwitowałam to tylko uniesieniem brwi i minęłam go, a potem zauważyłam Megan w koszulce Nialla i...
- Czy wszyscy wokół mnie muszą uprawiać seks?! - krzyknęłam i wbiegłam po schodach na górę.
- My nie... - usłyszałam za sobą głos Meg.
Zatrzymałam się i częściowo się odwróciłam.
- Och, proszę cię! Tylko mi nie wmawiaj, że nagle wszystkie twoje ubrania trafiły do prania i dlatego masz na sobie koszulkę Niallera, a jemu było gorąco i chodzi niemal nago.
- No może nie tak, ale...
- Nie kończ. - uniosłam dłoń jakbym chciała ją powstrzymać. - Pozostaw mnie w tej błogiej nieświadomości.
- Okey, jak sobie chcesz. - odparła i wzruszyła ramionami.
- A tak w ogóle, gdzie Al i Gabe? - spytałam.
- Stwierdzili, że mają coś zarąbiście ważnego do załatwienia na mieście i poszli sobie. - powiedziała Megan.
- Albo raczej pojechali, bo wzięli Maserati. - dodał Niall.
- Nie poprawiaj mnie.
- No co, taka jest prawda.
- Jesteś beznadziejny. - stwierdziła Meg i poszła w stronę kuchni.
- Ja? Beznadziejny? Niby jak?
Matko! Dlaczego mi się to przytrafia?! Muszę gdzieś wyjść, inaczej zeświruję.

Z braku lepszego pomysłu, postanowiłam wyjść do klubu. Dla zabicia czasu, całkowicie skupiłam się na przygotowaniu się do wyjścia. Zajęło mi to prawie cztery godziny, ale skutecznie odwróciło uwagę. Ubrana w elegancką sukienkę [LINK], dopieszczona z każdej strony, założyłam płaszcz i zeszłam na dół.
W salonie zastałam Alana z Gabem grających na konsoli.
- Wybierasz się gdzieś? - spytał się Al.
- Wychodzę na miasto.
- Sama? - zdziwił się Gabe.
Było powszechnie wiadomo, że na wypady zazwyczaj chodziłam z Darcy, ale dzisiaj... Zresztą sami wiecie jak jest.
- Tak, sama i nie powinno cię to w ogóle obchodzić. - odparłam zgryźliwie i wyszłam z salonu. - Nie wiem, kiedy wrócę.
Wyszłam z domu, wsiadłam do windy i zjechałam nią do holu. Miałam zamiar trochę zabalować, dlatego zadzwoniłam po taksówkę. Dziesięć minut później zjawiła się taksówka, co jak na londyńskie standardy było dość szybko, zważywszy na to, że mamy piątkową noc i o tej porze ruch jest wzmożony.
- To gdzie jedziemy? - spytał uprzejmie kierowca.
- Do jakiegoś dobrego klubu. Zna pan jakiś? - spytałam.
- Dość często wożę ludzi do Funky Buddha. Ponoć to dobry klub.
- To niech będzie Funky Buddha. - odparłam.
Szczerze, to nigdy nie byłam w tym klubie, ale w tej chwili było mi obojętne gdzie pójdę.
Po mniej więcej dwudziestu minutach dojechałam na miejsce. Zapłaciłam za kurs, życzyłam taksówkarzowi dobrej nocy i ustawiłam się w kolejkę przed  klubem. Po tym jak przestałam w kolejce chyba wieczność, w końcu weszłam do środka. Wnętrza były urządzone stylowo i ze smakiem.
Podeszłam do szatniarza, u którego zostawiłam płaszcz, po czym poszłam prosto do baru i usiadłam na wolnym stołku. W tle przyjemnie dudniła muzyka, a wszyscy dobrze się bawili. Muszę przyznać, niezłe miejsce.
- Co podać? - spytał uśmiechnięty barman.
- Mogłabym prosić kartę alkoholi?
- Oczywiście. - podał mi kartę.
- Hmm... - zamyśliłam się. - To na początek poproszę "Funky Lady".
- Otworzyć rachunek?
- Tak.
- Będzie pani płacić kartą czy gotówką?
- Kartą.
- Poproszę kartę.
Położyłam kartę na ladzie i przesunęłam nią po blacie, lekko się przy tym uśmiechając.
Kilka minut później pojawił się przede mną mój drink. Wypiłam troszeczkę i był naprawdę dobry. Zestawienie soku z limonki z truskawkami... obłęd.
Pierwszą godzinę spędziłam w niemrawej atmosferze. Przystawiał się do mnie jakiś facet po trzydziestce. Może nie wyglądał najgorzej, jednak tak bardzo cuchnęło od niego potem, że myślałam, że zaraz zacznę haftować. W każdym bądź razie miał tak beznadziejne teksty na podryw, a to w połączeniu z jego całą osobą stanowiło bardzo odpychającą mieszankę.
- Pocałuj mnie jeśli się mylę, ale masz na imię Bernadette.
Nie no serio? Ten wieczór nie mógł być gorszy.
- Och, skąd znałeś moje imię? - zrobiłam zaskoczoną minę. - To po prostu niewiarygodne.
- Naprawdę tak masz na imię?! - zdziwił się.
- Tak. Nazywam się Bernadette Constanza De La Rosa. - uśmiechnęłam się krzywo i wróciłam do picia mojego drinka.
- Felix. - przedstawił się.
- Aha.
Przez chwilę zapadło milczenie i już myślałam, że da mi spokój, ale znowu się odezwał.
- A masz chłopaka? - spytał.
- To jakieś przesłuchanie?
- Nie, ale masz chłopaka?
- No mam i co w związku z tym?
- To teraz możesz mieć mężczyznę.
- Którym jesteś ty?
- No oczywiście, że ja.
Boże, widzisz a nie grzmisz!
- A twój chłopak jest tutaj? Co robi? Bo ja zajmuję się funduszami hedgingowymi.*
- Mój chłopak jest seryjnym zabójcą. Zabija ludzi za pieniądze. - odwróciłam się do barmana. - Mogę poprosić Waikiki? - znów spojrzałam na tego typka. - Hmm... Ostatnio planował w coś zainwestować. Masz wizytówkę?
Jego mina była bezcenna. Wtedy też zauważyłam Liama. Szedł z zamyśloną miną w stronę baru, ale jeszcze mnie nie zauważył. To była moja jedyna szansa żeby uwolnić się od tego typa.
Szybko wstałam ze stołka i niemal rzuciłam się Liamowi na szyję.
- Cześć kochanie. - zawołałam głośno i mocno wtuliłam się w Payne'a.
Był nieźle zaskoczony, ale odwzajemnił uścisk.
- Jestem Bernadette, a ty moim chłopakiem, seryjnym zabójcą. - szeptałam mu gorączkowo do ucha. - Błagam cię, ratuj mnie, bo przy barze jakiś palant nie daje mi spokoju. - odsunęłam się troszeczkę i spojrzałam mu w oczy. - Zrobisz to dla mnie?
Liam skinął nieznacznie głową po czym pocałowałam go przelotnie w kącik ust. Następnie podeszłam z Liamem do baru, gdzie siedział ten Felix.
- To mój chłopak, Kastiel. - uśmiechnęłam się słodko.
- Emmm... - zaciął się Felix, a jego mina zrzedła. - Hmm... Miło mi cię poznać.
Interwencja Payne'a okazała się bardzo skuteczna i momentalnie facet dał mi spokój.
Liam zaprezentował się jako idealny kandydat na wybawcę dam w opałach, a w roli seryjnego zabójcy sprawdził się zadziwiająco dobrze. Nawet jego wygląd idealnie pasował. Czarne rurki nisko wiszące w kroku, czarne martensy, zwykły biały T-shirt i czarna, skórzana kurtka. Do tego kilkudniowy zarost. Normalnie seks bomba. O matko! Czy ja tak właśnie pomyślałam o moim przyjacielu? Cóż, upiłam się.
- Pani drink. - powiedział barman.
Szybko wzięłam swój napój i napiłam się troszkę.
- Chodź do mojego boksu. - powiedział cicho do mojego ucha Payne.
- Jasne. - odparłam i zwróciłam się do barmana. - Będziemy w boksie...
- Numer dwanaście. - dodał pomocnie Payno.
- Właśnie, także zamówienia wpisuj na mój rachunek.
- Nie trzeba. - sprzeciwił się Liam.
- Cicho, ja dzisiaj stawiam.
- No dobra. - odparł z rezygnacją, po czym poszedł ze mną do boksu.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, którą przerwałam śmiejąc się głośno.
- Co? - spytał zdziwiony brunet.
- Nic, po prostu ten facet wkurwiał mnie od prawie godziny, a potem jak na zawołanie zjawiłeś się ty w momencie, kiedy cię potrzebowałam. To było coś, także dziękuję ci.
- Nie ma za co. Od czego ma się przyjaciół.
- Przyszedłeś sam czy gdzieś tu jest Danielle? - zmieniłam temat i zaczęłam rozglądać się dookoła.
- Nie ma jej tu. Przyszedłem sam. My... - westchnął ciężko. - My zerwaliśmy ze sobą.
- To straszne! Co się stało? - zmartwiłam się nie na żarty.
Liam i Danielle stanowili bardzo dobraną parę, a to że rozstali się po raz drugi, chociaż niedawno się zeszli, bardzo mnie zdziwiło.
- Stwierdziła, że ciągle mamy ten sam problem co kiedyś. Nie mamy dla siebie w ogóle czasu i to dla niej jest męczące i zerwała ze mną.
- Nieciekawie. - skomentowałam jego wypowiedź, nie bardzo wiedząc co innego mogłabym powiedzieć.
- A ty co tutaj robisz? - spytał.
- Pokłóciłam się z Darcy i stwierdziłam, że mam ochotę się upić.
- O co poszło?
- Powiedzmy, że o różnice w spojrzeniu na pewne sprawy.
- Rozumiem. - mruknął. - No to musimy się upić. - powiedział i przywołał gestem kelnerkę.
- W czym mogę pomóc?
- Poprosimy sześć shot'ów Funkybuddha i... - Liam spojrzał na mnie. - Coś jeszcze?
- Dwa razy Tequila Sunrise.
- Właśnie. - poparł mnie.
Po chwili kelnerka się oddaliła, a my zaczęliśmy rozmawiać o różnych bzdetach.
Bawiliśmy się całkiem nieźle. Wraz ze wzrostem poziomu alkoholu we krwi, zabawa rozkręcała się coraz bardziej. Trochę tańczyliśmy, dużo się śmialiśmy i przekomarzaliśmy. Czuliśmy się bardzo swobodnie. Do czasu.
Właśnie puścili jakąś wolną piosenkę, a ja się święcie upierałam, że to moja ulubiona i koniecznie musimy zatańczyć. W końcu po długich namowach się zgodził.
Rozpoczęliśmy powolny taniec ściśle do siebie przylegając. Oparłam głowę na klatce piersiowej Liama, a on oparł podbródek na moje głowie.
Czułam się tak dobrze, w odróżnieniu od kilku ostatnich tygodni. Odsunęłam się troszeczkę z zamiarem powiedzenia mu czegoś, ale gdy spojrzałam na jego twarz, wszystkie słowa wyparowały, za to całą moją uwagę pochłonęła jego twarz. Piwne oczy, lekko przymknięte jakby w poczuciu błogości. Pełne usta w kolorze malin wygięte w uśmiechu. Zarost sprawiający, że świrowałam. Jednak moją największą uwagę przyciągały usta i wiedziona jakąś dziwną myślą, jakby nie moją, pochyliłam się i pocałowałam go w nie. Z początku Liam sprawiał wrażenie zaskoczonego, a potem odwzajemnił pocałunek, pogłębiając go.
Czułam jak budzi się we mnie pożądanie i w żaden sposób nie chciałam przerwać tego, co działo się między nami.
Liam odsunął się troszeczkę.
- Chodźmy stąd. - powiedział patrząc mi głęboko w oczy, a ja tylko skinęłam głową.
Szybko zabraliśmy swoje rzeczy, ja uregulowałam rachunek i już nas nie było.
Droga do mieszkania Payne'a zleciała nam dość szybko. Ledwo weszliśmy do mieszkania, a już zaczęliśmy się całować, jednocześnie gorączkowo się rozbierając. Chwilę później wylądowaliśmy w jego sypialni niemal nadzy.
Napięcie było wyczuwalne w całym pokoju.  Gorączkowe ruchy, ciało przy ciele, nieustające jęki, niezłomne dążenie do zaspokojenia... Tak w wielkim skrócie można opisać to co się działo w zaciszu mieszkania Liama.
Gdy było po wszystkim leżeliśmy obok siebie ciężko oddychając.
- O Matko! - zaśmiałam się wciąż dysząc. - Musimy kiedyś to powtórzyć.
- Koniecznie. - odparł Liam uśmiechając się szelmowsko. - Co powiesz na rundę drugą?
- Teraz? - Li skinął głową. - Czemu nie. - odparłam i odwróciłam się do niego i pocałowałam go tuż pod uchem. - Ale teraz będzie znacznie pikantniej. - szepnęłam i przygryzłam mu płatek ucha.
I uwierzcie mi - było.

_________________________________
Fundusz hedgingowy – rodzaj instytucji finansowej pobierającej opłatę za zarządzanie powierzonym kapitałem, w którym dokonuje się kupna i krótkiej sprzedaży papierów na rynku kapitałowym w celu ograniczenia ryzyka wahań cen obejmujących swoim zasięgiem cały rynek dla maksymalizacji zysków.
_______________________________________________________
W końcu skończyłam rozdział!!!
Na wstępie chciałam przeprosić za to opóźnienie, ale przy tym rozdziale miałam straszny problem z weną.
Mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu zrekompensuje wam to długość rozdziału.
Czytasz - komentuj.
Kolejny rozdział powinien pojawić się przed 28 maja.
Do następnego rozdziału.
_______________________________________________________________________

29.05.14r.
Niestety nie udało mi się dodać rozdziału, a teraz przez kilka dni mnie nie będzie, także postaram się dodać nowy rozdział jak najszybciej.

Buziaki. xx
~ unromanticgirl

poniedziałek, 31 marca 2014

Konfrontacja i zapomnienie.

Połowa stycznia przeminęła w miarę spokojnej atmosferze. Ja i Harry unikaliśmy się jak mogliśmy. Wszyscy raptem zainteresowali się tym jak czuję. Prawie codziennie dzwonił do mnie Alan, co kilka dni Gabriel. Moja biologiczna matka dostała niemal zawału, jak się dowiedziała o wypadku (tu podziękowania dla taty, geniusza). Naprawdę można tu było dostać pierdolca. Pewnie dlatego tyle czasu poświęcałam pracy.
Jedyną osobą, która ze mną się nie patyczkowała, była Darcy. Nadal miała mi za złe to, że kryłam Harry'ego, ale tak poza tym to było nawet okey. Spędzałyśmy ze sobą sporo czasu, rozmawiając, tylko ona i ja, tak jak kiedyś.
Jedną z najdziwniejszych rozmów, jakie odbyłyśmy z Darcy, to ta, kiedy zrobiłyśmy sobie babski wieczór, tylko my dwie. Nialla i Megan nie było i nie mieli wracać na noc, także miałyśmy pełną swobodę.
Siedziałyśmy w mojej sypialni, powoli sącząc białe słodkie wino.
Nagle wpadło mi do głowy bardzo głupie pytanie, ale nie krępowałam się go zadać.
- Darcy?
- Hyh? - mruknęła.
- Czy ty kiedyś całowałaś się z Michaelem?
Parsknęła śmiechem.
- Nie no ty to zadajesz zabójcze pytania. - upiła łyk wina. - Jednak odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak.
- Serio?! Nie mogę sobie tego wyobrazić. - mruknęłam.
- W sumie to nie było tak źle. Swoją drogą, facet nawet nieźle całuje. - poruszyła sugestywnie brwiami. - Ale to nie to samo, kiedy całuję się z Zaynem. Nigdy bym tego nie przypuszczała, ale jak Zayn mnie całuje, czuję te tak zwane motyle w brzuchu. - nakreśliła cudzysłów w powietrzu.
Uśmiechnęłam się, a kiedy spojrzała na mnie, zaczęłam pić wino, nie patrząc na nią.
- Czekaj, czekaj. Ty też się z nim całowałaś, prawda?
- Oj no tak, ale to było strasznie dawno temu.
- Jak dawno?
- Na samym początku naszej przyjaźni. Chcieliśmy się upewnić, że to tylko przyjaźń, a nie coś więcej.
- I nie było?
- Proszę cię. Powiedziałam mu, żeby mi obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobimy. Boże, to było jakbym całowała własnego brata.
- Ty to masz porównania. - zaśmiała się.
Kolejną taką osobą był Nick. W sumie to pewnie dlatego, że był z poza kręgu. Był neutralny i bardziej obiektywny. Wieczorne rozmowy z nim na Skypie bardzo mi pomagały. Rozmawialiśmy o szkole, plotach w mieście, jego dziewczynie, wspólnych znajomych i wielu innych bzdetach, ale nigdy o Hazzie, co dawało mi swoiste poczucie komfortu.
Poza tym zaczęłam sporo czasu spędzać w fundacji założonej przez dziadka, a tam widywałam się z Edem.
Bardzo dobrze mi się z nim rozmawia. Potrafi słuchać, nie ocenia cię i podniesie na duchu. To głównie z nim rozmawiałam o zerwaniu z Harrym. To właśnie on poradził mi żebym przelała swoje uczucia na papier, w formie piosenek. Było to naprawdę pomocne, bo pozwalało oczyścić umysł, przewartościować pewne sprawy, a o innych zapomnieć.
Siedzieliśmy na podłodze w jednej z sal w fundacji. Przed chwilą skończyły się zajęcia z podopiecznymi fundacji, w których wraz z Edem braliśmy udział.
- To jak się dzisiaj czujesz? - spytał brzdąkając leniwie na gitarze.
- Zadaj jeszcze raz to pytanie, a rozwalę ci gitarę.
- Mhm, czyli w bojowym nastroju. - skwitował to uśmiechem.
- Mi na pewno nie jest do śmiechu.
- Czas upływa... zaciera ślady... tylko... ty decydujesz co się wydarzy. - mruknął.
- To ma być nowa piosenka?
- Nie, tylko mówię ci jak jest. - westchnął i przejechał palcami po strunach. - Minął już prawie rok, a ona nadal praktycznie nie chce ze mną rozmawiać. Wcale się jej nie dziwię, bo zrobiłem najgłupszą rzecz jaką mogłem zrobić. Najpierw sam spieprzyłem sprawę, a potem pozwoliłem jej odejść.
- Dlaczego?
- Dlaczego wszystko spieprzyłem? Nie wiem, nie wiem co wtedy strzeliło mi do głowy. Dlaczego pozwoliłem jej odejść? Bo wiedziałem, że mi nie wybaczy.
- Mogłeś spróbować zawalczyć o was.
- Za późno o tym pomyślałem, a potem ona zaczęła spotykać się z Zaynem i są razem szczęśliwi.
- Fakt, są ze sobą szczęśliwi, nawet bardzo. - uśmiechnęłam się pokrzepiająco. - Może nie było wam pisane, ale na pewno czeka gdzieś na ciebie ta jedyna. Ale przynajmniej możesz widywać Darcy, kiedy wszyscy się spotykamy.
- I to tylko dlatego, że nie powiedziała Zaynowi, że to ja ją tak zraniłem. Inaczej pewnie miałbym niezłe limo pod okiem i przestałbym być zapraszany na wspólne wypady na kręgle czy coś.
- Czekaj. Dar wścieka się na mnie, że kryję Harry'ego, kiedy ona robi dokładnie to samo w stosunku do ciebie.
- No ja jej nie zdradziłem akurat, tylko... sama wiesz co zrobiłem. Jednak trochę masz w tym racji. Do Harry'ego nikt nie ma pretensji o wasze zerwanie, a ja nie zostałem wykluczony z kręgu znajomych. - westchnął. - Ale nie złość się na nią. Martwi się o ciebie, chociaż może okazuje to w niecodzienny sposób.
- Dzięki Ed. Naprawdę bardzo mi pomogłeś. - uśmiechnęłam się delikatnie i przytuliłam go. - Dobry z ciebie przyjaciel.
Po chwili coś sobie uświadomiłam i naprawdę się dziwiłam, że wcześniej nie skojarzyłam faktów.
- Ta piosenka, do której teledysk pojawił się w listopadzie... Give me love... To o Darcy, prawda?
- Tak. Mimo, że napisałem ja znacznie wcześniej, to jest ona o niej i tak pozostanie.
Półgodziny później byłam w mieszkaniu. Jak zwykle było w nim tłoczno, tak jakby to był dom schadzek czy coś. Zanim Niall i Megan nie zaczęli tu mieszkać, było tu całkiem pustawo, a teraz ciągle ktoś jest w domu. Z jednej strony, to dobrze, bo nie jestem sama, ale z drugiej, to nie ma tu ani chwili spokoju. No chyba, że zamknę się w pokoju.
W salonie Niall i Zayn grali na konsoli, zajmując przy okazji całą kanapę. Z boku, na fotelu, z nosem w książce siedziała Megan. Kiedy mnie zauważyła, uśmiechnęła się i wróciła do czytania. W kuchni Louis, Eleanor i Darcy piekli coś, chyba babeczki. Chociaż można powiedzieć, że to El piekła babeczki, bo Lou i Dar jak zwykle udawali, że coś robią, ale taki już ich urok. Za to przy stole siedział Michael razem z Toni, przeglądali zdjęcia z ostatniej sesji i wybierali najlepsze. Brakowało tylko Liama i Danielle. Och, no i wroga publicznego numer jeden - Harry'ego. Jak się dowiedziałam, Liam i Dan pojechali na zakupy po rzeczy do ozdabiania babeczek, a Harry wykręcił się od przyjścia tym, że ma coś pilnego do załatwienia. Mogę się założyć, że ta sprawa ma blond włosy i cholernie działa mi na nerwy. Ale to już nie mój problem.
Z braku niczego lepszego do roboty, poszłam do siebie do pokoju, gdzie się przebrałam [LINK], po czym włączyłam laptopa i zalogowałam się na skype'a. Chwilę później usłyszałam dźwięk nawiązywania połączenia i po zatwierdzeniu, na ekranie pojawiła się twarz Nicka.
- Nick! - ucieszyłam się na jego widok. - Dawno się nie widzieliśmy.
- Taa, zaledwie 3 dni temu. - mruknął.
- Coś się stało? - skinął głową. - Niech zgadnę. Chodzi o Paulinę.
- Zerwała ze mną.
- Och, Nick. Tak mi przykro.
- Może by mnie to tak mocno nie zabolało, gdyby nie to, że zerwała ze mną na studniówce, a potem obściskiwała się z Ernestem.
- Fakt, nieciekawie. Ale jakoś się trzymasz, prawda?
- Jakoś na pewno. Chociaż czuję się jak jakiś idiota. - westchnął ciężko. - Masakra.
- Wcale nie jesteś idiotą. Skoro zerwała, to znaczy, że nie potrafiła dostrzec skarbu, który posiadała, a Ernest to imbecyl pokroju Igora, także sama na własne życzenie pakuje się w bagno.
- Też tak myślę, ale jakby nie było nie chcę, mimo wszystko, żeby coś złego się jej przytrafiło.
- To oczywiste, skoro ją kochasz, ale... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś wszedł do mojej sypialni.
- Katherine, chodź na babeczki. - zawołała Eleanor. - Ou, przeszkodziłam w czymś? - uśmiechnęłam się do niej. - Przeszkodziłam? To... już mnie nie ma. - odwróciła się i miała już wyjść, ale się zatrzymała. - Tylko przyjdź, bo zaraz ich nie będzie.
- Pewnie. Zaraz będę. - zaśmiałam się.
- Kto  to? - spytał Nick.
- Eleanor.
- Ładna. - stwierdził.
- I zajęta. - dodałam.
- To było do przewidzenia. No nic, będę kończyć.  Muszę dokończyć referat, a na ciebie czekają babeczki. Cześć i dzięki za rozmowę.
- Nie ma za co. Pa. - powiedziałam i zakończyłam połączenie.
Miałam właśnie wyłączyć laptop, ale pokazał się komunikat słabej baterii, dlatego podłączyłam go do ładowarki i zeszłam na dół.
Na dole przywitał mnie iście sielski obraz. Wszyscy siedzieli w salonie, zajadając się babeczkami, rozmawiając i się śmiejąc. Uśmiechnęłam się na ten widok. Oni byli szczęśliwi i to sprawiało, że moje skołatane serce mniej bolało. To dawało mi nadzieję, że moje szczęście też gdzieś na mnie czeka.
Moje pozytywne myśli rozwiały się momentalnie, gdy zobaczyłam, że wśród osób zebranych w salonie, pojawił się Harry i to nie sam. Była z nim Taylor. Z trudem przełknęłam ślinę. Jak on śmiał, do mojego domu przyprowadzić tą zdzirę. Do mojego domu! Cholera!
Chciałam się wycofać, wrócić na górę, ale nie jestem tchórzem, nie pozwolę sobie na słabość. Jednak siedzenie z nimi w salonie... kiedy miałam ochotę ją wyciągnąć za kudły i przypierdolić jej głową o ścianę... to nie był najlepszy pomysł. To dla mnie za wcześnie, żeby z nimi normalnie siedzieć bez myślenia jak obdzieram ich ze skóry, siekam na kawałki, rzucam na pożarcie psom, a potem spalam pozostałości.
- Katherine, chodź do nas. - zawołał Michael. - Trochę nas dużo, ale jakoś się pomieścimy. Najwyżej siądziesz mi na kolanach, ale Toni nie będzie miała nic przeciwko, prawda?
- Jasne, że nie. - uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco.
Nie mając innego wyboru, usiadłam na kolanach Michaela. W salonie znów rozpoczęły się rozmowy, a ja milczałam patrząc przed siebie w zamyśleniu.
- Spokojnie Katy. - szepnął mi do ucha Mike. - Wszystko będzie dobrze tylko rozluźnij się. - na potwierdzenie swoich słów złapał mnie za dłonie, które okazały się być zaciśnięte w pięści.
Nie wiem, jak miałam się rozluźnić, skoro mój były siedział w moim salonie z dziewczyną, z którą mnie zdradził i która jest jego aktualną dziewczyną. Żadna z tych rzeczy nie sprawia, że czuję się mniej spięta.
- Wybaczcie na chwilę. - powiedziałam cichym, spokojnym głosem, mimo że w środku aż gotowałam się ze złości.
Wyszłam z salonu i poszłam prosto do kuchni. Tam nalałam sobie szklankę wody i upiłam jej trochę, jednak ręka tak mocno mi drżała, że szklanka wypadła mi z dłoni i z głuchym dźwiękiem rozbiła się na kawałki uderzając w podłogę. Wzdrygnęłam się, kiedy szkło i woda rozbryznęły się na wszystko wokół, w tym na mnie.
- Cholera. - mruknęłam i schyliłam się żeby pozbierać szkło.
- Katherine, wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Liama.
- Tak, tylko... Au, rozbiłam szklankę. - włożyłam skaleczony palec do ust.
- Zostaw. Ja to pozbieram. - podszedł do mnie i zabrał się za zbieranie.
- Nie trzeba, poradzę sobie. - odparłam.
- Zostaw to mnie. Ty po prostu ochłoń.
- Jak sobie chcesz. - mruknęłam i nalałam sobie kolejną szklankę wody.
- Tylko tej już nie rozbij.
- Przecież nie... - spojrzałam w dół i zauważyłam, że nadal drży mi ręka. - Och, okey. - burknęłam i odstawiłam szklankę do zlewu.
Usiadłam przy kuchennej wysepce, po czym splotłam dłonie na blacie.
- Zobaczysz, niedługo wszystko wróci do normy, tylko daj sobie trochę czasu.
- Obyś miał rację, Liam, bo kolejnego rozczarowania nie zniosę.
- Ehem. - mruknął ktoś stojący w progu kuchni. - Katherine, mogłybyśmy porozmawiać? W cztery oczy. - spojrzała wymownie na Liama.
- To ja może wrócę do salonu. - Payne zerknął na mnie i wyszedł szybko z kuchni, a ja patrzyłam za nim morderczym wzrokiem.
Moje wsparcie moralne właśnie zwiało w popłochu. To naprawdę pocieszające.
- Chciałaś ze mną rozmawiać, to mów. - chciałam sprawić wrażenie jak najbardziej spokojnej, chociaż wewnątrz wcale taka nie byłam i wyobrażałam sobie tysiące sposobów na to, jak mogłabym ją zabić.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że tutaj jestem. Gdybym wiedziała, że idziemy do twojego mieszkania, to na pewno bym odmówiła Harry'emu, ze względu na ciebie i to co łączyło cię z Harrym. Uwierz mi, naprawdę  nie wiedziałam, że idziemy tutaj. Powiedział mi tylko, że idziemy zobaczyć się z jego znajomymi. - kajała się Taylor, robiąc słodką, niewinną minkę.
Muszę przyznać, że była niezłą aktorką. Mogłabym jej niemal uwierzyć, no właśnie niemal.
- Słuchaj Taylor. Nie lubię cię i nie będę tego ukrywać. Nie tylko dlatego, że ukradłaś mi chłopaka, spałaś z nim, wiedząc, że on ma dziewczynę. Nie możesz udawać, że o tym nie wiedziałaś, bo praktycznie każdy wie, że ze mną chodził, a jeśli aż tak mało jesteś poinformowana, to powinnaś zauważyć, że był ze mną na pieprzonym afterparty. Dlatego nie graj takiej niewinnej i wiecznie pokrzywdzonej przez los. Udawaj sobie, że nie wiedziałaś, że idziecie do mnie. Nie będę ci tego bronić, ale mnie nie oszukasz, bo wiem, że sprawia ci chorą satysfakcję patrzenie na mój ból.
- Ale... - Swift wyglądała na święcie oburzoną.
- Ciesz się nim póki możesz, bo skończysz na bruku, sama i zapewne napiszesz kolejną beznadziejną piosenką. A teraz wybacz, ale nie mam zamiaru tracić czasu na taką szmatę jak ty. - powiedziałam i wstałam z krzesła, po czym skierowałam się do wyjścia, ale zatrzymałam się w progu. - Jak znów zejdę na dół, ma cię tu nie być i nie waż się nigdy więcej pojawić się w moim domu, bo wtedy inaczej porozmawiamy, a wydaje mi się, że lubisz własne włosy. - po tych słowach wyszłam z kuchni i poszłam na górę.
W swoim pokoju padłam na łóżko, po czym wzięłam telefon i zadzwoniłam.
- Halo?
- Eddie, co powiesz na kręgle?
- Błagam cię tylko nie Eddie, wiesz jak tego nie lubię.
- To sprawia, że tym bardziej lubię tak cię nazywać. To idziesz czy nie?
- Tylko my czy ktoś jeszcze?
- Nie wiem, będę musiała zejść na dół i spytać pozostałych, kto ma ochotę na kręgle.
- Dobra, wchodzę w to.
- Za półgodziny w Riley's?
- Mi pasuję. Do zobaczenia.
- Pa.
Poszłam do garderoby, szybko się przebrałam [LINK] i zeszłam da dół.
- Idziemy na kręgle? - spytałam.
- Ale... że... teraz? - spytał Lou.
- Nie, jutro. Oczywiście, że teraz Sherlocku!
- Z chęcią. - stwierdził Zayn.
- To ja też idę. - dodała Darcy.
- To my... - Lou spojrzał na Eleanor, która skinęła głową. - też idziemy.
- Ja odpadam. Mam jutro egzamin i muszę się uczyć, a i tak sporo czasu przesiedziałam z wami salonie. - odparła Megan. - Ale ty Niall się nie krępuj.
- Na pewno? - upewniał się Niall.
- Tak.
- No to ja też z wami pójdę. - zdeklarował się Nialler.
- Ja bardzo chętnie pójdę. - powiedział Liam. - A ty Danielle?
- Mam wcześnie próbę, także ja też z wami nie pójdę.
- Szkoda, będzie nam ciebie brakowało w składzie. - uśmiechnęłam się.
- Beze mnie też wygracie. - zaśmiała się.
- Może. - uśmiechnęłam się szelmowsko. - A może nie. W każdym bądź razie, zostaliście tylko wy. - wskazałam na Michaela i Toni. - Nie róbcie mi tego i błagam was chodźcie, bo nie będzie z kim grać. - usłyszałam zbiorowy pomruk oburzenia. - Miałam na myśli składy. To idziecie?
- Czemu nie. - stwierdziła Toni.
- No. - dodał Michael.
- W takim razie ustalone. - klasnęłam w dłonie. - No to zbierać swoje szanowane i jedziemy.
Pojechaliśmy na dwa samochody. Jeden prowadziłam ja, a drugi Michael. Droga nie była długa, także zaraz byliśmy na miejscu.
- Kiedy miałaś na myśli składy, to mówiłaś o dwóch, prawda? - spytała Darcy.
- Tak, a co? - odparłam wiedząc do czego pije.
- Skoro jest nas dziewięcioro, to jak ty chcesz mieć równe składy? Och, chyba, że jest ktoś jeszcze.
- Eddie na nas czeka. - uśmiechnęłam się.
- Ty zdrajco! - mruknęła mrużąc oczy.
- Nie możesz się na niego wściekać do końca życia.
- Właśnie, że mogę i to zrobię.
- Ale z ciebie uparciuch.
- Taki sam jak z ciebie.
- To szanse są wyrównane. - westchnęłam. - Idźcie, a my zaraz z Darcy do was dołączymy. - popatrzyłam wymownie na pozostałych, a oni wzruszyli ramionami i weszli do kręgielni.
Przez chwilę stałyśmy tylko i patrzyłyśmy na siebie.
- Myślałam, że rozumiesz to, że boli mnie i drażni przebywanie z Edem. Po prostu nie jestem gotowa mu tego darować.
- Dar, minął niemal rok. Co on musi jeszcze zrobić, żebyś mu w końcu wybaczyła? Pochlastać się? Wiesz, to trochę radykalny sposób. Jakby nie było, on jest moim przyjacielem, twoim kiedyś też był. Po prostu baw się dzisiaj dobrze.
- Nie wiem, czy dam radę.
- Zrób to dla mnie. Mam kiepski dzień i muszę to jakoś odreagować. Zresztą, skoro ja dałam radę nie wydrapać Taylor oczu, a wiesz, że ta rana jest jeszcze świeża, to wierzę, że ty też dasz radę.
- Ed się z nią przyjaźni. - stwierdziła.
- Nie musisz mi tego przypominać.
- A ty nie musisz zmuszać mnie do spotykania się z nim na stopie towarzyskiej.
- Darcy proszę cię. Mój były, od niespełna trzech tygodni, był z laską, z którą mnie zdradził w moim mieszkaniu i musiałam z nią rozmawiać, bo ona ubzdurała sobie, że tak trzeba. - westchnęłam. - Mogłabyś zostawić swoje urazy do Eda tutaj, poza tym budynkiem i dobrze się bawić, a potem możesz wrócić do nienawidzenia Eda. Dobra?
- Tylko dzisiaj. - odparła, mierząc mnie groźnym wzrokiem. - Tak poza tym, to ja go nie nienawidzę, ja po prostu dostaję czegoś na kształt alergii w jego towarzystwie.
- Boże, nawet nie wiesz jak bardzo cię za to kocham. - mocno ją przytuliłam.
- No już nie praw mi komplementów, tylko chodź. - pociągnęła mnie za rękę do wejścia.
Oczywiście wszyscy dobrze się bawiliśmy, mimo że moja drużyna, w której skład wchodziły Darcy, Eleanor, Toni, ja i Liam (taki tam rodzynek), przegrywała. Poza tym nasza drużyna miała bardzo oryginalną nazwę - "Harem Liama", choć nazwa nie wyszła z jego inicjatywy, to jakoś mocno się nie wzbraniał przeciwko tej nazwie.
Byliśmy w połowie trzeciej tury, kiedy mój telefon zaczął głośno dzwonić. Odebrałam bez patrzenia kto to.
- Halo?
- Hej, siostra! Tęskniłaś za mną?
- Gabe! Oczywiście, że tak. Przecież bez ciebie zawsze jest nudno.
- Kłamczucha z ciebie, ale powiedzmy, że ci wierzę. - zaśmiał się. - Co to za krzyki w tle? - spytał.
- Och, jesteśmy na kręglach w Riley's i właśnie Darcy podratowała moją drużynę zdobywając Strike'a*.
- O, to nieźle. Co to się stało, że twoje drużyna przegrywa? Przecież umiesz świetnie grać.
- No tak, ale powiedzmy, że mam dzisiaj kiepską kondycję.
- Mhm... - mruknął.
- Tylko mi tu nie mrucz. Jest okey. Jeszcze "Harem Liama" zdoła wygrać, a wtedy "Samce" będą mogli się schować.
- Harem co? - zdziwił się.
- Oj, no bo w drużynie jest nas cztery i Liam, jako taka wisienka na torcie, także postanowiłyśmy się nazwać tak. Oryginalnie, co? - wyszczerzyłam się, chociaż mnie nie widział.
- Jak zawsze. No dobra, to ja już będę kończył. Trzymaj się siostra i nie daj im wygrać. Jesteś zbyt dobra w te klocki.
- Pa. - rozłączyłam się.
Odłożyłam telefon na stolik i wzięłam frytkę z koszyka.
- Kath, twoja kolej. - powiedziała Toni.
- Już idę. - powiedziałam wciąż przeżuwając frytkę.
Przyszykowałam się do rzutu, zrobiłam kilka kroków i kula poszła w ruch. Strąciłam osiem kręgli, a pozostało dwa. Najgorsze, że były one po przeciwnych stronach.
- Hahaha, Katherine ma Split'a**! W życiu tego nie zbijesz. - ryczał ze śmiechu Michael.
- Nie no, naprawdę podnosisz mnie na duchu.
- Takie było moje zamierzenie.
- Świnia. - pokazałam mu język. - Och, mam pomysł.
- Jaki?
- Jeśli zbije Split'a, to zrobisz coś dla mnie.
- A jeśli nie zbijesz?
- To... zrobię co będziesz chciał.
- Wszystko?
- Niech ci będzie wszystko.
- No to umowa stoi. - uścisnęliśmy sobie dłonie, a Toni zatwierdziła zakład.
Teraz najtrudniejsze pozostało dla mnie. Wiedziałam, że jeśli przegram, to Mike wymyśli coś tak obrzydliwego. Aż strach pomyśleć co. Pora skupić się na zadaniu.
Teoretycznie wiedziałam jak to zrobić, jednak w rzeczywistości było to trudne do wykonania. A co tam, raz kozie śmierć. Rzuciłam kulę celując w jeden z kręgli, które stały. Teraz pozostaje tylko modlitwa.
Kula była już niemal w rynnie, ale nagle odskoczyła i uderzyła z całej siły w kręgiel, który odrzuciło i potoczył się w stronę drugiego. Niestety musnął on jedynie drugi, tak, że tylko lekko się zachwiał.
- Nie! - krzyknęłam.
- Tak! - wydarł się zadowolony Michael.
A wtedy kręgiel się przewrócił. Normalnie mnie zamurowało, bo to było po prostu nieprawdopodobne.
Dziewczyny zaczęły piszczeć, Michael coś burczał, a chłopcy się śmiali. Miałam się obrócić, żeby zobaczyć minę Michaela, kiedy poczułam, że obejmują mnie czyjeś ramiona i zakrywają oczy.
- Co do cholery?! - mruknęłam.
Był to ewidentnie chłopak. Nieco ode mnie wyższy, prawdopodobnie umięśniony, wnioskując z klatki piersiowej, którą przyciskał do moich pleców. Potem poczułam perfumy. Bardzo charakterystyczne: cytryna, kakao, drzewo cedrowe, bergamotka i coś jeszcze, ale wiedziałam, że to Armani, a dokładniej Emporio Diamonds for Men. Skąd? Bo sama mu je kupiłam.
- Cześć, Gabe. - uśmiechnęłam się. - Możesz już zabrać te ręce z mojej twarzy.
- Och, skąd wiedziałaś? - spytał zdziwiony i zabrał dłonie z twarzy.
- Perfumy cię zdradziły. - obróciłam się i mocno go przytuliłam. - Tak dobrze cię widzieć!
- A ja to co? Sąsiad? - odwróciłam się i zobaczyłam Alana z wyciągniętymi ramionami.
- Alan! - krzyknęłam i skoczyłam na niego. - Boże, tak za tobą tęskniłam.
- Ja za tobą też. - zaśmiał się. - A teraz złaź już ze mnie.
Postawił mnie na ziemi.
- A za mną nie tęskniłaś? Czuję się urażony.  - Gabriel zaplótł ramiona na piersi. - To nie fair.
- Oczywiście, że za tobą tęskniłam. No może za twoim zrzędzeniem nie, ale tęskniłam. Miło mieć was obu tutaj. - objęłam obu w pasie. - Chodźcie, pora was przedstawić. - podeszliśmy do stolika. - Alana wszyscy już znacie, a to jest mój młodszy brat - Gabriel, zwany też podstępną żmiją, która wyciąga od ludzi informacje bez ich wiedzy.
- No co! Musiałem się jakoś dowiedzieć, gdzie jesteś.
- Mniejsza z tym. - mruknęłam.
Alan kulturalnie przywitał się ze wszystkimi, a na koniec przytulił Darcy. Gabe zrobił podobnie, a na widok Dar, uśmiechnął się szeroko.
- Darcy! - mocno ją przytulił.
- Gabe! - uśmiechnęła się szeroko i odsunęła się na odległość ramion. - Boże, ależ ty zmężniałeś! Przystojniak i do tego jaki seksowny. Aww!
- Weź, bo się zarumienię.
- No cóż, chyba oficjalnie będę musiała przestać nazywać cię Smarkaczem.
- Cóż... i tak nie przestanę nazywać się cię Rudą.
- Przynajmniej próbowałam.
- Punkt dla ciebie.
Zaśmiałam się. Takie rozmowy Gabriela z Darcy były dla mnie na porządku dziennym, jednak miałam wrażenie, że Zayn'owi to się nie podoba, zwłaszcza, że Gibby nadal obejmował Dar w pasie.
- No dobra! - klasnęłam w dłonie. - Pora wracać do rozgrywek. Michael nie myśl, że zapomniałam o tobie. Zajmę się tobą później. Al, Gabe, wybierzcie, do której drużyny chcecie dołączyć.
- Gabriel, dołącz do "Haremu". Będzie fajnie. - powiedziała od razu Darcy.
- Skoro nalegasz, to pewnie.
- No to mi tylko pozostaje męska drużyna. - zaśmiał się Al. - Powodzenia Darcy. Właśnie zaciągnęłaś do waszej drużyny gościa, który w ogóle nie umie grać w kręgle.
- Łudź się się dalej, Alan. - odparł Gibby.
- Alan, nawet nie wiesz w co się pakujesz. - dodałam.
Wszyscy się zaczęli śmiać z ich wymiany zdań.  Jak widać rodzeństwo Glassów w komplecie, to wybuchowa kombinacja.
Rozgrywki znów się zaczęły i nadeszło upragnione zapomnienie. Cieszyłam się chwilą, nie zważając na to, co może się wydarzyć potem. Nie licząc się z przeszłością, bo ważne jest tu i teraz.
Carpe diem, Katherine. Może to da jakiś rezultat.

___________________________________________
*STRIKE - wszystkie 10 kręgli strącone za pierwszym razem. Gracz otrzymuje maksymalną liczbę punktów - 10 pkt oraz dodatkowo łączną liczbę punktów zdobytych podczas dwóch następnych rzutów kulą.
**SPLIT - gracz strąca kręgle w ten sposób, że pozostałe kręgle do strącenia w drugim rzucie ustawione są po dwóch stronach toru i rozegranie split'a jest bardzo utrudnione.
________________________________
Jak wrażenia po rozdziale?
Mam nadzieję, że wam się podobał.
Jestem rozczarowana ilością komentarzy pod poprzednim. Naprawdę brakuje mi motywacji, a brak odzewu z waszej strony wcale nie pomaga.
Na chwilę obecną sama nie wiem, czy pojawi się nowy rozdział w kwietniu.
Rozdział dedykuje, mojej drogiej Kamie, która w tym tygodniu obchodzi urodziny. Sto lat, kochana. xx

Buziaki. xx
~unromanticgirl

czwartek, 27 lutego 2014

Nowy rok, nowe postanowienia, nowe życie.

Czas spędzony w Pemberley, pozwolił mi przemyśleć wiele spraw, nabrać do siebie dystansu i kilka rzeczy zrozumieć.
Na szczęście zapalenie płuc można uznać już za przeszłość. Jestem zdrowa jak ryba, za którą nie przepadam. Mój samochód już wrócił z naprawy, także mogę już wrócić do Londynu.
Właśnie pakowałam swoje ostatnie rzeczy, kiedy mój telefon zadzwonił. Jak zauważyłam na wyświetlaczu zdjęcie Darcy, to już wiedziałam, że szykuje się dla mnie niezły ochrzan.
- Halo?
- Ty mała, wredna piczko! Czemu się do mnie nie odzywasz? Wszelki słuch o tobie zaginął, nikt nie wie co się z tobą dzieje. Co to do cholery ma być?! Że aż ja musiałam dzwonić, żebyś, kurwa, w końcu odebrała?! Co ty jakaś księżniczka jesteś? Ja pierdole, przez ostatni tydzień słyszę tylko: "Gadałaś z Katherine? W ogóle od nikogo nie odbiera. Bla, bla, bla." A co ja kurwa twoja niańka jestem czy może sekretarka. GPS'u ci nie wszczepiłam, to nie wiem gdzie jesteś, a wszyscy myślą, że może ja coś wiem. No sorry jako wróżka nie dorabiam, to niby jak mam wiedzieć.
- Boże, Darcy, oddychaj. Bo zaraz się zapowietrzysz.
- Zaraz ty się kurwa zapowietrzysz jak ci yyyyyhhhh. - mogę sobie wyobrazić jak zaciska pięści jakby mnie dusiła.
Potem zaczęłam się śmiać, bo co innego mogłam zrobić. Ta sytuacja była aż nazbyt komiczna.
- Czego rżysz?! Oni tu już taki raban narobili, chcieli nawet zgłosić zaginięcie i szukać cię po szpitalach. Ja pierdolę, jeśli przez ciebie osiwieję, to ty będziesz płacić za fryzjera. Ale najpierw własnoręcznie wyrwę ci kudły.
- Rozumiem Dar, że jesteś zła...
- Wściekła by lepiej pasowało.
- No dobra, wściekła, ale ja bardzo potrzebowałam czasu dla siebie.
- A co tego wymagało, że musiałaś postawić wszystkich w stan najwyższej gotowości?
- Zerwałam z Harrym.
- Co?! - krzyknęła zaskoczona.
- Zerwałam z Harrym. Tak, dobrze słyszysz.
- Wiem, że się miedzy wami ostatnio nie układało, ale żeby od razu zrywać? - w wyobraźni widziałam, jak marszczy czoło. - Dziwne, on o niczym nam nie powiedział.
- Jak bym była na jego miejscu i zrobiła to co on, to też bym się nie przyznała. - mruknęłam.
- Co on ci zrobił? - czułam, że jest wkurzona, ale tym razem jej gniew nie był skierowany na mnie.
- To nie jest rozmowa na telefon. Właśnie się pakuję i za około dwie godziny będę w Londynie. Do tego czasu nie gadaj z nikim, o tym co ci wspomniałam.
- No dobra, ale za dwie godziny widzę cię całą i zdrową w mieszkaniu. Rozumiemy się?
- Tak jest, panno Spencer. - zaśmiałam się.
- A co mam reszcie powiedzieć, jeśli mnie spytają o ciebie? Wiedzą, że do ciebie zadzwoniłam.
- Powiedz, że rozmawiałaś ze mną, nic mi nie jest i że wracam dzisiaj do Londynu, także nie muszą siać paniki.
- No dobra. To do zobaczenia.
- Pa. Kocham cię. - westchnęłam. - I dziękuję, że się o mnie troszczysz.
- Taa, też cię kocham. Pamiętaj, dwie godziny i ani minuty dłużej.
- Oczywiście. - zaśmiałam się i rozłączyłam.
Spakowana zeszłam na dół, pożegnałam się z Naną i resztą domowników, po czym, z pomocą Roba, zaniosłam moje rzeczy do bagażnika, wsiadłam do samochodu i wyjechałam z posiadłości.
Niecałe półtorej godziny później byłam w Londynie. Jednak zanim pojechałam do domu, była pewna sprawa, którą musiałam załatwić przed powrotem.

Kiedy wjechałam do podziemnego garażu, zauważyłam samochód Dar, zaparkowany na miejscu dla gości.
Zaparkowałam, zabrałam swoje rzeczy, nie mało się przy tym krzywiąc przez żebra, wsiadłam do windy i zaraz byłam w moim mieszkaniu.
Kiedy weszłam do mieszkania, zobaczyłam tam wszystkich, włącznie z osobą, którą nie miałam ochoty widzieć. O ile wcześniej o czymś rozmawiali, tak na mój widok zamilkli. Potem zerwał się straszny rejwach. Jeden mówił przez drugiego. Każdy miał coś do powiedzenia, a jedyne co chciałam to to, żeby choć na chwilę się zamknęli.
Postawiłam moją torbę na podłodze razem z torebką i miałam właśnie zdjąć płaszcz, kiedy ktoś się na mnie rzucił i mocno uścisnął. Była to Darcy. Zaczerpnęłam głośno powietrze, krzywiąc się z bólu.
- Boże, Darcy. Nie ściskaj mnie tak mocno.
- Kath, co ci jest? - spytała się, odsuwając na odległość ramion.
- To nic takiego, tylko pęknięte żebra. - mruknęłam cicho.
- Katherine, co ty robiłaś?!
- Nie ważne, później ci wytłumaczę, tylko daj mi się rozebrać.
- Okey. - powiedziała i się delikatnie uśmiechnęła. - Dobrze znów cię widzieć.
Uśmiechnęłam się, po czym zdjęłam buty, płaszcz, a na końcu komin i czapkę.
Potem usłyszałam jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze.
- Obcięłaś włosy?! - wykrzyknęła Toni.
Spojrzałam na nią i przejechałam dłonią po włosach.
- No tak. Podobają mi się takie. - uśmiechnęłam się. - A wam nie? - rzuciłam okiem na Harry'ego, który zacisnął usta w cienką linię. - Trudno. Ważne, że mi odpowiadają. A teraz przepraszam, ale idę się położyć. Jestem zmęczona, a lekarz kazał mi się nie przemęczać.
Po tych słowach, zgarnęłam swoje rzeczy i poszłam do mojej sypialni, z Darcy drepczącą mi po piętach.
- To może teraz mi wytłumaczysz, co się stało? - spytała, zamykając drzwi.
- Chodź. - poklepałam miejsce obok siebie na łóżku, a kiedy usiadła, zaczęłam mówić. - Cóż, od czego mam zacząć?
- Żebra?
- Miałam wypadek.
- Jakiego rodzaju?
- Sarna wyskoczyła mi na drodze. Ledwo co wyhamowałam, ale auto wpadło w poślizg i rozbiło o drzewa.
- Na pewno nic ci nie jest?
- Tak, to tylko pęknięte żebra. Rozcięcia na łuku brwiowym praktycznie już nie widać, a po wstrząśnieniu mózgu nie ma śladu. Tak jak i po zapaleniu płuc.
- A zapalenie płuc skąd?
- Szłam 4 mile na piechotę. W śnieżycę.
- Ty to masz postrzelone pomysły. No, ale gdzie w tym bałaganie ma miejsce Harry?
- Po zerwaniu z nim postanowiłam pojechać na kilka dni do Pemberley.
- Ale dlaczego z nim zerwałaś?
- Bo mnie zdradzał. Z Taylor Pieprzoną Swift.
- Żartujesz! - wykrzyknęła.
- Czy ja wyglądam jakbym żartowała?
- A to skurwiel. Ja mu jeszcze pokażę, że... - zaczęła wstawać z łóżka.
- Darcy, odpuść.
- Ale dlaczego? Należy mu się.
- Darcy. Oficjalna wersja jest taka: zerwałam z Harrym, bo nam się nie układało i miałam tego wszystkiego dość. Chciałam, żebyśmy od siebie odpoczęli.
- Upokorzył cię zdradzając z inną, a ty go jeszcze kryjesz?! Katherine, do cholery, co z tobą jest nie tak?!
- Nie zapominaj o jednym, Dar. - powiedziałam spokojnie. - On jest częścią zespołu. Nie chcę, żeby przeze mnie relacje między nimi się pogorszyły. Uwierz mi, tak będzie dla nas wszystkich najlepiej.
- Tak nie może być. To jak pieprzony syndrom sztokholmski. Będą na ciebie krzywo patrzeć, a on ma mieć się dobrze? Kath, nie rób sobie tego.
- Darcy, to definitywny koniec. Nie mam ochoty widywać się z Harrym, a tak...
- Wiesz co, nie kończ. Lepiej nie kończ, bo doprowadzisz mnie do białej gorączki, a wtedy to nie skończy się najlepiej dla wszystkich. - powiedziała kręcąc głową, po czym wszyła bez słowa z pokoju.
To by było na tyle, jeśli chodzi o normalny powrót do domu.

* Perspektywa Darcy. *

Gniew buzował we mnie jak nieposkromiony pożar. To co się działo, po prostu nie mieściło się w głowie.
- Darcy, wszystko w porządku? Co ona powiedziała? - spytał Zayn z troską w oczach.
- Niewiele. Tylko tyle, że miała wypadek, ale wszystko już jest okey. - mówiąc to patrzyłam na Harry'ego.
"Czujesz się winny?" mówiły moje oczy. Jednak jemu nawet mięsień na twarzy nie drgnął.
A mi puściły nerwy. Szybko podeszłam do Harry'ego i z całej siły go spoliczkowałam.
- Palant. - powiedziałam i z dumnie uniesioną głową wyszłam z salonu kierując się w stronę wyjścia.
Jeszcze jedna minuta tam spędzona, a szlag by mnie trafił.

* Perspektywa Harry'ego. *

Wiedziałem, że tak to się skończy. Po prostu nie mogła załatwić tego jak normalny człowiek, tylko odstawia ten cały cyrk.
Najpierw znika, potem nagle wraca, a teraz jeszcze ścięła włosy.
To było celowe, wiedziała, że uwielbiam jej piękne, długie loki.  Chociaż teraz, to w sumie nieważne. Niech sobie robi co chce. Droga wolna, sama ze mną zerwała.
Ale sam do tego doprowadziłeś.
Między nami się od dawna nie układało.
Bo dawałeś jej powody, żeby się martwiła, podejrzewała.
Sama też dała mi ich wiele.
Doskonale wiesz, że żaden z tych powodów nie był prawdziwy.
Może i nie, ale i tak coś musiało być na rzeczy. Taylor jest całkowicie inna niż Katherine. Jest jak powiem świeżego powietrza dla duszącego się człowieka.
Ale to Katherine jest tą, którą nadal kochasz.
Nie, to nie prawda. Już jej nie kocham. Już nie.
Ten cichy głos w mojej głowie nie dawał mi spokoju.
Potem pojawiła się Darcy, spoliczkowała mnie. Było pewne, że Katherine powiedziała jej prawdę.
- Dlaczego ona to zrobiła? - spytał zaskoczony Michael.
- Nie mam pojęcia. - powiedziałem, rżnąc głupa.
- Bo się dowiedziała, że ja i Harry ze sobą zerwaliśmy. - powiedziała Katherine wchodząc do salonu. - W sumie to ja zerwałam z nim, tak dla jasności.
- Ale dlaczego spoliczkowała Harry'ego, skoro to ty zerwałaś. - Niall zmarszczył czoło.
- Bo odniosła mylne wrażenie, że to była wina Harry'ego.
Dlaczego ona to robi? Dlaczego ona mnie kryje? Nic tu się nie trzyma kupy. Czuję, że ją dotkliwie zraniłem, a ona mimo to bierze całą winę na siebie. Czułem, że tak nie może być.
Właśnie miałem temu zaprzeczyć, kiedy Kath spojrzała na mnie znacząco, a jej oczy krzyczały bezgłośnie: "Nawet tego nie próbuj, Styles."
- Zerwałam, bo nam się nie układało, a oboje tylko na wzajem się męczyliśmy. Więcej nie musicie wiedzieć. - to mówiąc, skierowała się do kuchni.
Poszedłem za nią.
- Po co ty to robisz? - spytałem cicho.
- Jeszcze mi za to podziękujesz. - odparła równie cicho. - Pozdrów ode mnie swoją nową dziewczynę. Mam nadzieję, że dobrze jej z tym, że rozpieprzyła cudzy związek.
- Nie zapominaj, że to ty zerwałaś.
- Bo ty mnie zdradzałeś.
- Widywałem się z nią, ale z nią nie spałem.
- Skoro jesteś niewinny, to po co się tłumaczysz? - westchnęła ciężko. - Zresztą nic mnie to nie obchodzi. Nasz związek to przeszłość. Wybacz, ale jak na razie na przyjaźń z tobą się nie zdobędę, także... najlepiej jakbyśmy unikali siebie nawzajem.
- Skoro tak sprawiasz sprawę, to niech ci będzie.
Czułem się z tym wszystkim źle, ale nie mogłem tego okazać, po prostu nie mogłem.
Potem wyszedłem z pomieszczenia, zgarnąłem swoje rzeczy, rzuciłem "Cześć." na odchodnym i wyszedłem z mieszkania. Czułem, że to był jeden z nielicznych razów, kiedy znów się tu pojawię.

* Perspektywa Katherine. *

Oparłam się ciężko o blat kuchenny. Nie wiem, skąd miałam siłę z nim tak normalnie rozmawiać, kiedy w środku aż mnie skręcało z nerwów.
Nawet nie przypuszczałam, że będzie mi aż tak ciężko widzieć go, a rozmawiać tym bardziej.
Ale nie mogę tego roztrząsać. Muszę iść do przodu, nie zważając na przeszłość i niepewną przyszłość.
- Wszystko w porządku? - spytał Liam.
- Przegrałeś ciągnąc zapałkę?
- Właściwie, to graliśmy w "Kamień, papier, nożyce.", ale fakt faktem przegrałem.
- Przykro mi. - mruknęłam. - Ale pocieszę cię, bo nie musisz się wysilać. Nic mi nie jest. - obraz mi się zamazał. - Naprawdę wszystko jest okey. Mam się dobrze. W końcu, to ja zerwałam, to dlaczego mam się czuć z tym źle? - łza spłynęła mi po policzku i szybko ją wytarłam.
Liam podszedł do mnie i mocno przytulił.
- Hej. - szepnął. - Będzie lepiej, zobaczysz. Może teraz tak nie myślisz, ale uwierz mi, będzie. Nawet jeśli to ty zerwałaś, to nie zmienia to faktu, że to cię boli. - objął mnie jeszcze mocniej i tak trwaliśmy przez chwilę.
- Dziękuję. - przetarłam twarz dłońmi. - Tego właśnie potrzebowałam. - uśmiechnęłam się delikatnie. - I przepraszam za to moje małe załamanie. Nie miałam tego w planach.
- Tego nikt nie planuje. To po prostu się dzieje. - odwzajemnił uśmiech.
- Coś w tym jest.
- Idziesz? - spytał wskazując na drzwi.
- Tak, zaraz do was przyjdę. Muszę coś jeszcze coś zrobić.
- No to czekamy. - odparł i wyszedł z kuchni.
Postanowiłam dodać zdjęcie na Twittera. Zrobiłam sobie zdjęcie, dodałam opis i tweet zamieszczony. Teraz tylko się tego trzymać.


_____________________________
Kolejny rozdział oddaje w wasze ręce. Nie jestem pewna co mam o nim myśleć, ale mam nadzieję, że wam się podoba.
Przypominam o ankietach , które są na pasku z lewej strony.
W zakładce "Mismatched Couple" znajdziecie moje kolejne. Właśnie pojawił się tam pierwszy rozdział także zapraszam.
Mam do was ogromną prośbę. Piszcie w komentarzach co myślicie o rozdziałach. To dla mnie bardzo ważne i daje motywację do dalszego pisania.

Buziaki. xx
~unromanticgirl

piątek, 31 stycznia 2014

Święta i niezbyt przyjemny Sylwester.

Tak jak było do przewidzenia, do Londynu wróciłam dopiero w południe, ale do studia przyjechałam dopiero gdzieś koło 13. Musiałam przecież pojechać do mieszkania, zostawić torbę, przebrać się [LINK] i poprawić makijaż (wyglądałam jak pieprzone zombie).
Zaraz potem szybko pojechałam do studia. Na szczęście, w sali, w której pracowałam, nikogo nie było, także mogłam spokojnie wziąć się do roboty.
Pracowałam już jakąś godzinę, kiedy na telefon przyszło mi powiadomienie, że dostałam e-mail. Szybko włączyłam internet w laptopie i zalogowałam na pocztę. Okazało się, że to był alert dotyczący mojej osoby. Otworzyłam wiadomość i weszłam w link podany w e-mailu. Okazało się, że to jest jakaś strona plotkarska, a to co na niej zobaczyłam, zagotowało krew w moich żyłach.

Wiem, że po przeczytaniu tego artykułu, nie zachowywałam się zbyt racjonalnie.
Byłam tak wściekła, że rzuciłam w ścianę tym co miałam pod ręką. Był to akurat mój telefon. Na moje nieszczęście, siła z jaką uderzył w ścianę, rozbiła ekran, a potem jeszcze się odbił, także niefortunnie zderzył się z kantem stołu.


Kiedy podniosłam go z podłogi okazało się, że ma jeszcze rozbitą tylną obudowę w taki sposób, że nawet karty SIM nie mogłam wyciągnąć. Jak widać na nic się zdało silikonowe etui.
Nie chciałam myśleć o tej chorej sytuacji, dlatego skupiłam się na pracy. Jednak pisanie w ogóle mi nie szło.
Przez to większą część czasu myślałam o tym wszystkim, ale to mi w niczym nie pomagało, czułam się tylko gorzej.
Równo z wybiciem osiemnastej, opuściłam studio i pojechałam do mieszkania. Po drodze zauważyłam, że te sępy (czyt. paparazzi) szukają sensacji, dlatego mnie śledzą.
Och, nie myślcie sobie, że dam wam o czym pisać, pismaki jedne.
Kiedy byłam na miejscu, szybko się przebrałam [LINK] i wyszłam z domu. Moim pierwszym przystankiem była siłownia. W końcu trzeba się jakoś wyładować.
Na początek bieżnia. Cóż, wysiłek fizyczny czasami pomaga uporządkować myśli.
Następnie stepery poprawiające wydajność. Jednak to nie wiele pomagało. Byłam wściekła, a na to trzeba coś innego kalibru.
Dlatego właśnie byłam w salce bokserskiej i uderzałam pięściami w worek. Nie myślcie sobie, że wyobrażałam sobie, że to Harry, albo ta cała Swift.
Miałam wrażenie, że to siebie uderzam, za słabość, za to, że czuję się winna.
Ale skąd to poczucie winy? Przecież nie miałam większego wyboru z tym powrotem. A jednak...
Kolejnym moim celem był basen. Nie martwcie się, wcale nie miałam zamiaru się topić. Po prostu nie byłam wstanie poradzić sobie z własnymi uczuciami, a gdybym teraz wróciła do mieszkania... prawdopodobnie  skończyłabym na użalaniu się nad sobą. Chociaż czy ja teraz tego nie robiłam.
Hmm... Tyle pytań bez odpowiedzi.
Po wizycie w pływalni, zahaczyłam o centrum handlowe. W końcu musiałam kupić drugi telefon. W salonie Apple gość o imieniu George ponad 20 minut próbował otworzyć telefon, żeby wyjąć tą cholerną kartę, ale gdy w końcu mu się to udało, obudowa rozleciała się całkowicie.
To by było tyle, jeśli chodzi o telefon, który miałam zaledwie pół roku. Taa, należę  do tych co dziwnym sposobem szybko psują się telefony, ale ten chyba i tak wytrzymał najdłużej.
W końcu po odwiedzeniu wszystkich możliwych sklepów z damską odzieżą i zignorowaniu chyba ze 30 prób dodzwonienia się do mnie, wróciłam do domu.
Myślałam, że będę sama jeszcze przez jakiś czas, ale jak się okazało, wszyscy (tzn. Danielle, Darcy, Eleanor, Megan, Michael, Toni) już tam byli i czekali na mnie. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, kiedy zauważyłam z nimi Ed'a. Serio, on i Darcy w jednym pomieszczeniu, to rzecz nie spotykana.
- Cześć? - powiedziałam.
- Gdzie byłaś? - spytała Darcy. - Martwiliśmy się o ciebie.
- Nie było  potrzeby, po prostu spędziłam trochę czasu na siłowni i basenie, a potem robiłam zakupy.
- To dlaczego nie odbierałaś?
- Popsuł mi się telefon.
- Jakoś ci nie wierzę.
W odpowiedzi na to położyłam rozbity iPhone.
- Ehm... Popsuł to mało powiedziane. - stwierdził Michael.
- No co ty nie powiesz. - odparłam unosząc brwi.
Odwróciłam się z zamiarem opuszczenia salonu, ale zatrzymały mnie słowa Darcy.
- Co, teraz masz zamiar zamknąć się w pokoju i użalać się nad sobą?
Wkurzyłam się. Cały dzień staram się tego nie robić, ignorować to, co piszą w prasie, nie okazywać bólu.
Jedyną oznaką mojego gniewu były zaciśnięte pięści.
- Czujcie się jak u siebie w domu. Niestety do was nie dołączę. Jestem zmęczona i się położę. - powiedziałam spokojnie nie odwracając się.
Potem wyszłam z salonu.
Tak jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Jednak sen nie przyniósł mi upragnionego spokoju.
Moja podświadomość przeżywała tą sytuację znacznie bardziej niż pozwalałam to sobie przyznać.
Śniło mi się, że Harry zdradza mnie, na moich oczach.
Obudził mnie czyjś głos i lekkie potrząsanie moim ramieniem.
- Katherine, obudź się. Musimy porozmawiać.
Dobrze znałam właściciela tego głosu i nie miałam ochoty z nim rozmawiać.
- Idź sobie. - mruknęłam i zakryłam twarz kołdrą.
- Nie wyjdę stąd dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Idź do diabła.
- Wcale tak nie myślisz. Po prostu mnie wysłuchaj, a potem zrobisz co zechcesz.
- Nie mam ochoty słuchać twoich tłumaczeń, a tym bardziej z tobą rozmawiać.
- Katherine, proszę.
- Masz 5 minut. Mam nadzieję, że to będzie warte tego czasu.
Usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego. Mimowolnie zauważyłam, że  jest już dzień. (Ile ja spałam?!)
- To co pisze prasa nie jest prawdą.
- W takim razie co? Bo zdjęcia mówią same za siebie.
- Owszem, spędziłem z nią trochę czasu na afterparty i  tak, odwiozłem ją do hotelu, ale to nie to co myślisz.
- To może mi się przywidziało albo prasa ma tak dobrego photoshopa, że nie widać doklejonych złączonych rąk. No chyba, że wy naprawdę się trzymaliście za ręce.
- To ona złapała mnie za rękę, bo otoczyli nas paparazzi i nie byli oni zbyt mili, a chcieliśmy dotrzeć do samochodu.
To co mówił, nie trzymało cię kupy. Po prostu nic tu nie miało sensu, ale jakiś głupi głos w mojej głowie cały czas powtarzał: "Uwierz mu! To nic ważnego. Przecież nie zrobił nic wielkiego." I uwierzyłam, chociaż wiedziałam, że będę kiedyś tego żałować.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - powiedziałam. - Co nie zmienia faktu, że nie powinieneś tego robić
- Wiem i żałuję, że cię zawiodłem. - na jego twarzy pojawiła się skrucha.
Czy wam też wydaje się to mocno naciągane? Mnie bardzo, ale nie chciałam się w to zgłębiać.
- Która godzina? - zmieniłam temat.
- Za dwadzieścia dziesiąta.
- Cholera jasna! - krzyknęłam, wyskakując z łóżka jak oparzona. - Zaspałam do pracy! Jestem spóźniona! Dzisiaj zaczynamy nagrywanie i muszę tam być.
Szybko się ubrałam [LINK], minęłam Harry'ego o nie określonym wyrazie twarzy i zbiegłam po schodach. Chwilę później złapałam klucze do samochodu i wbiegłam do windy.
Nie najlepszy początek dnia.
Tak jak było do przewidzenia, zaczęli nagrywanie beze mnie, ale nie obyło się bez litanii na temat mojego spóźnienia.
Dzisiaj było o tyle inaczej, że Conor rozpoczął nagrywanie, także musiałam dokładnie słuchać i gdzie nie gdzie poprawiać tekst albo gdzie ma zmieniać tonację itd.
Pracowaliśmy już 2 godziny bez żadnej przerwy.
- Jeszcze raz, ale tym razem nieco bardziej wyciągnij końcówkę. - powiedziałam.
Zaśpiewał jeszcze raz.
- Teraz było dobrze. Dwadzieścia minut przerwy, bo się przeforsujesz. - stwierdziłam.
- Katherine... - zaczął Conor.
- Ona ma rację. - poparł mnie Aaron, jeden z dźwiękowców, a zarazem dobry znajomy Conora. - Jak się teraz przeforsujesz, to będą nici z nagrywania.
- To może zjemy chińszczyznę? - spytał Gordon, realizator dźwięku.
- Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę na pizzę. - stwierdziłam.
W ten sposób przerwa wydłużyła się z dwudziestu minut do prawie półtorej godziny.
A potem znów ciężko pracowaliśmy nad płytą.

Dni szybko mijały, a do świąt było coraz bliżej. Zamiast być lepiej, było coraz gorzej. Dlaczego, spytacie.
Może dlatego, że coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy albo dlatego, że Harry unikał odpowiedzi na moje pytania, albo dlatego, że ja powoli przestawałam mu ufać.
Na domiar złego, jego mama zaprosiła nas na święta i w żaden sposób nie mogłam się z tego wykręcić. Po prostu sytuacja bez wyjścia.
Gdy w końcu nadeszło Boże Narodzenie, nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym rodzinnym spotkaniu.
Właśnie ubierałam się w strój [LINK], który sobie naszykowałam, kiedy coś sobie uświadomiłam - to są moje pierwsze święta bez dziadka. Muszę przyznać, że niezbyt wiele o nim ostatnio myślałam. Jednak wciąż bardzo mi go brakuje. On by wiedział, co teraz robić.
- Katherine, jesteś już gotowa?! Jeśli nie chcemy się spóźnić, musimy już jechać. - przerwał moje rozmyślenia Harry.
- Jeszcze chwilkę! - odkrzyknęłam.
W sumie, to w Londynie zostaliśmy tylko my. Darcy pojechała do mamy do Dorset, Zayn jest w Bradford z rodziną, Liam w Wolverhampton, Louis i Eleanor są w Doncaster, Niall w Mullingar, Michael i Toni to Bóg jeden wie gdzie oni są, chociaż przypuszczam, że są u rodziców Toni, no i została Megan. Cóż, początkowo miała zostać ze mną albo pojechać z Niallem, ale ostatecznie okazało się, że pojechała do taty do Sydney. To by było tyle jeśli chodzi o naszą paczkę.
- Idziesz?! Bo pojadę bez ciebie!
- Wiesz, bardzo chętnie. - mruknęłam pod nosem, a potem krzyknęłam. - Boże, jaki ty w gorącej wodzie kompany! Już idę! Zresztą i tak jedziemy moim autem!
Całą drogę do Holmes Chapel głównie milczeliśmy albo rozmawialiśmy o jakiś błahostkach typu pogoda czy co zaplanowała jego mama.

Mama Harry'ego przyjęła nas bardzo serdecznie. Świąteczny obiad był przepyszny, a rozmowy przy stole luźne, spokojne i niezobowiązujące.
Kiedy rozmowa zeszła na Madison Square Garden, omal się nie udławiłam pieczenią, którą właśnie jadłam. Gdyby Gemma nie poklepała mnie po plecach, to zapewne by się tak stało.
- Wszystko w porządku? - spytała Gemma  z troską.
Skinęłam głową i napiłam się nieco wody.
Harry zachowywał się jakby niczego nie zauważył.
Nagle gdzieś zniknęła ta luźna atmosfera i można było wyczuć to napięcie między nami. Anna starała się ratować sytuację ja tylko mogła, dlatego cały czas nas zagadywała, a my się ignorowaliśmy. To znaczy ja co jakiś na niego zerkałam, a on patrzył wszędzie, tylko nie na mnie. Okeeey, to była dopiero dziwna sytuacja.
Żeby już bardziej nie psuć tego obiadu, wysiliłam się dwa razy bardziej i starałam się być miła dla wszystkich, nawet dla Harry'ego, który zrobił dziwnie oschły, jakbym mu coś zrobiła.
Gemma rzuciła mi pytające spojrzenie i wskazała głową na swojego brata, a ja tylko wzruszyłam ramionami, nie wiedząc co miałabym jej powiedzieć.
W końcu nadszedł czas na prezenty. Atmosfera nieco się rozluźniła. Siedzieliśmy popijając kawę i rozpakowując prezenty.
Zadzwonił telefon Harry'ego. Sprawdził wyświetlacz i momentalnie się szeroko uśmiechnął.
- Przepraszam, to pilne. Muszę odebrać. - powiedział i wyszedł z salonu.
Co byście zrobiły na moim miejscu?
Jakieś 2 minuty później spytałam gdzie jest toaleta i też wyszłam z salonu.
Na moje szczęście czy nieszczęście, Styles nadal rozmawiał przez telefon. Tak, będę się za to smażyć w piekle, bo podsłuchiwałam własnego chłopaka.
- Tak, Tay. Postaram się być na Sylwestra w Nowym Jorku.
- ...
- Co? Nie, z nią nie będzie żadnego problemu. Ona o niczym nie wie.
- ...
- Pewnie, że już nie mogę się doczekać, żeby się z tobą zobaczyć.
- ...
- Oczywiście. To do zobaczenia w Nowym Jorku, Taylor. - rozłączył się.
Teraz to na serio musiałam pójść do łazienki. Nie myślcie, że poszłam sobie poryczeć czy coś, co to, to nie. Chociaż w życiu bym nie pomyślała, że puszczę pawia po usłyszeniu cudzej rozmowy telefonicznej. To mnie nieźle zdziwiło.
Po przemyciu twarzy i poprawieniu makijażu, wróciłam do salonu.
- Harry, moglibyśmy porozmawiać chwilę? - zerknęłam na pozostałe osoby w pokoju. - Na osobności?
- Jasne. - odparł.
- Wszystko w porządku, Katherine? Jesteś bardzo blada. - powiedziała Anna.
- Tak, nic mi nie jest. - wciąż patrzyłam na wstającego Harry'ego, po czym odwróciłam się do Anny  i się  uśmiechnęłam.
Następnie odwróciłam się, nałożyłam mój sweter, zgarnęłam botki i wyszłam na taras.
- Co jest tak ważnego, że musimy teraz o tym gadać? - spytał zamykając za nami drzwi.
- My.
- A co z nami nie tak?
- Ignorujesz mnie przez większość dzisiejszego dnia, nie mówisz mi prawdy, nie odpowiadasz na pytania, kłamiesz i do tego cały czas z kimś rozmawiasz przez telefon albo smsujesz. Mam dalej wymieniać?
- Ale o co ci chodzi?! - na jego twarzy widniała irytacja.
- Mam zgadywać z kim tak często rozmawiasz? Hmm.... Może z Taylor?
- Nie rozmawiałem z nią od afterparty. - nawet nie mrugnął kłamiąc.
- Jak możesz mi tak kłamać w żywe oczy?! - krzyknęłam. - Tak, Tay. Postaram się być na Sylwestra w Nowym Jorku. Nie, z nią nie będzie żadnego problemu. Ona o niczym nie wie. Pewnie, że już nie mogę się doczekać, żeby się z tobą zobaczyć. - niezbyt udolnie udawałam jego głos.
- Podsłuchiwałaś mnie! - widziałam, że się wkurzył.
- Nie zmieniaj teraz tematu. Myślałeś, że się nie dowiem? Powiedz mi, jak długo mnie z nią zdradzasz? A może już spaliście ze sobą, co?
- Oszalałaś. - powiedział gniewnie. - Z nikim cię nie zdradzam i z nikim nie sypiam, poza tobą, oczywiście.
- Ja już ci nie wierzę, Harry. - westchnęłam i oparłam się o balustradę. - To wszystko jest bez sensu. Ciągle się kłócimy, nieustannie ranimy. Mam tego dość.
- Katherine... - zaczął Harry, doskonale wiedząc co chcę powiedzieć.
- Oboje się męczymy w tym związku, więc po co to ciągnąć. Sam kiedyś powiedziałeś: "Kończy się zaufanie, kończy się związek.", a ja nie tylko ci nie wierzę, ale też nie ufam. Zakończmy ten związek zanim całkowicie się znienawidzimy.
- Ale...
- Ja już podjęłam decyzję. Zanosiło się na to już od dłuższego czasu. Także, żegnaj Harry i mam nadzieję, że znajdzie się w końcu taka dziewczyna, która całkowicie zawładnie twoim sercem i w końcu zrozumiesz, co to znaczy naprawdę kogoś kochać.
Po tych słowach, ledwo hamując łzy, weszłam z powrotem do domu.
Przeprosiłam Annę, że muszę już jechać, ale naprawdę niezbyt dobrze się czułam i jak najszybciej chciałam wrócić do domu.
- A co z Harrym? - spytała, gdy wszedł do domu trzaskając drzwiami tak, że zadzwoniły szyby w oknach.
- Myślę, że lepiej będzie, jeżeli on trochę u was zostanie.
- Czy coś się stało? Pokłóciliście się?
- Harry wam wszystko wytłumaczy. - zresztą ma z czego. - Ja już naprawdę chcę wracać do Londynu.
- Oczywiście, nie będę cię dłużej zatrzymywać. - spojrzała na mnie matczynym wzrokiem. - Uważaj na siebie. - powiedziała, po czym mocno mnie przytuliła. - Poczekaj, dam ci kawałek ciasta do domu.
- Naprawdę nie trzeba. - powiedziałam, ubierając się.
- Owszem trzeba. - odpowiedziała z kuchni.
Chwilę później wróciła z reklamówką, w której oprócz ciasta były także prezenty od nich. Za nią pojawiła się Gemma.
- Szkoda, że już jedziesz. - powiedziała i mnie przytuliła. - Fajnie się z tobą gadało. - uśmiechnęła się.
- Mam do ciebie prośbę.
- Jaką?
- Możesz wziąć od Harry'ego kluczyki do samochodu?
- Pewnie. - odparła i wróciła się do salonu.
Jednak to on sam przyniósł mi kluczyki. Podał mi je i poszedł do kuchni.
Jeszcze raz uścisnęłam Annę i Gemmę, powiedziałam ojczymowi Harry'ego "do widzenia" i już mnie nie było.
Niewiele pamiętam z drogi do Londynu. Czułam się tak, jakbym wyłączyła myślenie.
Przyjechałam do mieszkania, spakowałam niewielką torbę i znów znalazłam się w samochodzie, jadąc do jedynego miejsca, w którym mogłam poczuć się teraz lepiej - Pemberley.
Jednak zanim skręciłam na drogę wiodącą właśnie tam, w Winchester odwiedziłam cmentarz.
Wiem, nie jest to odpowiedni moment na chodzenie po cmentarzu, bo było już całkiem ciemno, a w radiu zapowiadali duże opady śniegu, ale po prostu musiałam odwiedzić grób dziadka.
Gdy już tam się znalazłam, kucnęłam przy grobie i zaczęłam mówić o wszystkim co się wydarzyło od śmierci dziadka, tak jakbym mu o tym wszystkim opowiadała.
Nie wiem jak długo tam siedziałam, ale zaczął padać gęsty śnieg i musiałam wracać do samochodu.
Kiedy już do niego doszłam, ledwo co mogłam nim ruszyć. Przejechałam może niecały kilometr, kiedy na drodze wyskoczyła mi sarna. No ale serio?! Nigdy tu nie widziałam żadnej sarny i akurat musiała wyskoczyć dzisiaj, kiedy strasznie pada i jest ograniczona widoczność.
Żeby nie rozjechać tej sarny, gwałtownie zahamowałam, a "cudowny" śnieg sprawił, że wpadłam w poślizg. Samochodem zarzuciło mocno w prawo, także uderzyłam bokiem w drzewa, a jedyne co byłam w stanie pomyśleć, to: "Boże, nie miałeś kiedy?!".
Potem chyba straciłam przytomność na kilka minut, ale kiedy się ocknęłam, zauważyłam tą cholerną sarnę idącą spacerkiem.
- No bez jaj. - warknęłam.
Wysiadłam z samochodu i obejrzałam zniszczenia. Wgniecenia, wybita szyba, rozbity reflektor, ale poza tym nie jest tak źle. Wsiadłam do samochodu i spróbowałam odpalić silnik - nic z tego.
- Spokojnie, Katherine. Nie panikuj. Zadzwonisz po pomoc i wszystko będzie dobrze. - mówiłam do siebie szukając telefonu w torebce.
Taa, już zadzwoniłam. Pięknie, telefon się rozładował, bo ktoś zapomniał go naładować. Pogratulować geniuszu.
Podsumowując, rzuciłam chłopaka, rozbiłam samochód, telefon się rozładował, utknęłam w szczerym polu, do najbliższych domów jest ze kawał drogi, pada gęsty śnieg, a ja jestem w botkach na wysokim obcasie i niezbyt odpowiednim stroju na taką pogodę.
Pozostają mi dwie opcje. Pierwsza, to liczyć na cud, że ktoś będzie tędy przejeżdżał, a druga to zamknąć samochód i iść do mista.
Po ostatnich wydarzeniach, na cud nie liczę, nawet taki Bożonarodzeniowy. Dlatego wzięłam torebkę i torbę z bagażnika, zamknęłam samochód i poszłam wzdłuż drogi w stronę centrum miasta.
Było mi cholernie zimno, włosy mi zamarzały, wiatr chłostał po twarzy, a śnieg padł prosto na mnie. Już dawno byłam cała mokra i zdążyłam z milion razy wykląć swoją głupotę.

Według zegarka, droga zajęła mi ponad 2 godziny. Gdyby nie ten śnieg i to, że szłam pod prąd, to zajęło by mi to o wiele mniej.
Zauważyłam parę idącą pospiesznie w stronę centrum miasta.
- Przepraszam - krzyknęłam, a oni zatrzymali się i odwrócili się w moją stronę.
Musiałam wyglądać jak ofiara losu.
- Przepraszam. - podeszłam do nich. - Czy mają może państwo przy sobie telefon?
- Tak, czy coś się stało? - spytała kobieta, ciaśniej obejmując ramię mężczyzny.
- Niedaleko Magdalen Hill Cemetery  mój samochód wpadł w poślizg, a mój telefon się rozładował i nie mogłam wezwać pomocy. Mogliby mi państwo pożyczyć telefon, żebym mogła zadzwonić?
- Oczywiście. - powiedziała kobieta i podała mi telefon.
- Magdalen Hill Cemetery jest jakieś 4 mile stąd i szła pani tyle na piechotę?
- Silnik nie chciał zapalić, to musiałam iść.
- Wie pani, że minęła pani szpital? - spytał.
- Musiałam go przeoczyć. - mruknęłam.
Wpisałam numer do Nany i czekałam aż odbierze.
- Halo? - odebrała po 4 sygnałach.
- Nana tak dobrze cię słyszeć. Możesz przysłać kogoś na Quarry Road? Byłam u dziadka na cmentarzu i kiedy wracałam, to samochód wpadł w poślizg.
- O Matko! Nic ci nie jest? Zaraz przyjadę po ciebie z Robem.
- Nic mi nie jest. Tylko się pospieszcie, bo jest mi strasznie zimno.
- Już jedziemy. Trzymaj się. - rozłączyła się.
- Bardzo państwu dziękuję, za pożyczenie mi telefonu. - zwróciłam się do tej pary.
- Nie ma za co. - odparła kobieta, po czym zmarszczyła brwi. - Pani krwawi.
- Naprawdę? - zdziwiłam się. - Chłód już dawno powinien zahamować krwawienie. Tak poza tym, to jestem Katherine.
- Joanna, a to mój mąż Peter.
- Miło was poznać, mimo tych dziwnych okoliczności.
Rozmawiali ze mną dopóki nie pojawiła się Nana. Potem się z nami pożegnali i poszli sobie. Ja miałam ochotę pojechać prosto do Pemberley, ale Nana się uparła, że pojedziemy najpierw do szpitala i upewnimy się, że na pewno nic mi nie jest.

Jak się okazało wcale tak dobrze ze mną nie było i lekarz był zdziwiony, że zdołałam tyle przejść na piechotę.
Miałam dwa pęknięte żebra (przez poduszkę powietrzną), rozcięty łuk brwiowy, lekkie wstrząśnienie mózgu, niewiele brakowało, a bym dostała hipotermii, miałam odmrożenia pierwszego stopnia i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje obrażenia.
W tym przypadku mogłam pomarzyć o powrocie do Pemberley i zostałam na noc na obserwacji w szpitalu. Cudowne święta, prawda? Zamiast świątecznego cudu, mamy świąteczną katastrofę.

To już się pewnie domyślacie, jak spędziłam resztę świąt, włącznie z Sylwestrem.
To wszystko przeleżałam w łóżku, ponieważ nabawiłam się dodatkowo zapalenia płuc. Ponadto musiałam czekać na samochód, aż wróci z naprawy, także utknęłam w Pemberley do mniej więcej 3 stycznia.
Może to i lepiej. Nie musiałam się męczyć z tym wszystkim.
Prasa dowiedziała się o zerwaniu, nagrano Harry'ego jak w Nowym Jorku całował się z Taylor Swift o północy.
Na szczęście nikt nie dowiedział się o moim wypadku. Chociaż tyle dobrego w tym całym bagnie, którym ostatnio jest moje życie.

_______________________
Boże, tak na ostatnią chwilę dodaję ten rozdział.
Bardzo was przepraszam, że nie wcześniej, ale trochę źle zgrałam się czasowo.
Mam nadzieję, że podoba się wam rozdział, bo ja nie jestem do niego przekonana.
Z lewej strony jest ankieta. Wypełnienie jej zajmie wam chwilkę, a mi nieco rozjaśni sytuację.

Chciałabym jeszcze ogromnie podziękować mojej drogiej Moni, która po raz kolejny zrobiła dla mnie nagłówek i jest cudowny.

Zapraszam także na moje nowe opowiadanie, które znajdziecie w zakładce "Mismatched Couple". Na razie jest tylko prolog, ale niedługo ma się pojawić pierwszy rozdział. :)

Buziaki. xx

~ unromanticgirl

niedziela, 22 grudnia 2013

Madison Square Garden.

Ostatnimi czasy, wiele się dzieje w naszym życiu. Chłopcy wydali Take Me Home, Niall i Megan zostali oficjalnie parą (co nie obyło się bez dramy na Twitterze), okazało się, że 1D będą mieli w grudniu koncert na Medison Square Garden i... mój związek z Harrym, to ostatnio jedna wielka porażka, ale to już wiecie i od dłuższego czasu was tym zanudzam. Co z Noelle? Szczerze, to nie wiem. W każdym bądź razie nie pojawiła się więcej w moim mieszkaniu i dla dobra związku Horana z moją kuzynką, nikt o tym nie rozmawia.
Dobra, nie wytrzymam. Muszę to gdzieś napisać czy powiedzieć komuś, bo szlag mnie trafi. Chciałabym o tym zapomnieć.
Chodzi o to, że...
To był poniedziałek. A może wtorek? Nie, poniedziałek. Oj, mniejsza z tym.
Tak jak każdego dnia, od ponad 3 miesięcy, siedziałam w studiu i pracowałam nad piosenkami do nowego albumu Conora.
Tego dnia byłam w studiu do późnych godzin nocnych. Byłam pewna, że nie ma nikogo w studiu, poza mną i ochroną, dlatego byłam mocno zdziwiona, kiedy pojawił się tu Conor.
Nie miało go dzisiaj tu być, tym bardziej o tej porze.
- Co ty tu robisz? - spytałam lekko zaskoczona.
- Mógłbym cię spytać o to samo.
- Kończę "Lost Happiness". Chcę teraz zrobić jak najwięcej, bo za niecałe 2 tygodnie jadę do Stanów, na koncert mojego chłopaka.
- Rozumiem, myślę, że to żaden problem. - uśmiechnął się. - A właśnie, jak tam twój chłopaczek?
- Nie nazywaj go tak i ma się całkiem dobrze, a teraz przepraszam, ale chciałabym wrócić do pracy.
I przez jakiś czas mogłam spokojnie pracować, poza tym, że denerwowało mnie to jak zaglądał mi przez ramię i oglądał poprawki, które wprowadzałam. Zignorowałam go.
Potem poczułam jak kładzie dłoń na moich plecach, to również zignorowałam, ale zaczął mnie głaskać po karku, to myślałam, że szlag mnie trafi.
- Mógłbyś przestać?
- Przeszkadza ci to?
- Tak! - spojrzałam na niego jak na idiotę.
Conor obrócił fotel, na którym siedziałam, także byłam teraz dokładnie naprzeciw niego.
- Ale dlaczego to ci przeszkadza? - spytał pochylając się nade mną. - Jakoś twoje ciało mówiło co innego.
- To jakoś kiepsko czytasz z mowy ciała. - próbowałam wstać, ale popchnął mnie z powrotem na fotel i pochylił się jeszcze bardziej nade mną. - Przestań. - powiedziałam.
- Wiem, że tego chcesz. - szepnął mi do ucha, gładząc mój policzek. - Katherine, nie bądź taka. Tylko trochę się zabawimy. - musnął moje usta, a ja odruchowo uderzyłam go z liścia w twarz.
- Nigdy więcej tego nie rób! - krzyknęłam, wstając z fotela. - Łączą nas relacje czysto zawodowe i nie próbuj tego zmieniać. Doskonale wiesz, że jestem zajęta, a nawet gdybym nie była, to też nie rób sobie nadziei.
- Co tak ostro? - spytał, masując swój czerwony policzek. - Z tego co słyszałem, to ten twój związek się sypie, także równie dobrze mogłabyś się ze mną... trochę zabawić.
- Czy ty się aby na pewno dobrze czujesz? Bo bredzisz jakbyś miał gorączkę. Nigdy, ale to nigdy, nie zabawię się z tobą, jak ty to ująłeś.
- Jeszcze zmienisz zdanie. - mówiąc to podszedł do mnie, przyparł mnie do ściany i zaczął całować. Broniłam się jak mogłam, odpychałam go, biłam na oślep. Miałam właśnie posunąć się do ostateczności i kopnąć go w krocze, ale wtedy drzwi się otworzyły... Pewnie już się domyśliliście. W moim przypadku, to chyba pieprzona historia lubi się powtarzać. To takie frustrujące. Czasami mam wrażenie, że przyciągam jak magnes jakiś zboczeńców czy coś.
Dlaczego?
Po pierwsze - Igor. Próbował mnie zgwałcić, Alan go pobił.
Po drugie - Nathan. Po pijaku zaczął mnie całować, Harry go pobił.
Po trzecie - Conor.
To się nazywa zasrane szczęście.
W takich momentach czuję się jak idiotka. Tak po prostu stałam i patrzyłam jak Harry spuszcza mu łomot.
A potem tak jakbym się ocknęła.
- Boże, Harry przestań! Zabijesz go!
- I bardzo dobrze. - odparł, kopiąc go w brzuch.
- Przestań! Już wystarczy. Już zapłacił za swoje. - powiedziałam mocno łapiąc Harry'ego za ramię.
Chłopak przestał, gwałtownie oddychając.
- Zapomnijmy o tym co tu się stało, dobrze? - spojrzałam na Conora. - Ty nie wniesiesz oskarżenia o pobicie, ja nie zgłoszę próby gwałtu, zrozumieliśmy się? - Conor skinął powoli głową, a ja mu podałam rękę, żeby pomóc mu wstać.
Potem złapałam moją torebkę leżącą na stole i wyciągnęłam Hazzę z budynku studia.
Szliśmy w milczeniu do samochodu Loczka, kiedy on w końcu postanowił się odezwać.
- Jak to jest, że za każdym razem jakiś fagas przyczepi się akurat do ciebie?
- No chyba nie myślisz, że ja ich zachęcam? - zatrzymałam się gwałtownie.
- Zastanawiałem się nad tym.
- No chyba ocipiałeś! Ja nie mam do cholery co robić, tylko zachęcać facetów do "rzucania" się na mnie. Brawo Styles, skoro masz takie zdanie o mnie.
Wtedy on mnie uderzył, a mnie normalnie zatkało. Zaszokowana złapałam się za czerwony policzek i spojrzałam wściekle na Harry'ego.
- Katherine, ja...
- Zamilcz! - krzyknęłam.
- Ale...
- Po prostu się zamknij, już wystarczająco dzisiaj powiedziałeś i zrobiłeś. - odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w stronę ulicy.
- Zaczekaj, podwiozę cię!
- Dziękuję, wolę się przejść.
Usłyszałam trzask zamykanych drzwi samochodu i pomruk silnika. Chwilę później Harry jechał tuż obok mnie.
- Katherine, podwiozę cię.
Zignorowałam go i dalej szłam przed siebie.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałem tego zrobić.
Nadal go ignorując wyjęłam telefon z torebki i wybrałam numer do Darcy.
- Hej Darcy. Nie przeszkadzam?
- Nie. Czy coś się stało?
- Nie, ale mogłabyś po mnie przyjechać?
- Mówiłaś, że Harry cię odbierze.
- Wiem, ale mogłabyś przyjechać?
- Oczywiście, gdzie jesteś? Zaraz tam będę.
- Katherine, wsiadaj do tego cholernego samochodu! - krzyknął Harry.
- Zaraz, czy to nie Harry? - spytała zaskoczona Darcy.
- Owszem, ale nie mam zamiaru nigdzie z nim jechać. Opowiem ci wszystko potem. Idę w stronę Starbucks'a  koło studia. Do zobaczenia.

Piętnaście minut później siedziałam razem z Darcy popijając gorącą kawę i rozmawiając o tym co się stało.
- Harry nie powinien tak się zachować. - stwierdziła Darcy. - Ale nie skreślaj go jeszcze. Zrobił to w przypływie emocji. Może to go nie usprawiedliwia, ale daj mu szansę.
- Darcy, nie wiem czy warto. Kocham go, bardzo, ale z każdym dniem jest coraz gorzej. A kiedy znów jest dobrze, wtedy dzieje się coś, co to wszystko niszczy.
- Poczekaj na rozwój wypadków. Może to, że cię uderzył podziała na niego jak katalizator i przestanie się zachowywać jak totalny idiota i znów będzie tym facetem o zniewalającym uśmiechu, którego tak bardzo pokochałaś.
- Darcy, gadasz jakbyś się czegoś naćpała.
- Miłość. Uwierz mi, na początku twojej znajomości z Harrym, gadałaś dokładnie tak samo.
- Z twojego zdania można wywnioskować, że nie kocham mojego chłopaka, co jest kompletną bzdurą. Naprawdę go kocham. Ja... po prostu mu nie ufam. Wiem, że coś jest nie tak, ale gdy chcę z nim o tym porozmawiać, to zmienia temat lub robi cokolwiek, byle o tym nie rozmawiać.
- Dam czas, może to przez stres. - odparła Dar.
Przez długą chwilę milczałam i zastanawiałam się co mam zrobić.
Owszem, nie chciałam tak tego kończyć, ale nie potrafiłam tego zlekceważyć, że on mnie rani. Oboje siebie ranimy.
- Dobrze, dam mu czas. - westchnęłam. - Co nie zmienia faktu, że dzisiaj się do niego nie odzywam.
Spencer zaśmiała się.
- Cała ty. - uśmiechnęła się.

Czas do dnia koncertu płynął dość szybko. Napięta sytuacja między mną a Harrym zelżała. Za to w pracy nie było najlepiej. Conorowi cały czas coś się nie podobało w nowych piosenkach. A tu  zwrotka nie taka, a tam słówko nie takie, a tu to już całkiem melodia do dupy. No i weź się tu nie wkurw.
Jednak punktem kulminacyjnym był dzień, w którym miałam pojechać do Nowego Jorku.
Otóż Conor ubzdurał sobie, że akurat tego dnia muszę być koniecznie w pracy. Starałam się go przekonać, że nie jestem mu akurat dzisiaj potrzebna, ale on był głuchy na moje słowa.
Darcy razem z Megan, Eleanor, Michaelem i Toni polecieli do NYC wczoraj wieczorem, a ja miałam dzisiaj rano, a teraz okazuje się, że będę musiała lecieć dopiero wieczorem, także niewiele brakuje żebym się spóźniła na koncert. Cudownie, nieprawdaż? Jednak mój "zachwyt" sięgnął zenitu, kiedy okazało się, że będę musiała być w pracy zaraz, następnego dnia. Co prawda nie będzie mnie rano, bo w tym czasie, będę w samolocie, ale i tak na jedno wychodzi.
Pora poinformować o tym Harry'ego.
Za pierwszym razem nie mogłam się do niego dodzwonić, za drugim to samo, dopiero za trzecim w końcu odebrał.
- Halo? - powiedział zaspanym głosem.
- Cześć Harry. Przepraszam, jeśli cię obudziłam.
- Cześć. Nie, nic się nie stało. A nie powinnaś być teraz w samolocie? No chyba, że poleciałaś trochę później niż reszta i już tu jesteś. - mówił z ekscytacją w głosie.
- Harry... - powiedziałam i już wiedziałam, że nie będzie taki zadowolony jak mu powiem.
- Ty jeszcze w ogóle nie poleciałaś, prawda?
- Naprawdę chciałabym tam już z wami być, ale nie wiem co Conorowi strzeliło do łba, skoro powiedział, że nie da mi tych 3 dni wolnego, o które prosiłam. Teraz wygląda to tak, że polecę dopiero wieczorem, także przylecę do Nowego Jorku dopiero przed samym koncertem albo nawet spóźnię się na koncert.
Harry cały czas milczał.
- Jest mi naprawdę przykro. Nie wiedziałam, że tak się na nas zemści, za to co się wtedy stało.
- A zostaniesz chociaż później? - nadzieja, którą wyczuwałam w jego słowach, sprawiała, że to co miałam mu powiedzieć bolało jeszcze bardziej.
- Bo właściwie to...
- No nie mów, że nie zostaniesz! Cholera jasna! Zabije patafiana.
- Muszę być jutro w pracy. Co prawda, przylecę do Londynu dopiero o 12, ale i tak mam być w studiu.
- Przecież to chore!
- Wiem, Harry.
- Dlaczego tego po prostu nie rzucisz?
- A dlaczego ty nie przestaniesz śpiewać? - nie odpowiedział. - Doskonale wiesz, dlaczego tego nie zrobię. Ty spełniasz swoje marzenia, ja próbuję swoje. Nie zabraniam ci ich spełniać, a nawet zachęcam cię do spełniania, a ty mi mówisz, że mam przestać? To było bardzo nie fair z twojej strony. Do zobaczenia wieczorem.
Rozłączyłam się.
Boże, dlaczego to jest takie trudne? - pomyślałam, po czym wzięłam się za tekst nowej piosenki.
Jakiś czas później zadzwonił mój telefon. Nie patrząc kto to, odebrałam.
- Tak?
- Możesz nam powiedzieć, bo wszyscy jesteśmy bardzo ciekawi, co takiego powiedziałaś Harry'ego, jak dzwoniłaś do niego w nocy, że chociaż bardzo się stara to ukryć, jest cały czas mega wkurwiony?
- Hmm... Darcy, jak miło, że dzwonisz. Cześć wszystkim. - mruknęłam. - Wiem, że tam jesteście.
- Cześć. - po chwili usłyszałam resztę.
- No to powiesz co mu powiedziałaś? - spytałam Darcy.
- Że się spóźnię na koncert i nie będę mogła zostać dłużej w Nowym Jorku.
Zaraz usłyszałam szmery, kiedy to zaczęli rozmawiać o tym co im przekazałam.
- Bardzo miło z twojej strony. - stwierdził cierpko Louis.
- Dzięki, Lou. To naprawdę moja wina, że nie dostałam urlopu, bo mój facet pobił mojego szefa, przez co on się mści i nie dał mi tego pieprzonego urlopu, bo wiedział jak bardzo mi na tym zależy. Naprawdę dziękuję.
- Przepraszam, nie chciałem żeby to tak zabrzmiało.
- Wybaczam ci, a teraz muszę was przeprosić, bo im szybciej uwinę się z pracą, tym szybciej wyjdę i może jeszcze zdążę na koncert. Do zobaczenia.
- Paa. - okrzyknęła reszta i Dar się rozłączyła.
Ten dzień zdecydowanie nie mogę uważać za najlepszy.

W końcu nadeszła upragniona godzina 18.
Szybko zgarnęłam swoje rzeczy i wyszłam ze studia, po czym pojechałam do mieszkania, przebrałam się [LINK], zabrałam pokrowiec z ubraniem na koncert i pojechałam na lotnisko.
Po ekspresowej odprawie, siedziałam w prywatnym samolocie do Nowego Jorku.
Sześć godzin lotu, to naprawdę długi czas, dlatego postanowiłam się położyć się spać.
Na jakieś godzinę przed lądowaniem, obudziłam się.
Poprosiłam stewardesę - Clary, o coś do zjedzenia. Po szybkim posiłku, poszłam się przebrać [LINK] i poprawić makijaż.
Wylądowałam o godzinie 19:30, co dawało mi tylko półgodziny na dotarcie na Madison Square Garden.
Kurde, to bardzo mało czasu, zwłaszcza, że straciłam już 10 min. na odprawę paszportową.
Zaczął się wyścig z czasem. Złapałam taksówkę i szybko do niej wsiadłam. Wszystko szło dobrze, dopóki nie zatrzymaliśmy się w korku.
Cholera! Zostało mi 8 min. do rozpoczęcia koncertu. Boże, jak ja mam zdążyć, skoro stoję w gigantycznym korku.
- Przepraszam, jak daleko jest stąd na Medison Square Garden? - spytałam taksówkarza.
- Tak ze 4 przecznice.
- A są może jakieś skróty?
- Hmm... niech pomyślę. Jedziemy z lotniska LaGuardia... jeżeli teraz by pani wysiadła i poszła na stację kolejową, to za jakieś 20, góra 25 minut była by pani na Medison Square Garden.
- Gdzie jest najbliższa stacja kolejowa?
- Ma pani szczęście. - uśmiechnął się taksówkarz. - Znajduje się tuż obok. - wskazał na drugą stronę ulicy
- Dziękuję panu bardzo. - powiedziałam, po czym zapłaciłam za kurs, dając przy okazji wysoki napiwek i szybko wysiadłam z taksówki.
Chwilę później jechałam pociągiem. Sprawdziłam zegarek - była 20:12, koncert zaczął się 12 minut temu.
Cholera, Harry się wścieknie.

Przed salą koncertową na MSG byłam o 20:36. Jak pech, to pech.
Od wejścia na salę dzieliło mnie tak niewiele, wtedy pojawił się kolejny problem. Ochroniarz stojący przy drzwiach nie chciał mnie wpuścić, mimo że na szyi miałam zawieszoną wejściówkę na koncert.
- Wszystko dzisiaj sprzysięgło się przeciwko mnie. - mruknęłam pod nosem. - Nie rozumie pan,  że jestem dziewczyną Harry'ego Stylesa? Członka zespołu, który w tej chwili tam występuje?
- Wiesz, nie jedna dziewczyna dzisiaj twierdziła, że jest ich dziewczyną, a nawet żoną.
- Boże, jak można być tak tępym. - zakryłam twarz dłońmi, a potem wzięłam głęboki wdech. - Dzwonię do Paula. - spojrzałam na irytującego gościa z ochrony.
- A proszę cię bardzo. - powiedział lekko rozbawiony.
Naprawdę skąd się tacy ludzie biorą.
Wyjęłam telefon i wybrałam numer do Paula. Odebrał po trzech sygnałach.
- Paul Higgins, słucham?
- Cześć Paul. - spojrzałam spode łba na faceta stojącego przede mną, a on tylko założył ręce na klatce piersiowej. - Tu Katherine. Mam mały problem. Przez korki spóźniłam się na początek koncertu, a teraz ochroniarz nie chce mnie wpuścić. Mógłbyś coś z tym zrobić?
- Zayn i Liam coś wspominali, że się spóźnisz. Poczekaj, zaraz do ciebie zejdę.
- Dziękuję, byłabym ci niezmiernie wdzięczna z tego powodu. - powiedziałam i rozłączyłam się. - Paul już tu idzie. - powiedziałam z satysfakcją.
- Poczekamy, zobaczymy. - odparł tylko.
Jakieś 5 minut później w drzwiach pojawił się Paul. Mina ochroniarza była bezcenna.
- Przepraszam cię, Kath, za tą sytuację, ale to jest akurat tutejszy ochroniarz, a nie jeden z naszych. - powiedział Paul na powitanie.
- Zdążyłam się przekonać, ale nie przedłużajmy już, bo i tak straciłam prawie godzinę z ich występu.
I w ten oto "magiczny" sposób znalazłam się na najbardziej wyczekiwanym koncercie One Direction.
Trzeba przyznać, że łatwo nie było.
Koncert okazał się być stu procentowym sukcesem, chłopcy wypadli po prostu fenomenalnie, a w trakcie całego koncertu miałam gęsią skórkę.

Po koncercie, wszyscy zebraliśmy się za kulisami, gdzie chcieliśmy pogratulować chłopcom wspaniałego występu. Od razu przywitałam się z resztą, pogadałam chwilę z mamą Harry'ego i Gemmą. Potem zauważyłam Alana i nie myśląc wiele, rzuciłam mu się na szyję.
- Al! Nie wiedziałam, że tu będziesz. - uśmiechnęłam się i mocno go przytuliłam.
- Jak mógłbym przegapić okazję, żeby się zobaczyć z moją małą siostrzyczką? Poza tym byłam ciekawy, czy twój chłopak w rzeczywistości jest taki dobry jak mówią.
- I co?
- Ludzie mieli rację. - zaśmiał się. - Ale wiesz, wydaję mi się, że jest ktoś, kto też chciałby się z tobą przywitać. - wskazał głową na kogoś za nami.
Gdy odwróciłam się, ujrzałam Harry'ego. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego.
Uśmiechnęłam się do niego, a on po chwili odwzajemnił uśmiech i wyciągnął ramiona w moją stronę.
- Idź. - powiedział śmiejąc się Alan i pchnął mnie w jego stronę.
Nie potrzebując dalszych motywacji, podbiegłam do Harry'ego i mocno go przytuliłam.
- Przepraszam, za to co ci rano powiedziałam. Nie chciałam, żebyś był zły.
- To nic, ważne, że jesteś. - odparł, opierając brodę na mojej głowie.

Chwilę później wszyscy pojechaliśmy na after party. Było całkiem fajnie. Jednak nim się obejrzałam wybiła północ i musiałam się spieszyć na powrotny samolot do Londynu.
- Naprawdę musisz iść? - spytał zawiedziony Harry. - Nie możesz zostać jeszcze chwilę?
- Uwierz mi Harry, naprawdę bym chciała, ale za kilka godzin muszę być w pracy, a sam lot trwa 6 godzin. - wiedziałam w jego oczach zawód. - Hej, nie smuć się. Przecież się zobaczymy jak przyjedziesz do Londynu.
- No okey. - pocałował mnie. - Już za tobą tęsknię.
- Ja za tobą też. - jeszcze raz go cmoknęłam, a potem odsunęłam się i podeszłam do Megan.
- Wracasz ze mną? - pytam.
- A mogłabym jeszcze zostać? - prosi.
- Tylko jeżeli Darcy i Alan zgodzą się ciebie niańczyć.
- Hej! Nikt nie musi mnie niańczyć! - oburzyła się.
- No więc? - pytam patrząc na Darcy i Alana.
Oboje po chwili zgodnie kiwnęli głowami.
- No okey, zostajesz. Ale bez żadnych głupot. - zrobiłam groźną minę. - Nie mam zamiaru tłumaczyć się wujkowi Johnny'emu, jak to się stało, że będzie dziadkiem.
- Boże, Katherine. Wyluzuj. - odparła ze śmiechem.
- No co ty, ja cały czas jestem wyluzowana. Jak coś, to samolot będzie na was czekał na lotnisku JFK, okey?
- Pewnie. - odparła Meg.
Po krótkim pożegnaniu ze wszystkimi, szybko wsiadłam do taksówki, która na mnie czekała.
Półgodziny później znów byłam w samolocie i czekała mnie długa podróż powrotna.
Muszę przyznać, że było warto przylecieć tu, choćby na chwilę.

__________________________________
W końcu dobrnęłam do końca tego rozdziału. Myślę, że to był chyba najtrudniejszy w realizacji rozdział, jaki się podjęłam napisać.
Mam nadzieję, że wam się spodobał. :)
Kolejny rozdział w styczniu, ale jeśli dam radę napisać go wcześniej, to będzie nieźle.
Właśnie pracuję nad nowym opowiadaniem pt.: "Mismatched Couple". Mam już napisany prolog i prawie cały pierwszy rozdział, ale na razie nic nie dodaję, bo chcę mieć kilka w zapasie zanim zacznę coś dodawać.

Przy tej też okazji chciałabym wam życzyć zdrowym, spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Masy prezentów pod choinką i śniegu, którego akurat u mnie nie ma, i żeby spełniły się wasze najskrytsze marzenia. :)

~ unromanticgirl xx